AmeliaPustak AmeliaPustak
1236
BLOG

Z wizytą u rodziny Karzełków

AmeliaPustak AmeliaPustak Rozmaitości Obserwuj notkę 41

 Jak zapewne pamiętają ci którzy czytali mój blog, zanim zaczęłam pisać w tym szacownym miejscu, jednym z moich największych – najmniejszych przyjaciół jest Krzyś Karzełek. Co prawda nasza przyjaźń nieco osłabła od czasu kiedy Krzysia wzięli do wojska do czołgów, a później przenieśli do łodzi podwodnych, ale jest nadal wspaniały. To wszystko tam opisywałam, ba nawet Krzyś często tam komentował. Ale od czasu gdy przenieśli go do łodzi słuch o nim zaniknął, pewnie z powodu braku zasięgu w jego podwodnym świecie. I byłam spokojna, w końcu wojsko nie głupota, wychodzi się z niego, chłe chłe, aż tutaj nagle zadzwoniła moja komórka. To znaczy zadzwoniła na moją komórkę mama Krzysia. Dzwoni i zaniepokojona mówi, że Krzysia do domu przywieźli bo miał w tych łodziach podwodnych wypadek. Krzysiowi jakiś zacierek zaszkodził i kiedy poszedł na najniższy poziom statku podwodnego do toalety zwymiotować, statek zahaczył o jakąś rafę i Krzysiu poślizgnął się, wybiło go w górę i dosłownie i utknął z głową w toalecie. A dalej łatwo się domyśleć, prąd wody porwał go i wyleciał, w zasadzie wystawał, dopiero za ogonem, bo chyba nie będzie wielką tajemnicą jak powiem że z tych toalet to oni do wody wszystko bezpośrednio zapodają. Krzyś nie wyleciał całkiem, tylko na końcu, ponieważ jest zwężenie rury, utknęła mu głowa a reszta ciała wystawała poza otwór do wody. Na szczęście miał czym oddychać, bo w rurze było trochę powietrza ale w pobliżu pojawiły się rekiny i zaczęły nerwowo pływać wkoło. Całe szczęście że komandor w porę się połapał i wyciągnęli Krzysia, choć łatwo nie było. Wrzucili mu w te rury taki sznur, a on zacisnął na nim swoje zęby i go wyciągnęli… Co prawda jak go wyciągali to spotykał po drodze różne niespodzianki no i buzię miał otwartą po bokach bo przygryzał sznur, ale ważne że przeżył. Niemniej opił się i objadł i zachorował biedaczysko, no i w domu jest na kuracji na miesiąc w stanie nieletkim. Tyle mama Krzysia, no i zaprosiła mnie żebym przyjechała do nich w odwiedziny, bo Krzyś w koszmarach swoich mnie wspomina. Jak mi miło :) .

Rodzina Karzełków mieszka obecnie w ziemiance specjalnie przygotowanej na wzór ziemianek Hobbitów. Ale kiedyś to oni nie mieli lekko jak mieszkali w bloku, na szczęście poszli im nieco na rękę i w drzwi zapadki dla kotów wmontowali żeby mogli swobodnie się przemieszczać. Kiedyś Krzysia nawet taka klapka od jednej walnęła w główkę, że miał wstrząśnienie mózgu. No i masa innych problemów, jak choćby załatwianie potrzeb. Wspinaczka na kibelek to było kilkanaście minut… Na szczęście w nowej ziemiance wszystko było po nowemu i do ich wzrostu dostosowane. No a ponieważ powierzchnia w zasadzie nieograniczona to każdy człowiek mógł wejść do środka ale na klęczkach oczywiście.

Zabrałam ze sobą dwie piersiówki bimberku i pojechałam a ponieważ nie było daleko podróż szybko mi minęła. Po drodze spałam i jak się ocknęłam byłam już na miejscu. Doszłam do ziemianki i zaczęłam się przeciskać. Oj nie było wygodnie kilka razy walnęłam głową a to o żyrandol, a to o wystający zegar, i w końcu doszłam do pokoju Krzysia, gdzie przy łóżku chorego zebrała się cała rodzina. Powitałam wszystkich i wyciągnęłam piersiówkę. Oni pili ze swoich kieliszków mi dając ich wiaderko od mopa, coby proporcjonalnie było. I jak tak wypiliśmy i porozmawiałam z Krzysiem i jego tatą, w wesołej atmosferze przygryzając placek wypieku mamy Krzysia nagle poczułam że zaczynam puchnąć. Zdążyłam tylko przez spuchnięte coraz bardziej gardło wykrztusić pytająco: Orzechy? Czy dodawała pani orzechy? A wystraszona coraz bardziej mama Krzysia odpowiedziała że tak, ale mało i takich utartych. Wtedy już wiedziałam że będą kłopoty. Od dziecka kiedy ojciec zmuszał mnie do zgniatania dla niego orzechów zębami, mam na nie uczulenie. Puchłam w przerażającym tempie, aż ściany i sufit pokoju zaczęły trzeszczeć. I wtedy to się stało. Nie wytrzymałam z tego wszystkiego i poszło. Dzień wcześniej piliśmy nowy bimberek ze sfermentowanej fasoli, a resztki zacieru zjedliśmy łyżeczkami…. Domem zatrzęsło, ze ścian zaczęły spadać obrazki, z sufitów żyrandole, puściły rury a cała rodzina Karzełków omdlała od wszechogarniającego smrodu. Na szczęście dziadek Krzysia Karzełka był strażakiem. Akcja ratunkowa polegała na wykopaniu specjalnego szybu przez który za pomocą karzełkowatego dźwigu wyciągnięto mnie z norki na zewnątrz udrażniając tym sposobem wszelkie kanały wentylacyjne. Rodzinę jakoś docucili, gorzej z Krzysiem. Dawka toksycznych wyziewów okazała się krytyczna. Zapadł w śpiączkę. Po tygodniu jak go ocucili dzwonił do mnie i opowiadał, że całą śpiączkę śniło mu się ze jest uwięziony w tamtej strasznej rurze kanalizacyjnej na statku a ja zamiast przybyć mu z pomocą, cały czas pływam wkoło niego przebrana za rekina i podgryzam. Skandal!
A tutaj ja w tym stroju:

 A morał z tej historii jest następujący. Jedzenie zacieru na łodzi podwodnej może prowadzić do zatrucia gazami czego wam nie życzę, oczywiście zatrucia bo picia zawsze chłe chłe.

o mnie: prowadzę osobiście bloga: http://sramelia666.wordpress.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (41)

Inne tematy w dziale Rozmaitości