AmeliaPustak AmeliaPustak
765
BLOG

Plankton liczy swoje ostatnie dni!

AmeliaPustak AmeliaPustak Rozmaitości Obserwuj notkę 55

 Nigdy poza bimberkiem, który w zasadzie jest dla mnie wszystkim, nie miałam żadnego hobby. A ponieważ lubię zwierzęta, posiadałam już wolca i mam koty, postanowiłam trochę urozmaicić swoje życie i zainwestować w akwarium z rybkami. Nawet nie wiedziałam, że to wymaga tylu wybiegów, no ale skoro już podjęłam decyzję to pojechałam autobusem do pobliskiego miasta i poszłam do sklepu. Pan był bardzo obeznany zapytał mnie jakie duże ma być moje akwarium i jakie rybki chciałabym w nim hodować. I tutaj miałam dylemat, bo nie wiedziałam Piranie czy Gupiki. Gupiki nasze krajowe takie małe zwykłe nawet niektóre kolorowe. Piranie – specjalna odmiana najnowsze osiągnięcie chińskich genetyków akwarystyki. Podobno krzyżówka z rekinem ale sprzedawca na pewno żartował bo widział że się lekko wystraszyłam. Przeciętny zjadacz chleba, jeśli nie wie co myśleć, to na wszelki wypadek trzyma z silniejszym, więc wybrałam Piranie! Myślałam, że wybranie silniejszego to chyba mniejsze ryzyko że się człowiek wygłupi, a poza tym, miałam wrażenie, że mój głos wreszcie coś znaczy.

Akwarium wzięłam takie średnie, 100 litrów i kupiłam też całe to niezbędne wyposażenie. No i Piranie oczywiście sztuk pięć. Pan ze sklepu mi to zapakował, żebym ja mogła spokojnie i bezpiecznie wrócić do domu, no i moje Piranie też chłe chłe. W domu wszystko oporządziłam jak trzeba, włączyłam i po jakimś czasie wpuściłam rybki. One nawet spokojne były. Zwłaszcza na początku.

W nocy miałam bardzo dziwny sen. Śniło mi się że uciekam całkiem naga w dżungli w Ameryce Południowej gdzieś nad brzegiem Amazonki. Gonił mnie wielki, nienaturalnych rozmiarów kot. Biegł na swoich ogromnych łapach i już mnie doganiał, kiedy dobrnęłam do brzegu rzeki. Wbiegłam do niej po pas – on zawahał się i stanął nad brzegiem przestraszony, chyba rwącym prądem wody. A ja szłam i szłam wpław i szłam i nawet nie czułam że coś mnie je. Kiedy wyszłam na drugim brzegu, stwierdziłam, że nie mam nóg tylko od pasa w dół pozostał mi sam szkielet! Obgryzły mnie Piranie a ja byłam tak zafrasowana swoją walką o przetrwanie, że nawet tego nie zauważyłam… Obudziłam się zlana potem.

Po chwili okazało się, że ten sen miał jakieś logiczne podstawy, bowiem zobaczyłam, że mój ukochany kotek Felek nie ma noska! Próbował wsadzić pyszczek do akwarium i mu zżarły. No tak Felku, na własne życzenie zostałeś kaleką, i opatrzyłam mu jakoś to co zostało po nosku denaturatem i watą. Jak widać z Piraniami nie ma żartów ani na jawie ani we śnie. W ogóle zauważyłam, że szybko bardzo głodniały. Wrzucałam im do tego akwarium co miałam pod ręką a one jadły i jadły. Nie pogardzały filetem z kurczaka, a nawet salami. Warzywa i owoce mniej preferowały, no wiadomo mięsożerne zwierzęta.

Po kilku dniach jedna gdzieś zniknęła. Zostały cztery.

Postanowiłam pojechać raz jeszcze do sklepu akwarystycznego żeby zakupić jakąś karmę dla nich bo to opakowanie które kupiłam zżarły w mig. Sprzedawca polecił mi specjalną odmianę tuczonego planktonu, który jest kilkunastokrotnie bardziej kaloryczny niż zwykły plankton stosowany do karmienia rybek. Powstał on jako specjalna mieszanka genetyczna zwykłego planktonu i tucznika w jednej z byłych republik ZSRR i podobno w jej powstaniu uczestniczyli ci sami naukowcy którzy stworzyli Barszcz Sosnowskiego. Plankton taki najlepiej hodować w osobnym zbiorniku, kupiłam też dla niego pokarm, specjalnie przygotowaną mieszankę na bazie paszy dla tucznika. Ta pasza jakoś obiecująco bimbrem śmierdziała zresztą jak i sam plankton, wiadomo wschodnia produkcja chłe chłe, na trzeźwo by tego nie wymyślili. I ponownie z drugim akwarium i planktonem, oraz karmą wróciłam do domu.

