0 obserwujących
100 notek
84k odsłony
  583   0

Dzień Pustaka – party Słoweńca w Starym Wariocie

Na pewno już doskonale wiecie, że poza bimberkiem zajmuje się też działalnością w necie, dzięki czemu prowadzę dwa bardzo opiniotwórcze blogi tutaj i na wieśpressie. Dzięki mojej ciężkiej pracy i nagrodzie od japońskich bimbrowników czyli klikaczce mój blog na wieśpressie jest w tej chwili na pierwszej pozycji listy bimbrowników! Co prawda żadna inna statystyka światowa nawet nie odnotowuje mojej obecności ale tam mam jedynkę czyli nadaję ton i bon ton i w ogóle jako ucieleśnienie postmodernizmu i dadaizmu czyli dwa w jednym jestem jak mówią Anglicy “on the top” tylko nie wiadomo u kogo chłe chłe.

I dzięki tej mojej intensywnej działalności w necie poznałam bardzo miłego człowieka. Poznałam ja jego bo on mnie to tak nie za bardzo. Pisze tutaj pod nikiem Słoweniec. Nie wiem czy rzeczywiście jest Słoweńcem, pewnie tak i wybrał sobie taki mylący nick żeby każdy myślał że sobie go wybrał po to że właśnie nim nie jest, a jednak jest chłe chłe. Słoweniec jest bardzo mądry, ładniutki bo widziałam go w telewizjach wszelakich i dodatkowo ma kasę co szybko udało mi się wywęszyć. No to warto go bliżej poznać.

Najlepszą okazją ku temu będzie zorganizowanie dla Słoweńca i kilku innych ników które znam, albo i nie, party. Idealne do tego będzie moje miasto a tutaj jest wprost wymarzone miejsce ku temu czyli restauracja hotelu Stary Wariot. Nazwa jej wzięła się od tego, że podobno w tym miejscu dawno dawno temu, zaraz po wojnie biegła lokalna droga z Koziej Wólki do Bujnego Księcia. Ruch na niej był taki sobie. I stał przy niej taki biedak – Adaś go zwali, który zbierał z żebraniny na jabolki maści wszelakiej. A ponieważ żadna z furmanek która tamtędy wtedy jechała, nie chciała się zatrzymywać to on z rozpaczy i wysuszenia zwariował i się zestarzał, bo ponoć tak stał stał stał aż do późnej starości. I w końcu jechała tamtędy moja babcia Mszczuja Pustak na koniu, która też co nieco z deklem miała, bowiem od wczesnego dzieciństwa wydawało jej się że jest kowbojem i zatrzymała się. I wtedy biedak jak ją zobaczył to się zakochał, zwłaszcza ze go na lasso złapała i związała a on bardzo takie zabawy lubił chłe chłe. Pobudowali w tym miejscu szajerek nie za wielki i nazwali go “Warioty” na swoją cześć. Piśmienni oni nie byli za bardzo, a ponieważ babcia Mszczuja szybko zeszła z tego ziemskiego padołu to Adaś został sam a szajerek ludzie przemianowali na Stary Wariot. Okazało się jednak że kolejne pokolenia dzieci tych dwojga opętanych odrodziły się jako geniusze, czego jestem niewątpliwym przykładem chłe chłe, i odbudowały szajerek robiąc z niego całkiem przyzwoitą hotelarską sieciówkę. Ale to tak wam opowiadam o naszym drzewie dendrologicznych chłe chłe. Swoją drogą Mszczuja zginęła w tragicznych okolicznościach spadając z wrażenia z konia – kiedy na drodze pojawiła się straż pożarna jadąca do pożaru stodoły w Bujnym Księciu, a jej wydawało się że to stado Indian.

No więc chodziłam tak i mękoliłam temu Słoweńcowi i jęczałam i stękałam. Wymyśliłam – Stary Wariot, sobota 20:00. Słoweniec nie potwierdził, niemniej również nie zaprzeczył! I tego się trzymałam, choć Słoweniec tak zwykle elokwentny i chętnie podejmujący rękawice rozmowy dziwnie był milczący i przemilczający w tej konkretnie sprawie.

