Jakies 22 lat temu. Granica Polska - NRD w Zgorzelcu. Stacja kolejowa. Przesiadka. A wlasciwie zmiana srodka lokomocji.
Stoje w ogonku ludzi do kontroli paszportow, cla i czegos tam jeszcze.
Dlugi stol przez granice. Ze strony polskiej pani celniczka, ze strony enerdowskiej jakis pan w mundurze. W tle jeszcze 2-3 mundurowych.
Mowie pieknym niemieckim "Guten Tag!" i podaje pani w czarnym uniformie paszport.
Pani celniczka bierze paszport do reki, rzuca okiem na zdjecie. Czyta.
I mowi do mnie po polsku: Pan zna jezyk polski?
Odpowiadam po niemiecku, ze owszem, znam.
Pani po polsku: Pan sie urodzil w Polsce, o tu pisze miejsce urodzenia - Sosnowiec.
Ja mowie po niemiecku, ze tak, ze urodzilem sie w Polsce.
Pani po polsku: a kiedy pan wyjechal z Polski?
Na to ja po niemiecku, ze jakies 15 lat temu.
Pani - widac, ze zaczyna kipiec - po polsku: to dlaczego pan nie chce ze mna rozmawiac po polsku?
Ja po niemiecku, ze ano wie pani, ja jestem obywatel niemiecki i jako taki wole mowic po niemiecku.
Pani po polsku: to jest chamstwo, moj kraj pana wyksztalcil, moj kraj , to i owo...
Ja patrzac na to kazanie w sufit po niemiecku: prosze pani, ludzie czekaja, czy mam pokazac bagaz albo cos w tym stylu?
Pan enerdowski zbliza sie do nas i ruchem reki zaprasza stojacych za mna od razu do siebie. Reszta urzedasow juz sobie poszla.
Pani lekko krzyczac: pan stad nie odejdzie, dopoki nie odezwie sie do mnie po polsku! I wypakuj pan wszystko z walizek na stol!! Wszystko!!!
Ja po niemiecku: prosze bardzo, i zaczynam wolno wyjmowac rzeczy z walizek.
W tym czasie podchodzi juz bezrobotny urzedas enerdowski, szepcze cos do ucha polskiej pani. A ta na to po niemiecku glosno "Nein!!"..
Enerdowiec patrzy na mnie dziwnie i jakby smutnie. W tym momencie wyciagam wlasnie z walizy tom "czterech pancernych i psa", plotno, w antykwariacie obwoluty juz nie bylo, na plotnie duzy czarny symbol czolgu. Klade na stol, a enerdowiec ciach, skacze do stolu, bierze ksiazke do reki, mruczy cos o waffen i militär zaczyna przegladac.
Przy pierwszych zdjeciach w ksiazce zaczyna sie serdecznie smiac, "ach, die Vier mit dem Panzer".
Pokazuje Janka z Szarikiem srogiej pani polskiej celniczce. Ta skrzywia usta w kwaazi usmiechu. Pan enerdowiec znowu mowi jej cos na ucho, oddaje mi ksiazce, mowi, zebym zwinal ten majdan i juz poszedl.
On zostal z pania celniczka i cos sobie zywo tlumaczyli.
Ja wyszedlem w Gorlitz przed dworzec. Byl cieply sierpniowy wieczor.
Mur zostal obalony.
3 lata pozniej kupilem na stacji benzynowej w Dreznie ostatnia ksiazke wydana przez enerdowski MON - Stawke wieksza niz zycie. Za 1/3 ceny.


Komentarze
Pokaż komentarze (66)