Moje doświadczenia z bimberkiem zmuszają do podejmowania działań profilaktycznych. Otóż eksperymentowanie z zacierami maści wszelakiej powoduje zupełnie przeciwstawne efekty bo z jednej strony zaparcia a z drugiej biegunki. Wszystkiemu temu towarzyszą omamy i nasilająca się mania prześladowcza. Nie wstydźmy się na ten temat rozmawiać, to rzeczy ludzkie.
I dlatego dzisiaj chciałam na moim opiniotwórczym blogu napisać nieco więcej o krokach jakie podjęłam w walce z biegunkami i nerwicą. Jak wiadomo doskonałe działanie ma tutaj czekolada. Z drugiej strony pić trzeba więc najlepsza jest zakrapiana czekoladka z likierkiem mniam mniam. Już od dzieciństwa zastanawiałam się, ile bym musiała zjeść takich czekoladek z likierkiem żeby się upić i czy najpierw bym się upiła czy by mnie wcześniej zemdliło chłe chłe. Niestety na eksperyment w zakresie tych filozoficznych rozważań nie pozwalają mi środki które przeznaczam na swoją codzienną walkę o byt. I tutaj miła niespodzianka – w pobliskim Polo Markecie promocja, chińska czekolada na biegunkę i nerwice – otrzymywana według najnowszych receptur opracowanych przy współpracy wybitnych ekspertów z trzech ośrodków – potentatów: Szanghaj, Tiencin i Nankin. Wynikiem ich owocnej współpracy jest czekolada SzaTieNa której nazwa w swobodnym polskim tłumaczeniu ekspertów branży spożywczej, dawniej PSS Społem, brzmi “Czarna Chata”. Jest ona trzykrotnie większa niż normalna polska czekolada ale, uwaga i tu kolejna niespodzianka, trzykrotnie tańsza! A jeszcze jak w promocji to już prawie jak za darmoszkę. Od razu żeby zaopatrzyć się na dłużej pożyczyłam od pana Zdzisia – miejscowego złomiarza mały wózeczek tak że z sześć kartonów czekoladki od ręki się zmieści bez najmniejszych problemów. Żeby nie marnować czasu, bez porannej kawy, jednakże po obowiązkowej porannej lufie zwanej “dzieńdoberek” o 7 rano ruszyłam do Polo z kopyta można by rzec. Szczęście dopisywało mi bowiem już po drodze dowiedziałam się od znajomych bimbrowników z okolicy, że przyjechały dwa tiry z nową dostawą czekolady bowiem cieszy się ona wielkim zainteresowaniem ale obsługa błyskawicznie rozładowuje kolejki. Zakupiłam w związku z tym aż dziesięć kartonów na nieco większy zapas. Wszystko wniosłam do domu i ustawiłam w kuchni przy ścianie. Jedną tabliczkę wyjęłam i od ręki zjadłam choć potrzeby biegunkowej ranka owego nie odczuwałam. Dzień minął szybko i jak zwykle po wieczornym obejrzeniu jołtjubisia z Barnapapą położyłam się spać.
W nocy obudziły mnie dziwne błyski i trzaski dochodzące z kuchni. Towarzyszyła temu chińska muzyka ale jakby puszczana od tyłu. To było straszne jakby jakaś chińska sekta satanistów odbywała modły. Po cichu zakradłam się i jak zobaczyłam co dzieje się w kuchni mało nie popuściłam w moje slipingreformy. Stał tam ogromny prawie dwumetrowy Murzyn ubrany tylko w slipy z kartonu. Cały był z czekolady, ten murzyn nie karton oczywiście. Po podłodze walały się opakowania od Czarnej Chaty pomazane czekoladą pazłotka, od wszystkiego odbijały się świetlne błyski. Dziwna muzyka pochodziła od buczenia czekoladowego murzyna, przy czym było to zjawisko niesamowite bowiem posiadał on umiejętność buczenia na kilka głosów z których wyraźnie wyróżniał się wysoko-tonowy piskliwy głos chłopca z eunuszego chóru i niski głos operowy a la nieodżałowany mistrz z Padovy Luciano Pavarotti. Jednak wszystko to intonowane było po chińsku…. Miał spuszczone oczy, i to też było dość straszne bo w jednym brakowało połowy powieki. Jak się później dowiedziałam to brakujące pół powieki to była ta tabliczka co ją wcześniej zjadłam. Chyba umiał czarować bowiem bez otwierania oczu wyciągnął do mnie rękę i głosem eunucha powiedział: witaj Amelio Pustak nasz Pustaczku kochany. Jestem Joe Ciang duch z głębin Jangcy Ciang. Podejdź tutaj do mnie. Idąc w jego kierunku popuszczałam coraz bardziej ale szłam. Szłam – bowiem czułam w sobie krew moich bohaterskich przodków. Jako największa patriotka, europejka a przede wszystkim ziemianka, czy coś tam czułam odwieczny pęd do kontaktów z UFO i niezidentyfikowanymi obiektami. I misję – historyczną misję ludzkości… Czułam że dzieje się coś ponadczasowego i że właśnie przechodzę do historii ludzkości! Po tym wydarzeniu będę pierwsza nie tylko na liście rodzimych ale i ogólnoświatowych bimbrowników!!!
