Dawno mnie nie było chłe chłe i już pewnie myśleliście że nigdy mnie nie będzie, ale z powodów oszczędnościowych i ekologicznych wróciłam. Dlaczego? Otóż Ofelia 007 zgłoś się! znowu popuszcza w reformy. Plami a swąd jest nieziemski – znaki dymne szczypią w oczy i nawet praca w goglach i z klamerką na nosie nie pomaga. W ziemiance mojej babci Amieliny taki smród dochodził że aż przegniły stemple i groziło zawaleniem. No i babcia mnie po prostu wygoniła i kazała wracać. Poza tym moje przyjaciółki Ekwi i Beznika pisały że tęskną i ja też za nimi tęskniłam.
Dodatkowo powody eko są najważniejsze – Ofelia 007 zgłoś się! przestanie popuszczać to mniej proszków kupi, kupi mniej proszków wyprodukuje mniej odpadów, mniej odpadów to bezpieczniejszy ekosystem. Tak to działa! Poza tym pralka zużywa prąd wiec i ekologiczniej będzie jak zaoszczędzi i tym sposobem zdobędzie więcej środków na swoją codzienną walkę o byt, a i nam ulży bo mniej fetoru to mniej problemów.
Ale po kolei. Wizytę u babci opiszę osobno, na razie zajmę się samym powrotem do domu bo historia mi się przytrafiła prześlicznej urody i urodziwej prześliczności. W związku z tym właśnie o pralce i praniu chciałam dzisiaj napisać. Jak wróciłam od tej babci to rzeczy miałam nieświeże więc postanowiłam je uprać. Jak zwykle moja pralka Wiatka produkcji ZSRR zabulgotała i zaczęła powolnymi ruchami posuwisto zwrotnymi kręcić bębnem. I kiedy tak siedziałam przed monitorem mojego palmtopa popijając poranną porcję pszenicznej, chłe chłe nagle czegoś zaczęło mi brakować. Myślałam myślałam i po godzinie wymyśliłam – wiem mam! To pralka zamiast monotonnie posuwisto – zwrotnie bulgotać zaczęła mieć takie zrywy. Zryw i cisza, znowu zryw i cisza i znowu… Tak jakby człowiekowi serce biło raz szybciej i wolniej, szybciej i wolniej a chwilami jakby nawet się zatrzymywało… Zaniepokojona zerknęłam co o tym piszą w wujaszku guglu i na forum młodych majsterkujących po godzinach lekarzy kardiologów znalazłam informację że takie zmienne zmiany rytmu pracy serca, ba nawet chwilowe zatrzymania, mogą być objawem stanu zawałowego. O jej! Moja Wiatka ma zawał!! Dopijając pośpiesznie kolejnego drina, tym razem domowej produkcji bimberek babci, wzięłam się ostro za reanimację.
Pamiętałam z harcerstwa że działania reanimacyjne zamykają się w trzech punktach A, B, C: udrożnienie dróg oddechowych ( z angielskiego co ja doskonale znam bo na zmywaku pracowałam tam – airway),sztuczna wentylacja (breathing), masaż pośredni serca (circulation).
Zabrałam się najpierw pospiesznie za udrożnienie dróg pralkowych wyrywając wąż wylotowy i wdmuchując w niego powietrze. Trudno szło faktycznie musiało być jakieś obce ciało co blokowało, ale wiecie że ja jak się nadymam to wszystko wydmucham. Dmuchałam dmuchałam nadymałam się, mocniej, mocniej i poszło. Co prawda przy okazji splamiłam trochę reformy ale co tam, nie ma róż bez ognia, chłe chłe! I po udanym udrożnieniu nawet dawało mi się dmuchać, ale po czasie jakieś ciśnienie ze środka zaczęło wypychać wodę z powrotem. Żeby nie zalać mojego wartościowego linoleum i podłogi pod nim trzymałam mocno w zębach końcówkę ale szło coraz trudniej. Woda była z szarym mydłem i brudna i śmierdziało najzwyczajniej w świecie, dodatkowo szły mi bańki nosem. W mydle piorę bo ja w swojej walce o byt nie kupuję proszków, poza tym Nieno – wielbiciel ekologii maści wszelakiej dawno przekonał mnie że najlepiej żadnej chemii a mydło w ostateczności i to szare jedynie!
