Wszystko tego dnia było dziwne. Zdeformowane, krzywe, brzydkie i nijakie. I przeciw mnie. Włożyłam głowę do zamrażalnika – nie pomogło. Opłukałam wrzątkiem – też nic. W końcu moje najbardziej awaryjne wyjście, zwane wyjściem ostatecznym – tak zwana terapia wodospadowa. To z jej powodu przerobiłam sobie spłuczkę z wiszącej na naciskaną. Kiedyś chciałam ją zastosować i tak się spieszyłam że oberwałam tę wiszącą, chłe chłe. Terapia jest prosta – głowa w sedes i spuszczenie wody. Nic. Tylko mi irokeza od kostki zapachowej zabarwiło na niebiesko.
Czułam w sobie krew mojego wujka Stefka, który kiedyś jadąc w daleką drogę motocyklem Rumak ubrał się do podróży nietypowo, przez co ludzie mało go nie zabili. Mścił się za to na nich do końca życia. Tak było. Wiał tego dnia straszny wiatr akurat z kierunku północnego a na północ miał jechać wuj Stefek. A wuj podróżował na motocyklu w kurtce z prawdziwej skóry zapinanej na dość duże guziki. I jak mocno wiało to mu wwiewało pomiędzy te guziki w otwory wszelakie i guziki się dodatkowo rozpinały. Wuj z początku próbował z tym walczyć robiąc co jakiś czas postoje i zapinając, ale to męczące coraz bardziej było. Więc w końcu wuj Stefek, mający zawieść jajka i smalec swojej głodującej rodzinie z okolic Nowych Rumunek, tego właśnie jesiennego dnia którego było aż 8 w skali Beauforta, idąc za radą swojej żony a mojej cioci, założył kurtkę odwrotnie to jest guzikami na plecy. Ciocia mu je zapięła i mimo że mu trochę niewygodnie było bo z plecami na przodzie trochę uwierało, to jednak nie było dziur i nie rozpinały się te guziki, czyli bez postoju mógł spokojnie gnać na Rumaku ile wlezie. Ciocia mu tylko szerokości życzyła jak pędził. I jakże pechowy był to dzień bowiem Stef zderzył się z nadjeżdżającą z naprzeciwka furmanką na jakiejś wsi w okolicy Nowych Rumunek. I stracił przytomność, a miejscowi wieśniacy w ramach udzielenia mu profesjonalnej pierwszej pomocy unieruchomili go dusząc do ziemi po czym kilku z nich jednocześnie chciało mu naprostować poskręcane głowę, ręce i nogi! Długo później leżał na ortopedii i nigdy nie wrócił już do normy, za to posiadł umiejętność niespotykaną u ludzi, potrafił jak sowa okręcać głowę o wkoło w zasadzie w nieskończoność. Przybrał później pseudonim Sowi Mściciel i to podobno on zatruwał wieśniakom w okolicach Nowych Rumunek wodę w studniach.
A więc tego płynęła we mnie krew Stefa – krew Sowiego Mściciela! Ja wam pokażę i was pokarzę – ryknęłam doniośle. Wyjęłam zdjęcie wuja Stefa z kartonowego pudła, zawiesiłam sobie na sznurku na szyi, rozbierając się przedtem do pasa. Później namazałam sobie takich czarnych pasów na całym korpusie i twarzy za pomocą sadzy z komina. No teraz jest dobrze! Nadszedł czas zemsty.
Najbardziej wkurzają mnie sąsiedzi. Na nic już pisanie donosów. Aż mnie od nich ręce bolą. Pora na zemstę. Wkurzają mnie oni w czterech można powiedzieć wymiarach: ci z dołu, ci z góry no i ci po bokach też! Zaczęłam od tych z góry. Zrobię im niespodziankę chłe chłe. Za pomocą nabytych w sklepie z artykułami AGD dziesięciu tzw. bulgotów do przepychania zlewu i sznura o średnicy 10 cm, który pozostał mi po piciu z załogą kutra rybackiego, o czym na pewno jeszcze nie raz napiszę na moim opiniotwórczym blogu, sporządziłam przyssak. Bulgoty przywiązałam linami do jednej i namoczyłam w wiadrze po kolei. Wyszłam na balkon i podrzucając wszystkie jednocześnie w górę wymusiłam ich przyssanie do podłogi balkonu sąsiadów. Chłe chłe – wystarczyło teraz obwiązać się tą liną do której przywiązałam bulgoty i wspiąć się na barierkę swojego balkonu. Uwaga praca na wysokości, nie było łatwo ale założyłam specjalny kask motorowy tzw. jajo który pozostał mi jako jedyna pamiątka po wuju Stefie. Weszłam na barierkę i mało przez to sama bym się nie zabiła bo mnie zatelepało i ledwo co równowagę utrzymałam i wykonałam skok, a właściwie wskok do mojego mieszkania. Tam grubsza podłoga jest niż na balkonie a bałam się że mój balkon tego nie wytrzyma i dwa na raz zerwę a chyba nie o to chodzi chłe chłe. Poszedł, tylko huki i trzaski. No to miła będzie niespodzianka jak ten smutas z góry wyjdzie sobie na balkonik na papieroska chłe chłe.
Tych po bokach załatwiłam inaczej, ale symetrycznie można tak powiedzieć. Kupiłam malutkie wiertełko o średnicy pół milimetra i przewierciłam się z obu stron. Za pomocą pompki piłkarskiej będę im wpompowywać najbardziej trujące wyziewy z mojej bimberkowej produkcji. Jak już pochorują się na dobre to mam ich z głowy.
No i ci z dołu, tutaj miałam najlepszą zabawę. Za pomocą przecinaka po cichutku ryłam wkoło mojej wanny. Ryłam ryłam i po tygodniu wyryłam. Udałam się do miejscowych stołówek z kaną od bimberku i przez ten tydzień za darmo dawali mi odpady po obiadach i posiłkach wszelakich. Wszystko gromadziłam w tej wannie a smród przy tym niesamowity, ale to moja sprawa co ja w domu mam chłe chłe. Po tygodniu jak skończyłam ryć wanna zapadła się z hukiem. Nie moja wina że strop nie utrzymał.
Sąsiad z góry wyleciał i tylko słyszałam jego wrzask chłe chłe. Wychyliłam się przez okno i zawołałam jak leciał: może ognia ? chłe chłe. Ci po bokach latają już do lekarzy, nawet karetka już po nich kilka razy była. Ci z dołu, no cóż – muszą wietrzyć i pastować, wietrzyć i pastować.
A ja siedzę i zgłaszam donosy że ci z góry i dołu samowolkę budowlaną uprawiają, a ci po bokach zatruwają środowisko, chłe chłe. To moja zemsta Pustaka.
A tutaj sąsiedzi z dołu po mojej wannowo – pomyjowej pułapce chłe chłe.
A morał z tej historii jest następujący: rodzinna tradycja zakładania kurtek tył na przód może powodować spadanie na głowę wanny z pomyjami czego Wam nie życzę, chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (34)