Moja rodzina ma zresztą na swoim koncie (tym co nie stoi w kącie – to do analfabetów chłe chłe) szereg kontaktów z UFO i obcymi cywilizacjami. Nie wiem czy kiedyś wam wspominałam to może o dwóch takich najważniejszych wspomnę. Moja kuzynka Jadzia ze strony cioci po kądzieli spotkała kiedyś w lesie na grzybach przedstawicieli obcej cywilizacji. Akuratnio zanurzała się na czworakach w niewielkim zagajniku w poszukaniu maślaczków kiedy na polance zobaczyła malutkie zielone ludziki wielkości średniego wzrostu pekińczyka w siadzie. Podeszła do nich z ostrożnością a ci rozwinęli przed nią transparencik z napisem “Witajcie Ziemianie – dajcie nam co macie najlepszego!”. Akurat dobrze trafili bowiem kuzynka, która lubiła sobie golnąć, wykopała w ziemi otwór 20 na 20 cm i wlała tam bimberku z piersiówki. Oni po kolei podchodzili i pili po kilka łyków. Jadzia opowiadała, że w zamian zaoferowali jej swój bimberek produkowany z tamtejszego torfu. Miał on moc cudowną bowiem malutki łyczek dawał takiego kopa, że kuzynka przez tydzień na OIOMie musiała do siebie dochodzić. Dobrze że przejeżdżający w pobliżu na rowerze wieśniak znalazł ją w tym zagajniku leżącą głową w mrowisku i w lesie tak, że buty tylko wystawały na drogę. Czuć od niej było oczywiście alkohol, bo co innego miało być czuć? I to żadna zapaść alkoholowa nie była tylko kontakt z obcymi! Drugi przykład to tajemniczy anonimowy rolnik który pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku odbył na swoim gospodarstwie bliskie spotkania pierwszego stopnia z UFO. Był to mój wujek Edwin Pustak. Wychodząc późnym wieczorem przed chatę zobaczył on tajemnicze niebieskie błyski nad stodołą a następnie z błysków tych wyłonił się latających spodek. Po wykonaniu dwóch okrążeń nad podwórkiem wyrzucono z niego drabinkę i a z otworu wyłoniła się świetlista postać zielona jak trawa z głową mongoła i skośnymi oczami i zakiwała trójpalczastą dłonią do Edwina. Edwin wszedł po drabince i tam było trzech innych i położyli go na takim lewitującym w powietrzu łóżku wodnym i uśpili wykonując przed tym serię bolesnych lewatyw. Jak się później okazało, kosmici ci posiedli doskonałą umiejętność badania mózgu przez odbyt i chcieli Edwina po prostu gruntownie zbadać. Kiedy się obudził nic już nie było, odczuwał tylko bolesne pieczenia i zobaczył, że leży w stodole na stogu siana. Stodoła paliła się, pewnie od owych kosmicznych błysków, i tylko bohaterska postawa Edwina który wiadrem z wodą wszystko ugasił uratowała sytuację. Edwin poinformował o tym wszystkim media i zrobił furorę. I nigdy nie wierzyłam w złośliwości tych co mówili, że w ten dzień wujek Edwin pił do nieprzytomności bo była pierwsza komunia jego dwunastego syna i pod koniec imprezy wyszedł w nieznanym nikomu celu z miejscowym kochającym inaczej ekspedientem panem Franiem. I że niby zasnął po wszystkim z petem w ustach w stodole. Ja tam jemu wierzę. Ale faktem jest, że opuścił później swoją żonę i dwanaścioro dzieci i wyjechał w nieznanym kierunku. Franio też zniknął pozostawiając wakat w sklepie.
