To stało się dwa dni temu, kiedy piekłam ciasto, które chciałam wysłać mojemu ulubionemu politykowi. Tak ugniatałam ugniatałam i spojrzałam na swoje palce i ręce. Dieta Conana Barbarzyńcy zaowocowała efektem jojo i przytyłam. Paluchy grube że nawet końcami zetknąć jednego z drugim nie daję rady. Spojrzałam w lustro, jakieś tam mięśnie pod tym tłuszczem mam bo zacieram codziennie, poza tym dużo chodzę do sklepów wszelakich to sobie wyrabiam, niemniej wszystko schowane pod tłuszczem. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do Walkensztajna. To ten doktór o którym już kilkakrotnie pisałam na moim opiniotwórczym blogu. Umówiłam się na liposukcję, bo diety poza tym że straciłam jedynki nic mi nie dały. Po południu 15:30 u niego. Poszłam, w poczekalni znieczuliłam się jak to jest w regulaminie gabinetu pijąc bimberek, ale tym razem nie za pomocą chochelki ale prosto z wiaderka jeden porządny haust później jeszcze dwa. Mocne! To lubię. Walkensztajn zaprosił mnie do gabinetu i prosto na łóżeczko jak długo kop po bimberku znieczula. Natarł mi brzuszek i nogi, ręce i szyję jodyną i wziął do ręki żyletki. Szybkie nacięcia tu i tam nawet nie poczułam. Włączył odkurzacz i za pomocą końcówki, którą dezynfekował mocząc w misce z bimberkiem, zaczął zasadniczy zabieg. Szło dobrze, odkurzacz tylko dwa razy się zapychał jakimiś złogami. Nawet przez chwilę moje jedynki się przydały bo przepaliła się żarówka w lampie i świeciłam Walkensztajnowi ząbkami. Klasa. Pozszywał kordonkiem 5 i zakończył zabieg. Nić zielona ale jak się zrośnie powyciąga, w sumie nawet nie widać tylko na podbródku trochę, ale zawsze można uznać że to permanentna biżuteria w postaci naszyjnika. Jak wstałam Walkensztajn skasował i dał mi cztery reklamówki, dość spore, mojego odessanego tłuszczu, bo jego gabinet nie ma z MPO podpisanej umowy na utylizację bioodpadów i każdy zabiera ze sobą pozostałości zwłaszcza te biologiczne. Poszłam do domu, ale ten tłuszcz dość ciężki był i kordonek w kilku pozszywanych miejscach popuszczał. Nawet się ucieszyłam że pod pachami bo przynajmniej będzie miejsce na noszenie dokumentów. Jak wróciłam zaczęłam zastanawiać się co z tym tłuszczem zrobić. Trochę niezręcznie wyrzucić w końcu to ja :) . Więc wpadłam na genialny pomysł żeby zrobić z tego mydło. Sprawa mydła od dłuższego czasu mnie interesowała zwłaszcza ze w domu sterta prania się zebrała i już chciałam takie szare kupić, ale po co skoro mogę zaoszczędzić. Wujaszek Gugel, kilka szybkich ruchów po klawiaturze już szczuplutkimi paluszkami i mam przepis na domowe mydło urody prześlicznej. To proste do wykonania, wystarczy zmieszać kreta z tłuszczem, podgrzać w kociołku do bimberku i jest. Szybko sobie z tym poradziłam i po godzinie już miałam swojej produkcji mydełko. Co prawda waniało coś nie za nadzwyczajnie, ale zawsze swoje. Od razu zabrałam się za pranie, muszę się pochwalić sukcesem, nowe mydełko znakomicie spierało wszystko szło jak nie przymierzając po maśle. Sprawdziłam też jak myje, kąpiel w nowym mydełku to sama przyjemność, mało się pieni ale wszystko zmywa. No miodzio mówię wam. Dużo jeszcze miałam zapasów to porozlewałam do misek i wiaderek od bimberku i postawiłam w łazience. Z tej radości, zafascynowana nową sylwetką zaprosiłam Genka i ferajnę na wieczorną imprezę. I piliśmy wszyscy ile wlezie zakochani w nowym chudziutkim Pustaku z nową sylwetką. Nawet Genek podsunął mi taki pomysł żeby z reszty tego tłuszczu świece wyprodukować, ale miałam mieszane uczucia. Po pierwsze nie mam sznurka na knoty, no w ostateczności można by kordonkowe szwy powyciągać, ale palić siebie to jakieś głupie. I kiedy tak już byliśmy pod ostrym gazem zadzwonił dzwonek. Ja tam zwykle jak jest impreza nie otwieram, wiadomo że to Straż Miejska nasłana przez kochanych sąsiadów, wtedy ja Disco Polo na full i udaję że nikogo w domu nie ma. Zwykle zostawiają jakieś wezwania ale ja to olewam, siłą mnie nie ruszą za ciężka jestem, to znaczy byłam chłe chłe. Jednak tym razem długo nie odchodzili, mało tego po chwili coś wybuchło i do mojego mieszkania wpadło czterech w kominiarkach z paralizatorami i latarkami. Jakieś służby, o cholera. Na czarnych juniformach napisy MPO Secret Service. Ja angielski bardzo dobrze znam, wręcz celująco, na zmywaku jak byłam się nauczyłam, choć krótko byłam bo za picie miałam ekstradycję, niemniej zszokowali mnie. I takie znaki mieli jak powyginane pałąki od wiaderek do zacieru z napisami BIOHAZARD. Okazało się że to tajne służby MPO do walki z nielegalnym składowaniem bioodpadów. Tylko krzyczeli: Gdzie nielegalne składowisko?
Po chwili jak ochłonęli i się uspokoili poczęstowałam ich bimberkiem i kiedy się rozluźnili nawet wywalone drzwi z powrotem wstawili. Przeprosiłam ich że za potrzebą muszę i poszłam do łazienki gdzie miski i wiaderka z tłuszczem stały. Szkoda wylewać siebie do WC, więc wszystko jednym ciurkiem wypiłam. Pijąc tylko czułam jak kordonek do końca puszcza a ja znowu staję się sobą.
Nic więc nie znaleźli poza kilkoma kostkami szarego brzydko pachnącego mydła. A jak się wkręcili w imprezę, to powiedzieli że zakapowała mnie moja sąsiadka, która dorabia u nich jako tajny agent Ofelia 007. Ja wiedziałam że ona pode mną ryje – gorzej gotuje, jest grubsza niż ja i nikt jej nie lubi. W zasadzie we wszystkim jest gorsza, nie przepraszam, jest lepsza w donoszeniu bo ja nigdy na nikogo nie doniosłam.

A morał z tej historii jest następujący: Liposukcja zbliża ludzi, czego i Wam życzę, nie liposukcji ale tego zbliżania oczywiście chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (55)