Szanowni Państwo,
Jak wiadomo nie od dziś, dobry tutuł jest podstawą felietonistyki, a za coś takiego można pewnie w niektórych przypadkach uważać pisanie bloga. W niektórych, a więc w tym również, bez dwóch zdań.
W czasach przedinternetowych felietonistów było znacznie mniej niż teraz, ale za to większość z nich (jeśli nie wszyscy) otrzymywała za swoją pracę wynagrodzenie. Moje początki sięgają początków Windowsa 95, a więc czasów, gdy jeszcze nie było tych różnych portali społecznościowych, a o internetowych salonach można sobie było co najwyżej pomarzyć, podobnie jak można sobie było marzyć o przejęciu władzy, no ale o tym potem.
Na tutejszym Salonie podobno tylko nieliczni mają płacone za swoje występy, a źródła dobrze poinformowane twierdzą, że można by te osoby policzyć na palcach jednej ręki człowieka, który większość tych palców obciął sobie na krajzedze, próbując w ten oryginalny sposób zaprotestować przeciwko upowszechnianiu obyczaju pokazywania bliźnim środkowego palca.
No ale to tylko taka dygresja, nawiązująca choćby do tego, że np. niektóre stacje telewizyjne czy rozgłośnie radiowe też nie płacą za uczestnictwo w swoich programach, co najwyżej zwracając przyjezdnym za hotel, czy ewentualnie za bilet, jak jakiś ZUS.
Inna sprawa, gdy teksty lub występy opłacane są przez czynniki zewnętrzne, czy to w formie "kopertówek", czy dajmy na to w formie nieco bardziej "niematerialnej" jaką może być np. łaskawsze spojrzenie zleceniodawcy, który zazwyczaj ma w zanadrzu zarówno kij, jak i marchewkę.
To tyle tytułem wstępu, a teraz rozwinięcie, które zgrabnie nawiąże zarówno do wstępu, jak i do tytułu, czyli pokaże na przykładzie, jak powinno się pisać felietony, w tym również zaangażowane społecznie.
To, co obecnie obserwujemy w naszym kraju trudno porównać do czegokolwiek, co było naszym udziałem w przeszlości. Oto bowiem grupa trzymająca władzę, a właściwie jeden człowiek trzymający swoich zuchów za twarz, próbuje wprowadzić w Polsce - jak to zgrabnie określa - Dobrą Zmianę, która w gruncie rzeczy sprowadza się do przekształcania kraju w kaczy folwark, w którym przestają obowiązywać zasady, ogólnie przyjęte w cywilizowanych społecznościach.
Osobnik ów, mentalnie tkwiący w czasach realnego socjalizmu, uzurpuje sobie prawo do stanowienia prawa, wedle rzekomej woli ludu pracującego miast i wsi, której emanacją jest przypadkowo wybrany parlament i nieprzypadkowo desygnowany na stanowisko głowy państwa pan Duda.
Nieprzypadkowo wybrany na doradcę pana Dudy profesor twierdzi, że marsze organizowane w proteście przeciwko praktykom władzy, to przykład wojny hybrydowej inspirowany Putinem, czy wręcz przez niego organizowany, bo tego chyba dokładnie pan doradca nie wyjaśnił.
Z kolei minister od spraw niepolskich, czyli zagranicznych, rzucony na ten odcinek być może z braku gorszego kandydata, zaprasza międzynarodową komisję prawników, aby ta potwierdziła, że w Polsce wszystko idzie w dobrym kierunku, a kiedy tego potwierdzenia nie otrzymuje, a wręcz przeciwnie, sprawa wrażenie obrażonego i leci na skargę do instytucji, która ową komisję powołała z pretensjami, że wyciekł do prasy niekorzystny werdykt.
W tzw. międzyczasie szef wszystkich szefów i najpatryjotyczniejszy ze wszystkich prezesów, nadzbawiciel koronny Jarosław K. krąży po Polsce z córką generała Andersa i na tle banneru z jej nazwiskiem przekonuje, że kraj już wkroczył na drogę Dobrej Zmiany i z niej nie zejdzie, choćby nie wiem co.
Muszę jednak zmartwic pana prezesa i jego zwolenników, bo prawda jest taka, że nie da się we współczesnym świecie żyć iluzjami i przeszłością, w której "kwitły" PGR-y, a suwnicowe tworzyły produkt krajowy brutto, pospołu z fedrującymi w pocie czoła górnikami i doktorami prawa, pełniącymi funkcje starszych bibliotekarzy.
Nie da się również sprawić, aby duży kraj, będacy integralną częścią Europy, nagle się "wyalienował" tworząc własne, niezależnie od nikogo i niczego systemy prawne, aby świat zewnętrzny zgodził się na finansowanie nacjonalistycznych i ksenofobicznych mżonek jakiegoś popaprańca, któremu się wydaje, że stoi na czele narodu.
Oczywiście na krótką metę można próbować przekuć klęskę na wszystkich frontach w sukces, wmawiając ciemnemu ludowi, że to tylko chwilowe problemy, spowodowane oporem wciąż czających się po kątach komuchów, wspieranych przez cały ten gorszy sort, który zamiast się modlić za pomyślność Dobrej Zmiany, wychodzi na ulice, nie chcąc żyć w Domu Złym.
Na szczęście dla zdrowej większości, nowa władza z każdym dniem udowadnia swoją złą wolę, nieudaczność i imposybilizm, a to grając teczkami i atakując ikonę, a to wywołując zakłopotanie zagranicy wypowiedziami swoich ministrów i ważnych urzędników, a to wreszczie nie umiejąc przeprowadzić żadnych istotnych i zapowiadanych reform, oprócz jednej, polegąjącej na przyznaniu 500 zł z rozdzielnika. Inne decyzje parlamentu to zwykła dywersja i działania skierowane przeciwko żywotnym interesom Polski, o czym przekonuje się coraz więcej rodaków.
Trochę przykre jest to, że duża część z tych osób zaprotestuje dopiero wtedy, gdy realnie obniży się im poziom zycia i gdy zobaczą, że działania rządu prowadzą do powrotu praktyk, o ktorych niemal wszyscy myśleli, że nie wrócą już nigdy. Przykładem na takie działania jest chociażby formuła, wg której działają przejęte media publiczne, przypominające dziś jako żywo czasy propagandy sukcesu i sławienia przewodniej roli partii, jako wyraziciela oczekiwań i pragnień nas wszystkich.
100 dni nowego rządu to aż nadto, żeby przekonać społeczeństwo i sąsiadów Polski, że to o 100 dni za dużo, co zresztą było oczywiste już od początku, choćby na podstawie nominacji ministerialnych, gdy teki przejęli z jednej strony oszołomy w rodzaju pana Macierewicza, z drugiej kompletne zera w rodzaju pana Błaszczaka, a z trzeciej synowie zasłużonych dla idei kaczyzmu opozycjonistów w rodzaju pana Morawieckiego, "w cywilu" reprezentanta obcego kapitału, tak flekowanego przez fanów kapitałów zgromadzonych w parabanku SKOK. Jeśli dołączyć do tego grona osobników w rodzaju pana Jakiego, to jaki można wysnuć wniosek, który zgrabnie podsumuje felieton?
Mój jest taki:
To się nie mogło dobrze skończyć i właśnie powoli się kończy, choć agonia jeszcze trochę potrwa, a my będziemy musieli jeszcze trochę się pomęczyć.
Czy czeka nas kolejne 100 dni tej szarpaniny i żenady ? Trudno powiedzieć, ale mam nadzieję, że lato nie będzie już ich.
D.K.


Komentarze
Pokaż komentarze (55)