No więc podeszłam do chińskiego murzyna a on przytknął palec do ust i kazał mi stać i wsłuchiwać się w swoje buczenia. Poczułam zapach gliny chińskich pól ryżowych nawet czułam jak stoję po kostki w błocie i słyszę szum Jangcy Ciang. Kiedy zrobiło się jasno Joe kazał posprzątać mi w kuchni.
I nawet nie wiem po jakim czasie narodziło się między nami głębokie uczucie. Niestety uczucie to od początku napotykało na przeszkody. Odkryliśmy je dopiero kiedy chciałam uchwycić mocną czekoladową dłoń Joe Ciang. Pod moją dłonią poczułam lepką czekoladę… Joe topił się. Topił się straszliwie a ja podjęłam rozpaczliwe próby poszukiwania wyjścia z tej sytuacji. Niestety na nic zdało się wkładanie moich rąk do lodówki celem obniżenia temperatury, czy próba pokrycia Joe, a przynajmniej co bardziej potrzebnych części jego ciała chłe chłe kilkucentymetrową warstwą stopionych w garnku paczek foliowych. Wszystko na darmo, nic z tego… Nasz związek skazany był na czystość, mieliśmy tak do końca żyć w białym związku.
Przyszło nasze pierwsze lato. Męka w upały. Kupiłam ogromną zamrażarkę i Joe spędzał w niej bardzo dużo czasu, w zasadzie z dnia na dzień coraz więcej. W rozpaczy zaprosiłam Genka i ferajnę celem odbycia narady z Genkiem przy bimberku co robić. Joe schował się do swojej zamrażarki żeby nikogo nie wystraszyć. Słyszałam tylko jak mruczał na trzy głosy z zamrażarkowym generatorem. I kiedy tak wszyscy pili ja wzięłam Genka do pokoju żeby w cztery oczy mu wyklarować i o radę poprosić. I wtedy Genek wpadł na genialny pomysł. Jednak ten Genek to ma głowę na karku. Wykombinował żeby wziąć prodiż na prąd i pociąć Joe na kawałki. Następnie stopić go w prodiżu i zrobić odlew takiego samego ale mniejszego. Zmniejszyć go tak o połowę to jego powierzchnia pochłaniania ciepła zmniejszy się dwukrotnie i nie będzie się tak łatwo grzał i co ważniejsze topił. Ale to nie wszystko, Genek wymyślił, że celem utwardzenia Joe należy podczas topienia dodać do prodiżu betonu, wiórów i trocin. To jak się wszystko stopi razem i odleje po zastygnięciu powinno stwardnieć i lekko polepszyć właściwości Joe.
W te pędy polecieliśmy do piwnicy po prodiż, a Genek z workiem udał się do pobliskiej stolarni po wióry. Cement miałam od ostatniego mojego remontu kiedy przemeblowanie w kuchni do krioterapii robiłam. I już szczęśliwa wróciłam do domu kiedy oczom moim ukazał się straszliwy widok. Nabzdyngolona ferajna siedziała przy stole kończąc pożeranie ostatniego kawałka – dokładnie była to głowa mojego czekoladowego Joe… Poczęstowaliśmy się tym czekoladopodobnym wyrobem z zamrażalnika – powiedziała umorusana Endżi.
Ale historia nie na tym się kończy. Wszyscy oprócz Genka wpadliśmy w wielką rozpacz. Ja z powodu straty ukochanego a ferajna z powodu omamów licznych i zaparć po zjedzeniu antydepresyjnej antybiegunkowej chińskiej czekolady Czarna Chata. Swoją drogą ci Chińczycy niezłe mają metody walki ze stresem…
A to ostatnie zdjęcie jakie zrobiłam Joe jesteśmy na spacerze (nic nie zmieniałam):
A morał z tej historii jest następujący: Nie wsadzaj ukochanego do zamrażarki bo Twoi przyjaciele na bani mogą ci go zabrać i to na zawsze, czego Wam nie życzę chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)