To przyszło nagle. Wstałam, walnęłam poranną szybką lufę, doglądnęłam zacierów, włączyłam komputer żeby popatrzeć co i skąd można skopiować, i wtedy poczułam to. To było takie nie jak ból tylko takie jakieś smeranie okolic przełyku i niżej nawet. Pomyślałam, że coś jest nie tak i zaczęłam przypominać sobie co ja takiego wczoraj, lub w ostatnich dniach piłam. Najbardziej egzotyczne było picie paliwa lotniczego (poszłam za radą jednego z czytelników mojego bloga) ale tamto już dawno wypierdykałam. A ponieważ to paliwo my z Genkiem od Ruskich kupili, to Genek się później śmiał że pierdykamy jak katiusze pod Leningradem chłe chłe, ogniem zwartym przerywanym. Ale ja nie o tym. No więc smeranie to nie ustawało a z czasem nawet zaczęło narastać. Mnie się te wszystkie potworne filmy zaczęły przypominać że jak jakiś Obcy mam coś w sobie i coś jak nic się ze mnie wykluje. Taka poczwara z chowu wsobnego. Oddalałam jednak tę myśl w niebyt, ale to się nasilało i nasilało. Na początku nie reagowałam, jednak to było coraz bardziej natarczywe. To po kilku godzinach wzięłam drut, i zaczęłam tam się drapać, ale nic. Nawet drapanie przełyku szczotką do czyszczenia sedesu nie dało żadnych rezultatów, choć dość trudno było znaleźć dojście. Postanowiłam udać się po pomoc.
Upuściłam litr świeżo upędzonego ze spleśniałych liści kwiatów ogrodowych bimberku i poszłam z wizytą do mojego przyjaciela, lekarza domowego i jednocześnie weterynarza Franka. Franek, dla tych co jeszcze nie rozeznają mojego otoczenia (w celu ułatwienia rozpoznawania proponuję wypić dwie szybkie lufy, chłe chłe) to mój przyjaciel co ma gabinet w piwnicy. Jak zawsze przywitał mnie z uśmiechem, i kazał chwilkę poczekać, bowiem właśnie wykonywał operację plastyczną stylizacji jamnika na wyżła. Gdy skończył efekt był piorunujący, no jak nic wyżeł, może wzrostem trochę nie ale reszta jak żywy. Zdolny ten nasz Franek! W końcu mogłam zasięgnąć porady. Po otwarciu pierwszej butelki bimberku Franek najpierw, (jak zawsze) za pomocą gumowego młotka, zbadał odruchy waląc mnie zamaszyście na odlew gdzie popadnie. Wszystko było dobrze reakcje mam prawidłowe, nie zdążyłam się uchylić. Później zajrzał mi do gardła i stwierdził, że mało widać bo wszystko powypalane aż czarno. Więc postanowił zajrzeć głębiej, ale jeszcze nie najgłębiej – bo może gastroskopia nie będzie potrzebna. Spróbujemy płyciej niż głębiej – powiedział filozoficznie. Wziął zapalniczkę i za pomocą niezbędnej jak zawsze kropelki dokleił do niej kawałek sznurka od snopowiązałki. Kiedy zobaczyłam te wyposażenie, zaczęłam zastanawiać się czy nie zbratał się ostatnio z Borkowiakiem, bo to akcesoria do niego podobne. Franek zapalił zapalniczkę szybkim ruchem otworzył mi buzię jednocześnie przechylając głowę do tyłu i wsunął zapalniczkę do przełyku drugą ręką trzymając za sznurek, cobym tej zapalonej zapalniczki nie połknęła. Jest lepsza widzialność ale nadal nic nie widzę. Jednak musimy zrobić gastroskopię. Franek to ekspert od spraw wsobnych więc napiliśmy się a następnie związał mi z tyłu ręce i położył na lewym boku. Wziął do ręki gastroskop wykonany z teleskopowej wędki rybackiej na końcu którego przyczepiona była ręczna latarka. Szybkim ruchem włożył mi do ust ściśniętą sprężynę z materaca, żeby buzia otwarta była i rozpoczął badanie. W zasadzie nigdy nie połykałam latarki przyczepionej do bambusa, ale nie było to miłe. Poczułam jakieś wierzgnięcie i nie wiem czy przebicie było czy latarka była za słabo doklejona, czy bambus poprzeżerany wyziewami innych wcześniejszych pacjentów, niemniej Franek wyjął tylko sam kij wędkarski. Teraz oprócz strasznego smerania w przełyku zaczął mi świecić brzuch na czerwono, a że latarka chińskiej produkcji była, na takie spore akumulatorki to nawet głowa mi poświecała i uszy. W tej piwnicy wyglądałam co najmniej jak Brunchilda. Franek złapał się za głowę i kompletnie nie wiedział co z tą sytuacją zrobić. Więc mając swój honor zabrałam niewypity bimberek i trzaskając kłódką wyszłam z gabinetu. Co za konował!
Było już ciemno, ale ponieważ w miejscowej Biedronce wyprzedają właśnie pamiątki z zeszłorocznego Halloween każdy myślał że po prostu jakiś przebieraniec niesie wydrążoną dynię z latarką w środku. Co prawda to światło tak jaśniało i ciemniało a chwilami nawet oślepiające było bo trawiłam pewnie akumulatorki. Dotarłam do domu. Co robić? Co robić? Najpierw na uspokojenia napiłam się. Później weszłam na stół w kuchni i wyskakując z całych sił w górę z rozłożonymi na bok rękami wykonałam tak zwaną jaskółkę z opadem na ziemię. Jak nie gruchnęło, jak nie walnęło, bo ja swoją wagę mam, ale udało się latarka zgasła. Pewnie stłukłam szybkę i żarówkę bo w przełyku i ustach poczułam kawałeczki szkła i nagle owo smeranie przełykowe ustało. Podrapałam się od środka – jaka ja mądra jestem!
Poniżej zdjęcie z mojego powrotu do domu, kiedy o wspólny portret poprosiło mnie dwóch Koreańczyków:

A morał z tej historii jest następujący: rosyjskie paliwo lotnicze znacząco zwiększa zdolności akrobatyczne, więc pijcie – ja już jestem przy drugiej ćwiarteczce, czego i wam życzę chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)