Ponieważ ja to tak nie bardzo za co mam prowadzić tę swoją walkę o byt, postanowiłam zrobić coś twórczego żeby zarobić. Żaliła mi się ostatnio pani Wiesia, że nie bardzo mają z jej konkubentem Trzeszczącą Beretką gdzie chodzić popołudniami. I wspominali jak to trzydzieści lat temu w naszej miejscowości było kino, biblioteka, a nawet klubokawiarnia dla emerytów, nie mówiąc o bezpłatnym stomatologu Felku aniołku, którego wspominam z wielkim rozrzewnieniem.
To wpadłam na pomysł założenia klubokawiarni dla seniora. Najlepiej zabrać się od ręki do działania. W sypialni za pomocą pianki do golenia w sprayu zaciemniłam okna, pozwijałam dywaniki żeby odsłonić parkiet, przyniosłam z piwnicy dwa fotele z epoki wczesnego Gierka. Znalazła się też dyskretnie świecąca neonówka. W narożniku postawiłam stolik na którym umieściłam warcaby, bierki i pchełki, oraz znalezioną w piwnicy grę Master Mind. Na śmietniku poszukałam kolorowych czasopism, które umieściłam przy wejściu na specjalnym stojaku do gazet. No i muzyka oczywiście, mój niezłomny kaseciak z opcją odtwarzania CD i disco polo – cała złota kolekcja. Żeby było nastrojowo serpentyny i konfetti. No i bimberek bo to akurat u mnie nie kłopot. Oczywiście ja jako szefowa czyli KO – wiec.
Żeby dodatkowo zachęcić klientów chwytliwa nazwa: Klubokawiarnia BBB czyli Bimberek, Bierki i Balanga. Zrobiłam taki szyld za pomocą kredek i kartonu i umieściłam nad wejściem do pokoju. Usiadłam przed wejściem i czekałam. Ale nikt nie przyszedł. No tak, bo nie powiedziałam nikomu.
Napiłam się sama chłe chłe, pograłam sobie w bierki i pchełki, a jak już złapałam fazę to nawet w Master Mind, chłe chłe. Później zaczęłam wrzucać ogłoszenia o BBB w sieć. Zrobiłam też odręcznie kilkadziesiąt ogłoszeń i rozdałam starszym ludziom napotkanym w drodze do sklepu i w samym sklepie. Otwarcie o 20:00, wstęp darmowy drinki po 5 PLN.
Nawet dopisali, było aż dziesięć osób.
Na początku było spokojnie, piliśmy, grał Bayer Full z kaset i wszyscy pięknie się bawili. Niestety w pewnym momencie pani Kwarczakowa, emerytowana sprzedawczyni z warzywniaka, dostała wiatrów i tak zanieczyściła atmosferę, że nawet otwarcie okien nie pomogło, co sugeruje że mogła popuścić w reformy. A ponieważ ja jako KO-wiec chciałam pełnić funkcję nie tylko kulturalną ale i oświatową jak sama nazwa wskazuje, postanowiłam zebrać staruszków i urządzić pokazy. W pierwszej części zabawa edukacyjna polegała na wymyśleniu jak najbardziej optymalnej antywiatrowej diety. Oczywiście aby to uczynić poprosiłam całą dziesiątkę moich aniołków chłe chłe, żeby pomyślały o najbardziej wiatrogennej potrawie czy posiłku życia. I każdy z nich opowiadał po czym zazwyczaj go bierze. Postanowiłam nagrodzić trzy najbardziej oryginalne odpowiedzi.
Na trzecim miejscu umieściłam osobę która zainspirowała mnie do urządzenia konkursu i zajęć kulturalno – oświatowych panią Kwarczakową. Powiedziała mi że największe wiatry ma od picia kawy. A lekarze wręcz zachęcają ją do picia z powodu niskiego ciśnienia. Opowiada że jest tak wrażliwa na tym tle, że w domu wystarczy otwarcie paczki z kawą i już ładuje jak mały CKM. Takimi krótkimi seriami ale za to dość głośno. Opowiadała też najbardziej zabawną historię jaka jej się przytrafiła, otóż poszła kiedyś do galerii handlowej i tam za rogiem była cukiernia z pijalnią kawy. I ona nie zauważyła a ponieważ szukała WC to tak za ten róg zaszła. I poczuła aromat kawy to jak zaczęła seriami pakować to wszyscy na podłogę padli bo myśleli że to jak w USA jakiś szaleniec na ludzi z bronią wyszedł. Niemniej ostro musiało być bo w ladach szyby popękały od tych serii jakie babcia Kwarczakowa z siebie wypruwała.
