Kiedy szłam wczoraj do czytelni, bo tak nazywamy z naszą ferajną małą ławeczkę usytuowaną przy pobliskim śmietniku, na chodniku leżała taka kolorowa różowo czerwona karteczka i na niej pisało: AMELIA PUSTAK. Ponieważ już nieźle nabombana byłam, bo zawsze prasę czytam w stanie wskazującym, żeby lepiej przyswajać wiedzę, nie bardzo w pierwszej chwili skojarzyłam o kogo chodzi, ale nazwisko wydało mi się znajome. Podniosłam karteczkę a tam w środku nabazgrolone było czarnym pisakiem (nic nie zmieniałam):
….dokładnie tak Aito. A oto jest łagodna wersja wydarzeń. A resztą jest zresztą Syndrom Palemy. Pamiętaj: kiedy zatrzeszczy beretka od nadmiaru poczucia, to on znajduje się w każdym środowisku i jest charakterystyczny. Zawsze wtedy zadaj sobie pytanie ile w tym kreta a ile idioty i wykonaj zadanie… I nie pozwól o sobie jak najszybciej zapomnieć. Aloha!
W pierwszej chwili oniemiałam i pomyślałam że to ktoś nienormalny pisał. Albo co najmniej pijany i to znacznie bardziej niż ja teraz. Ale po chwili, przypomniałam sobie przygody Hansa Klossa i mnie olśniło. To szyfr! Tak na pewno to szyfr. Jakiś list napisany do mnie ze wskazówkami, początek zamazany – może chodzi o to żeby odszukać kogoś o pseudonimie AITO. Syndrom Palemy – pewnie chodziło o jakiś tajny system, a może wirusa rozsiewającego jakąś śmiertelną dla ludzkości chorobę? Ale trzeszcząca beretka? Nie wiem, dreszcz przeszedł mi po plecach i poczułam się jak Agent 007 James Bond, co to pod niego podszywa się ten kapuś Ofelia 007 zgłoś się!. I powiem Wam że w zasadzie wytrzeźwiałam. Szybko wróciłam z tą karteczką do domu. Włączyłam czajnik na gaz i sprawdziłam nad parą czy nie ma jakiś znaków wodnych. Wszystko się rozmazało i nic już nie mogłam odczytać. Cholera jasna! ale chociaż przekonałam się, że znaków wodnych nie ma.
Całą noc nie spałam, myślałam, myślałam i nad ranem wymyśliłam! Aito to jedynie może być ten Wietnamczyk który ma stragan na mieście. Nazywa się Đào Thiên Hải i pasuje, bo jeśli weźmie się drugą piątą czwartą i trzecią literę to układa się w AITO! Szok, sama z siebie byłam dumna. Wstałam i szybkim krokiem skierowałam się na pobliski bazar, gdzie od koczujących Rosjan kupiłam kominiarkę, kompas, sztuczny pistolet Glock 17 zasilany gumowym nabojem 9 mm Parabellum, rękawice, lizak policyjny, gwizdek i gumiaki w kolorze khaki. Po zmroku jak emocje sięgnęły zenitu założyłam to wszystko na siebie. Spaliłam też w misce kilka paczek po cukrze i wysmarowałam sobie nadpalonym papierem twarz żeby wyglądać jak Terminator. I tak ruszyłam w miasto. Co prawda gumiaki skrzypiały, ale nie miałam większych kłopotów z dotarciem na obrzeża miasteczka, pod budkę z wietnamskim żarciem. Oni – Đào Thiên Hải z żoną i czwórką maluchów mieszkali obok w przyczepie kempingowej. Przyczaiłam się w pobliskich krzakach i czekałam. I wtedy z przyczepy wyszedł Aito. Zapalił papierosa i rozejrzał się jakby na kogoś czekał. Przeszedł dwa razy wkoło i po chwili z przeciwnej strony z lasu wynurzyła się sylwetka mężczyzny z czarnym worem na plecach. Widziałam tylko ognik jego papierosa i sterczącą antenkę od beretu. Ale kontury sylwetki kogoś mi przypominały! Wiem to pan Miecio zatrudniony na etacie sprzątacza w pobliskim schronisku dla zwierząt. Ponieważ miał wypadek to wszczepiono mu endoprotezę prawego biodra, a że to zaraz po wojnie było to ona już się zużyła i trzeszczała. Zwłaszcza jak pan Miecio próbował biec. A ponieważ jednocześnie zsuwała mu się jego nieśmiertelna beretka z antenką, której nigdy nie zdejmował bez względu na porę roku i temperaturę za oknem, to złośliwi śmiali się, ze to mu trzeszczy i skrzypi beretka i nazywali go Trzeszcząca Beretka. Że ja na to nie wpadłam! Rozpracowałam ich. Aito w porozumieniu z Trzeszczącą Beretką coś kombinowali. Tylko co? I co jest w tym worku? Wiem wiem mam! Pewnie Trzeszcząca Beretka morduje bezbronne zwierzęta w schronisku a ten Aito robi z nich żarcie! A fuj! Ciekawe ile biednych piesków, kotków a może i jakiś krecik znajduje się w tym worku… Beretka podszedł do Aito, wyciągnął papierosy i powiedział: To co? Palemy? Aito odpowiedział po koreańsku: Syn-drom. O jeeeej.. syndrom palemy, to ten szyfr z kartki. Cholera trzeba ratować biedne zwierzęta z worka, może one jeszcze żyją? Agent 007 włącza się do akcji!