Przy jeszcze większym wysiłku związanym z okiełznywaniem coraz większego ciśnienia wężowej wody zaczęłam jeszcze bardziej popuszczać w reformy i nowość – dodatkowo uszami też puszczałam ogromne bańki mydlane niczym sam mistrz David Copperfield. To było coś, szkoda ze nie mogłam tego filmować na komórce bo ręce obie zajęte miałam – w tym samym czasie uciskałam górę pralki regularnie trzydzieści ucisków, dwa wdmuchy przez wąż, trzydzieści ucisków dwa wdmuchy. W końcu po dziesięciu seriach woda zaczęła lać się bokami i poszło… Zęby już nie te co w młodości chłe chłe woda lała się ale po pół godziny przestała a Wiatka zabulgotała i finalnie ucichła. Pokopciła się lekko z tyłu taki swądzik poszedł, siwy dymek i koniec. Zgon…
Pralki już nie miałam ale uprać rzeczy musiałam, zwłaszcza te reformy co je na sobie miałam. A że ostatnie były to przepasałam się kompielnikiem i tak chodziłam. Wszystkie brudne rzeczy te wilgotne z pralki i te suche z mojej walizki którą kupiłam w pobliskim Polo Markecie umieściłam w miskach, co to je używam do produkcji bimberku. W wannie nie było miejsca bo tam wrzuciłam moje zamoknięte linoleum, które nawet po tej wodzie z mydłem nabrało takiej świeżości że wyglądało jak nowe. Na szczęście podłoga została nienaruszona, uff jaka ulga.
No ale co z praniem? Co robić, co robić? I wpadłam na nowy pomysł.
Przecież to proste jak drut. Ja ja te rzeczy do zamrażalnika włożę to one się zamrożą i wtedy ja pozbywając się lodu z nich pozbędę się jednocześnie zabrudzeń maści wszelakiej. Jestem genialna. Natychmiast wrzuciłam wszystko do zamrażalnika. Po dwóch godzinach powyciągałam ale nie było dobrze bo jak zaczęłam ten lód kruszyć młotkiem to odchodził ale na ten przykład przy koszuli razem z rękawami. W sumie bezrękawniki teraz podobno znowu są w modzie więc tu akurat problemu nie było ale jak chodzić w połowie czapki? Czyli że tędy jednak nie. Nie idźcie tą droga Amelio Pustaku pomyślałam. A może odwrotnie – może piekarnik? Woda wyparuje i parując zabierze bród ze sobą. To jest jakiś pomysł. Wrzuciłam te mokre rzeczy do piekarnika i włączyłam opcję grillowania w 180 stopniach. Niezły widok, szybka szybko zaparowała, chłe chłe i poszło.
Spokojnie przysiadłam przy palmtopku i popijając portera, chłe chłe, pokomplementowałam co poniektórych na Salonie 24. Wymyślając treść kolejnej jednozdaniowej notki popadłam w zadumę nad swoim geniuszem. Wiecie jaka jestem genialna? Ostatnio odkryłam zasadę minimalizmu życiowego którą wcielam w mojej codziennej walce o byt. Napiszę o tym następnym razem, ale teraz powiem tylko, że wystarczy wpisać jedno zdanie i notka gotowa. Kiedyś robiłam tak zwane notki w progresywnym permanentnym progresie i wklejałam nawet jołtjubisie, ale ostatnio ograniczam się do notek jednozdaniowych. Ma to swoje zalety – nie muszę używać dwóch klawiszy na raz jak przy kopiowaniu – kontrol copy a później kontrol wio, co wymagało ode mnie wielkiego wysiłku intelektualnego bo dwa na raz wciskać łatwo nie jest zwłaszcza dwa po dwa tak po rząd. Poza tym żeby coś wkopiować trzeba to poszukać a to wymaga pracy… Męczę się więc odpada. Tak samo jołtjubisie – wiecie ile ich jest ile trzeba obejrzeć żeby znaleźć ten najulubieńszy? Więc piszę teraz krótkie formy na ten przykład podaję swoje najnowsze propozycje co to zamieszczę w najbliższej przyszłości na swoim opiniotwórczym blogu:
Wywaliło mi dzisiaj z sedesu! Dostałam odpryskami.
Spośród wszystkich wód toleruję tylko ognistą. Serio.
Znudziło mi się picie. Od jutra chleję.
I te de i te pe. I tak rozmyślając doszedł do mych nozdrzy, a te mam szerokie od wiecznego podłubywania w nosie z nudów, smród jakiś dziwny. O cholera! Pobiegłam do kuchenki a tam czarno i dymi się – no tak zapomniałam włączyć termoobiegu i zgrillowałam sobie ostatni komplet czterech reformów na każdą porę roku po jednym… Najbardziej żal mi tych zimowych z kotkiem, co to postanowiłam w przypływie dobrych intencji uprać po ostatniej zimie…
I co ja teraz założę? Najwyżej pozawijam jakoś ten kompielnik w sumie gruby jest to zimno mnie nie ruszy.
A tutaj moja podłoga po tym jak zwinęłam linoleum. Dobrze że podłoga w zasadzie jest w stanie oryginalnym, jedynie był niewielki wyciek. Najbardziej jednak cieszę się że woda nie wyprysła i nie zmazała pięknych walusiowych pawi na ścianie co to Waluś własnoręcznie je dla mnie namalował po mojej sałatce z przecenionego jogurtu i liści pokrzywy (suszonej).

A morał z tej historii jest następujący: Zapuszczenia w dziedzinie konserwacji pralki mogą doprowadzić do zgrillowania ostatniego kompletu reformów i picia z rozpaczy po nich i kotku, czego wam nie życzę, oczywiście rozpaczy nie picia chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (77)