Borkowiak wstał po operacji amputacji… Był słaby. Zabiję go! pomyślał. Poszedł do swojej biblioteki, wybrał dwudziestotomowy słownik Języka Polskiego i zawołał dzieci. Spakujcie mi to na taczkę. Jak nabiorę sił przyda się. Muszę to oddać na makulaturę.
Po dwóch dniach, kiedy mógł już normalnie chodzić postanowił zemścić się na Kulawym Genku. To Genek wrzucając mu w spodnie rozpalony, ociekający kapiącym olejem kawałek filetu z kurczaka poparzył go tak, że amputacja była konieczna. Przypomnijmy, że Borkowiak wcześniej stracił jądra przygniatając je sobie, kiedy wsiadał do małego fiata. Był kompletnie wykastrowany…. Zabrał słowniki na taczkę i przewiózł do malucha. Książki wypełniły cały tył auta i przednie siedzenie… Wkoło unosił się zapach starego papieru.
Gdy nastała noc Borkowiak wymknął się z domu, wcisnął do malucha i pojechał. Ciężko było prowadzić, bolące krocze paliło a dodatkowy ścisk powodowany przez książki utrudniał mu przerzucanie biegów. Gdy dojechał pod blok Kulawego Genka poczuł ulgę. Wniósł książki pod drzwi, a ze starej deski, kleju kropelka, zszywek do papieru i sznurka od snopowiązałki przygotował pułapkę – zapadkę. Niech tylko ta menda wyjdzie będzie miał na łbie wszystkie opasłe tomiska – pomyślał i udał się do swojego samochodu by wyczekiwać poranka.
Genek wstał i walnął szybką lufę na przywitanie dnia. Ubrał się i umył po czym postanowił udać się na skup złomu celem wyniesienia i sprzedania wanny żeliwnej z piwnicy sąsiada. Otworzył drzwi i poczuł że coś wali go po głowie. Stracił przytomność.
Borkowiak z nieskrywaną satysfakcją patrzył jak sanitariusze wynoszą na noszach okrwawione ciało do karetki i znikają na sygnale… Ma za swoje, choć myślałem że nie przeżyje. Najwyżej załatwię go w szpitalu.
Genek ocknął się w karetce. Sanitariusz częstując go szybkim opowiedział o pułapce ze słowników starej deski, kleju kropelka, zszywek do papieru i sznurka od snopowiązałki. Genek szybko skapnął się, że chodzi o Borkowiaka – poznał po tych słownikach. To menda. Po kilku kielichach już swobodnie siedział w karetce, a gdy dojechali tylko obandażowano mu głowę, bo prześwietlenie nic nie wykazało. Genek żegnając się szybkim z sanitariuszami poprosił jeszcze ich o podwiezienie pod dom Borkowiaka.
Borkowiak właśnie za pomocą benzyny próbował zetrzeć z karoserii malucha ślady po kleju kropelka, z którego zbudował pułapkę. Takie badziewie produkują zawsze puszcza na wylocie… Nagle usłyszał szelest i kiedy się obrócił zobaczył Kulawego Genka… To nie ja, to nie ja – zaczął krzyczeć. A Genek na to – co nie ty? Co? Wydałeś się i popchnął go tak ze Borkowiak nadział się zadem na rurę wydechową i zawisł w takiej dziwnej pozycji, jakby kucał nad tyłem auta. Nieeee!!! krzyknął i machał nerwowo nogami jakby tańczył Kazaczoka, ale Genek z szyderczym uśmiechem umieścił kluczyk w stacyjce. O to ten z elektronicznym zapłonem, miałeś farta Borkowiak, chłe chłe zaśmiał się w moim stylu Genek. Spaliny zaczęły wypełniać jelita i brzuch a Borkowiak niczym balon zaczął robić się coraz grubszy i grubszy. Gdy był już oooogromny Genek wyłączył samochód. Kopnął Borkowiaka niczym piłkę a ten pokulał się i zlądował w basenie. Teraz możesz za boję robić.
To jeszcze nie koniec – pomyślał Borkowiak.
A morał z tej historii jest następujący: Kto nad kim słowniki wiesza ten kończy z wydechem, czego wam nie życzę chłe chłe.



Komentarze
Pokaż komentarze (34)