Wzięłam dynamiczny rozbieg, później wyskok i w końcowej fazie znalazłam się praktycznie równolegle do ziemi (przynajmniej tak wskazywał mi kompas na który kątem oka rzuciłam). Takim lotem koszącym zdołałam lewą ręką chwycić za szyję Aito, a prawą Trzeszczącą Beretkę. Następnie składając ręce do środka w ostatniej fazie lotu sprawiłam, że obaj znaleźli się przy moich piersiach. Chodźcie do mamusi – wycharczałam i spadłam na nich. Obaj leżeli pode mną! A Wietnamczycy, wiecie sami duzi nie są, pan Miecio zresztą też miał 152 cm i to w kapeluszu łyżwach hokejowych i na gazecie, więc w zasadzie przykryłam ich sobą, tak wyszło po 180 kg na głowę. Pewnie zapytacie skąd u mnie takie umiejętności? To jedyna rzecz jakiej nauczyłam się na kursie samoobrony na który przez rok uczęszczałam. W zasadzie zapisałam się bo chciałam schudnąć. Nic z tego nie wyszło za to chwyt “koszący lot wieloryba” opanowałam do perfekcji. Chwyt ten pochodził ze starej szkoły Klasztoru Siao – Lin, a wymyślił go nadzwyczaj otyły mnich, którego nazywali Wieloryb. On zresztą bardzo dużo pił i kolegował się z tym mnichem który stworzył styl pijanego. Zachrzęściły kości, zajęczeli, Aito zdawał się kompletnie nie ruszać – chyba stracił przytomność. I wtedy otworzyła się przyczepa i wyszła żona Aito i natychmiast zadzwoniła po karetkę. Nie zdejmowałam kominiarki wiec na pewno mnie nie poznała. Oddaliłam się bokami do domu, ryglując zamek. Glocka i pozostałe wyposażenie spuściłam do WC i czekałam. Na szczęście nic się nie wydarzyło.
Na drugi dzień rano w drodze do sklepiku po drożdże spotkałam znajomą panią Wiesię – emerytkę która ma ogródek działkowy, i z tej działki sprzedaje pod Polo Marketem kwiaty. Dochody z tego ma na poziomie emerytury chłe chłe. Pani Wiesia jednak nie wracała z działki tylko ze szpitala, gdzie była odwiedzić swojego konkubenta pana Miecia – zwanego Trzeszcząca Beretka. Była zdruzgotana, pan Miecio zresztą też tylko bardziej dosłownie chłe chłe. Okazało się, że późnym wieczorem pan Miecio Trzeszcząca Beretka szedł właśnie do schroniska niosąc worek z karmą dla zwierząt i zatrzymał się, jak zwykle zresztą, przy przyczepie zamieszkiwanej przez przyjaciela – miejscowego Koreańczyka Đào Thiên Hải z żoną i czwórką maluchów. Chciał poczęstować Đào papierosem i powiedział: Palemy? A ten odpowiedział mu po koreańsku: Syn-drom, co w slangu posiadaczy budek z koreańskim jedzeniem oznacza nie mnie nie więcej jak “owszem chętnie”. I wtedy miało miejsce jakieś zjawisko nadprzyrodzone. Jakieś siły kosmiczne spowodowały że zobaczyli oni lecącego na nich ogromnego czarnego wieloryba ciężkiego jak walec drogowy który dosłownie runął na nich gruchocząc im kości. Obaj mają połamane żebra a Đào nawet kręgi szyjne bo ten wieloryb podobno płetwami ich objął zanim stracili przytomność.
Oniemiałam. Jednak tym razem mi się udało. Choć trochę się martwię, bo jak czytałam te karteczkę to widziałam Ofelie 007 zgłoś się! która wychylała się z okna gapiąc się przez lunetę. To ta świnia napisała ten komunikat, i chciała mnie wrobić! Jak mnie rozszyfrowała to na pewno zakapuje, i wtedy mnie zamkną i obciążą kosztami leczenia… Oby nie. Będę się bronić – chciałam ratować zwierzęta!

A morał z tej historii jest następujący: Z każdego bełkotu można coś odczytać a że czasem kończy się to pogruchotaniem kości to już kwestia interpretacji. Mniej bełkotu w sieci Wam życzę chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)