Drugie miejsce zajął pan Walenty – obecnie organista a dawniej muzyk w orkiestrze strażackiej. Jest, że tak powiem, uwrażliwiony jelitowo na ziemniaki i mąkę. A już zmieszane to porażka. Jest fenomenem w swej dziedzinie bowiem kiedy ma wiatry to układają się one w piękną muzykę, jakby kuranty z wieży kościelnej grały. Najzabawniejsza historia jaką mnie pośmiał to była taka, że kiedyś na bani, jak się odważył, po namowach kolegów nażarł się placków ziemniaczanych. To sobota była. Kumple mu wmówili, że pozbędzie się przypadłości jak się odczuli, a to jest możliwe po zjedzeniu większej ilości uczulających produktów. Coś o tym wiem bo kiedyś odchudzałam się poprzez odwodnienie nawodnieniem. Na prawdę jest taka terapia – jeszcze wam o niej napiszę na moim opiniotwórczym blogu. No i jak się nażarł tych placków i jeszcze wódką zapił to na drugi dzień o piątej nad ranem jak zaczął te kuranty wydzwaniać to pół wsi się na sumę zleciało bo myśleli że to dwunasta w południe chłe chłe. Nawet ksiądz proboszcz się nie poznał.
No i last bat not de list – była pielęgniarka pani Mirka. Ta to ma na prawdę problem, bowiem cierpi na przypadłości jelitowe i jedyna metoda leczenia to czopki. Niestety jest na nie uwrażliwiona i stąd poważne problemy. Przyznałam jej pierwszą nagrodę bowiem poza świszczącymi wiatrami, którymi straszy jakby pociski latały koło ucha, ma jeszcze towarzyszące im tzw. kleksiki. Białe kleksy jakby ktoś talkiem z tyłka strzelał. To dopiero… Opowiadała, że kiedyś udało jej się ocalić bank. Była w banku i krótko przed tym musiała zadozować sobie w toalecie czopek, bo strasznie jej jelita się pozawijały, i jak wyszła do holu bankowego była świadkiem napadu. Jak zaczęła strzelać a dodatkowo dawać mączne dymy to zamachowcy od razu poddali się rzucając się na podłogę z rękami na głowie. Myśleli że to policjanci i ninja w białym tumanie i zwartym ataku. Za ten humanitarny aspekt jej wiatrowej opowieści przyznałam jej pierwszą nagrodę.
I tak nam upłynął pierwszy wieczorek w klubie. Lekcja prania reformów odbyła się na przykładzie pokazu tych pani Kwarczakowej, bo na prawdę popuściła. Zastosowałam moją starą metodę prania, i przy okazji wypełniłam swoją oświatową misję. Otóż jest to stara metoda jaką przywiózł od Czukczów mój dziadek. Krótko mówiąc brzmi ona “jak się wysuszy to się wykruszy”. Włączamy grzejnik, najlepiej z dmuchawą, kładziemy na niej reformy, otwieramy okno. Po 10 minutach pumeksem ścieramy do białości. Tanio – coś w sam raz dla seniorów, nie trzeba kupować proszku. Jedyny wydatek to na prąd, ale jak nam się nie spieszy lub jest ciepło to możemy bez grzejnika- zwyczajnie na słońcu.
Nad ranem wprowadziłam free bar, i wszyscy doskonale się bawili. Niestety klub musiałam zlikwidować – pan Felek – emerytowany strażak nawalił się straszliwie, a on na fazie staje się agresywny. Połamał bierki bo przegrywał z każdym, a pchełki zjadł. Ciekawe jakie po nich będzie miał wiatry chłe chłe.Tylko musi uważać żeby nie skończyć jak ten pan ze zdjęcia poniżej:

A morał z tej historii jest następujący: Jedzenie placków ziemniaczanych zapijanych kawą po zadozowaniu sobie czopka może dostarczyć niezapomnianych przeżyć, ba przy odrobinie szczęścia ocalicie bank, czego wam wszystkim życzę chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)