Postawiłam je obok tamtego chociaż miejsca było mało i nie było mi to w smak. Za dużo zbiorników, no ale moje Piranie muszą mieć odpowiednie środki do przetrwania, choć odnotowałam że jest ich już tylko trzy za to zgrubiały i urosły. W międzyczasie przyszła pora posprzątać moim rybkom, i z tym problem był. Bo siatki metalowej żeby je złapać nie miałam, a plastik zżerały w sekundę. Postanowiłam durszlakiem – jakoś szło ale i tak mnie jedna z nich użarła w palec. Krew mi leciała pół godziny!

I tak męczyłam się z nimi a one rosły rosły i rosły. Musiałam im nowy zbiornik 300 litrów zakupić, bo rosły okropnie a były już tylko dwie. W końcu kiedy plankton mnożył mi się tak że oporządzałam go w gumiakach wrzucając paszę do akwarium wiadrami, a większa pirania pożarła mniejszą, przeniosłam ją z pomocą sąsiadów do wanny. Wzięliśmy to akwarium we czworo i zawartość przelaliśmy, uzupełniając wodą. Kiedy wlewałam wodę użarła mnie w nadgarstek, pożerając przy okazji mój zegarek marki Orlex.

Tego było już za wiele ! Postanowiłam działać. Najpierw metodami ekologicznymi chciałam wypuścić jej wodę. Ale jak tylko próbowałam rękę włożyć do wanny to ta cholera szczękała zębami i dodatkowo warczała jak pies. No to wykombinowałam sobie, że ją otruję. Metoda stara jak świat. Kupiłam gąbkę, ścisnęłam i owinęłam taką ściśniętą kulkę sznurkiem. Całość następnie wymoczyłam w panierce do schaboszczaków mniam mniam i opiekłam. Idea bazowała na legendzie o Szewczyku Dratewce. Pirania łyka gąbkę, sznurki puszczają jej w żołądku pod działaniem kwasów trawiennych, gąbka się rozszerza i po rybie chłe chłe. Na wszelki wielki przygotowałam jeszcze kilka na zapas gdyby jeden klopsik nie pomógł. I jakże wielkim było moje zdziwienie kiedy pirania pożarła gąbkowego klopsika w całości i po dwóch sekundach wypluła resztki sznurków donośnie przy tym bekając… No nie co za mutant!

No to prądem ją. Podłączyłam suszarkę do włosów i dawaj do wanny. I jeszcze lokówkę pod napięciem dodałam. Zafurkotało, zabłysło, strzeliły korki w całym bloku, a ja w ciemności widziałam tylko świecące ślepia chińskiego mutanta które po tej dawce świeciły jakby mocniej…

Gdy naprawili korki zadzwoniłam po Kulawego Genka i ferajnę żeby się zabawić w tym smutnym dla mnie czasie ale żeby też coś zaradzili. W zasadzie to miałam nadzieję że Genek jakieś rozwiązanie wymyśli. Zanim zabrali się za dyskusję musieliśmy Genkowi szybkie płukanie żołądka robić bo pożarł resztę tych gąbkowych klopsików. Ale to mi już dość sprawnie idzie za pomocą szlaucha, miski, oraz szarego mydła rozpuszczonego w wodzie. Jak Genek doszedł do siebie i oczy mu z powrotem na orbity wróciły, po obejrzeniu Piranii i walnięciu kilku kolejek zaproponował rozwiązanie. Przynieśliśmy z piwnicy zbroję, która została mi po krótkim okresie fascynacji rycerstwem. Genek ją nałożył i postanowił wywalić piranię na dywan, po czym mieliśmy ten dywan szybko zrolować, wynieść na brzeg pobliskiej rzeki i wrzucić wraz z piranią w jej nurt. Genek chwycił rybę fachowo metalowymi rękawicami w okolicach oskrzeli i rwącymi ruchami, bo strasznie się miotała wywalił na dywan. Szybko go zwinęliśmy. I poszliśmy nad rzekę. I mieliśmy wielkie szczęście że to niedaleko bo ta cholera wyżarła w syntetycznym dywanie wielką dziurę, no ale i tak był na starty. Z ulgą patrzyłam jak wielkie świecące ślepia znikają, ciągnąc za sobą resztki dywanu i obierając kurs na wschód…

I kiedy wróciłam do domu odkryłam z przerażeniem, że reszta ferajny będąc już na niezłej bani wypiła wodę z akwarium z planktonem, bo pachniała jak bimberek. Plankton natomiast zżarli łyżeczkami. Nawet dobrze, na zdrowie, tylko co ja teraz z tymi akwariami zrobię?

A morał z tej historii jest następujący: trzymanie z silniejszymi może mieć negatywne strony i doprowadzić do utraty dywanu, ale ma też plusy, możemy wzbogacić się o nowe akwaria, czego wam wszystkim życzę, chłe chłe.

o mnie: prowadzę osobiście bloga: http://sramelia666.wordpress.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (55)

Inne tematy w dziale Rozmaitości