Sztuka przez wielkie “S” zawsze była moim największym marzeniem, takim magnesem co przyciąga mnie swoim minusem bo ja oczywiście plusem jestem. Plusem dodatnim, rzecz jasna. Ale niestety chyba jednak nie, bo nie poznali się na mnie. W szkole podstawowej wystartowałam w konkursie rzeźby z ziemniaka. Bez efektu, bo zamiast rzeźbić, to wykorzystując swoją przewagę fizyczną zabrałam wszystkim uczestnikom ich ziemniaki i uciekłam, żeby w domu w odpowiedni sposób te ziemniaki wykorzystać. Szkoda rzeźbić skoro można przefermentować chłe chłe. Później była zawodówka. Niezniechęcona podstawówką wzięłam udział w konkursie na najlepszą rzeźbę wytoczoną na tokarce. Niestety mój pół metrowy mosiężny fallus którego wytoczyłam w pocie całego ciała nie spotkał się z uznaniem komisji. Zasugerowałam się, że na jej czele stoi Pan Sylwek, miejscowy projektant ubrań dla pań, znany ze swoich delikatnych zachowań, kręcenia kuperkiem i podrywania chłopaków. I tak chciałam się podlizać, ale Pan Sylwek tylko spojrzał i stwierdził, że kształt owszem może być, długość też, ale materiał jest nie do zaakceptowania – zdecydowanie za twardy! No a przecież w kauczuku rzeźbić tokarką się nie da. I przegrałam, a wygrał mój kolega ze stanowiska obok, który wytoczył, też z mosiądzu, obrożę dla Pana Sylwka i zaoferował mu wspólne przymierzanie po konkursie… To jawna dyskwalifikacja!
I już myślałam, że moja przygoda ze sztuką się skończyła kiedy tydzień temu będąc w miejscowym Polo Markecie poznałam pana Waleriana, artystę. Nie uwierzycie Walerian, bo oczywiście już jesteśmy per “Ty” stał akurat przy chłodni. To był jakiś znak, kiedy nasze dłonie spotkały się sięgając po tę samą kostkę drożdży. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy i wtedy on powiedział: Ależ proszę Pani była pierwsza… Jakie to miłe zwłaszcza, że to była ostatnia kostka drożdży. Od razu po chuchu poznałam, że Walery to swój człowiek, zwłaszcza że dziewiąta rano była, i tak się wzruszyłam tym ludzkim gestem miłości i dobrości wszelakiej, że postanowiłam zaprosić Walerka na pobliską ławkę pod sklepem celem bliższego poznania. Oczywiście dość szybko wypiliśmy brudzia, krzyżując ręce piersiówkami. I szybko wyszło, że Walerian to artysta plastyk miłośnik sztuk wszelakich ale przede wszystkim bratnia dusza bo też pędzi. Jako człowiek wyższych sfer o nienagannych manierach i miłośnik obcych kultur, zwłaszcza azjatyckiej, Walery pędzi w bardziej wysublimowany sposób niż ja bo z ryżu. Po dłuższej rozmowie wyszło na to, że zaprosił mnie do siebie na popołudniu celem prezentacji swojej aparatury no i przy okazji pracowni. Na spotkaniu było bardzo miło, a żona Waleriana okazała się pracownicą hurtowni alkoholowej. Jaki dar niebios, czasem mają nadwyżki no i biorą to na przelew, chłe chłe. To poźniej i ja zaprosiłam Walerianów kilka razy do siebie. I tak od słowa do słowa, zaprzyjaźniliśmy się. Walery nazywał mnie Pustaczek a ja go Waleryś, co podobnie brzmi do “Waluś” a takie jest imię mojego najbliższego przyjaciela. I byłoby wszystko w jak najlepszym porządku, harmonijnie i bezkolizyjnie gdyby nie propozycja Walerka że on mnie chce rzeźbić. Z początku odebrałam to jednoznacznie i zapytałam co żona na takie rzeźbienie w bezkształtnej bryle chłe chłe, ale źle zrozumiałam – chodziło że on nie chce mnie rzeźbić, że tak powiem bezpośrednio, tylko chce wyrzeźbić rzeźbę mnie przedstawiającą. Nie jest to tak miłe jak pierwsza moja myśl, niemniej zgodziłam się. Zaprosił mnie do pracowni miał taki pień i dłuta i młoty wszelakie. Kazał stanąć i się rozebrać, wyobrażacie sobie? Bo to akt ma być, pomyślałam, że desperacji chyba. Po wielu namowach zgodziłam się ale było mi zimno i Walerian rzeźbił i pukał i stukał, ale kazał nie patrzeć żeby efekt ostateczny był dla mnie jak najmilszy. A ponieważ z początku podglądałam, w dodatku zimno było, nałożył mi na głowę swoją czapkę co mu babcia na drutach wydziergała. Niemniej i tak było zimno i przeciągi były w tej jego pracowni więc później tydzień miałam katar, to po dziesięciu godzinach nie wytrzymałam i chciałam zobaczyć co zrobił. On krzyczał że jeszcze nie skończył jednak gdy w końcu pokazał mi swoje niedokończone “dzieło” to jak w papę na odlew z liścia mu strzeliłam to pięć palców do końca życia będzie nosił. To mam być ja? Co za cham nieobyty! Chwyciłam ten posąg, wybiegłam z pracowni, a w domu porąbałam toto siekierą i spaliłam w grillu na balkonie, przy okazji robiąc sobie pyszną karkóweczkę na obiad. Zerwałam z nimi znajomość od razu i nigdy więcej nie chcę poznawać żadnego artysty, no może poza Alkamenem, który wydaje się być całkiem miły, choć akty niestety też maluje. Od razu mówię przy świadkach – mnie do pozowania nago nawet nie próbuj namawiać!
A tutaj zdjęcie tego kiczu Waleriana, mam na głowie jego czapkę bo po kilku godzinach było mi zimno:
![]()
A morał z tej historii jest następujący: kupowanie drożdży w Polo Markecie grozi poważnymi wpadkami wizerunkowymi, czego wam nie życzę, chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (33)