Zaprosiłam wszystkich znajomych w końcu nie codziennie można się załapać na kaczaka lub jak to w moim przypadku “na krzywy ryj” chłe chłe. Ponieważ ja w swojej walce o byt staram się być oszczędna, musiałam wykombinować jakiś specjalny strój. Postanowiłam na cześć naszego fundatora ubrać się w barwy narodowe Słowenii: biało – niebiesko – czerwone. Wszystko oczywiście domowym sposobem. Od góry do dołu jak słoweński sztandar: na głowie biel – miałam w szafie trochę emulsji białej od malowania kaloryfera w zeszłym roku to zrobiłam sobie biały balejaż na moich włoskach. Swoją drogą to im pomoże bo coś od czasu kiedy sobie zrobiłam irokeza przerzedziły się. Niebieskie było moje wdzianko. Jak wiadomo, Słoweniec jest z wyższych sfer, no więc na pewno frak lub co najmniej smoking wdzieje, no to suknie musiałam przygotować. Miałam w szafie kawałek gumowanego brezentu niebieskiego, a ponieważ jesień i dżdżysto jest i chłodno to taki gumowany brezent zda się na pewno. Kordonek igła i w godzinę miałam gotową całkiem fantazyjną suknio – pelerynę w kolorze blue. No i czerwień, nie ukrywam mój ukochany kolor. Spódnica w kolorze red i wyglądam jak słynna Kobieta w Czerwieni z filmu, zaraz który to rok był? Chyba 1984, ona taka ekstra laska… Wiem mam! Kobieta w czerwieni trzydzieści lat później, a przy okazji trzydzieści kilo później chłe chłe.

Spódnicę miałam, kiedyś chodziłam na próby zespołu ludowego krakowiaków i mi została bo zapomniałam zwrócić. Wywalili mnie za… chłe chłe – już chcieliście misiaczki powiedzieć że za picie? a właśnie powiem wam że nie! Wywalili mnie z błahego powodu, żaden chłop w zespole nie dawał mi rady, chłe chłe. Ale nie nie – nie to co myślicie, choć nie miałabym nic przeciw. Żaden nie mógł mnie podrzucić w tańcu, i kiedyś w końcu jednemu kulturyście Felkowi (na jego cześć nazwałam tak mojego kotka) się udało. Gorzej było z lądowaniem, pękły deski w scenie a ja wpadłam po pas w podłogę. Czułam się jak na seansie akupunktury z tymi drzazgami, ale ponieważ nie chciałam pokryć strat, bo niby dlaczego, to mnie wywalili. Co nie zmienia faktu że na bani wtedy jednak byłam i powiem wam, że akurat bardzo dobrze – bo mniej bolało.

I tak ubrana w sobotę o 19:20 poszłam, bo Stary Wariot jest tak około 40 minut ode mnie. I szłam i szłam i doszłam. I czekałam do 20:00 i wyobraźcie sobie nikt a nikt nie przyszedł. Zwłaszcza nie było Słoweńca a tak na niego liczyłam…

I kiedy już smutna, pociągając z piersiówki wracałam do domu napotkałam grupę czeczeńskich turystek. Wyobraźcie sobie, że te bez słowa rzuciły się na mnie, gryzły, drapały kopały. Mimo że masową przewagę miałam to w końcu obaliły mnie, co łatwiejsze było bo już lekko od bimberku się zataczałam, i spuściły mi taki łomot że posiniaczona i odrapana ledwie się do domu doczołgałam. Turystki te bowiem, okazały się być grupą czeczeńskich naziolek z ruchu Wolny Czeczen Oi! które kiedy zobaczyły mnie w biało-niebiesko-czerwonych barwach odebrały to jako przejaw skrajnej rusofilii.

Po powrocie do domu podłączyłam pod prąd palmtopa chłe chłe i napisałam do Słoweńca na PW:

Wystawiłeś mnie.

Szybko odpisał: BINGO!

A to zdjęcie jednej z nich Ziny – ponoć spokrewnionej z samym Szamirem Basajewem : 

A morał z tej historii jest następujący: Wymuszenie jest karalne nie tylko w kodeksie ruchu drogowego, ale i w codziennym życiu, czego Wam wszystkim nie życzę, chłe chłe.

Lubię to! Skomentuj41 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale