Tak się przypadkowo złożyło, że w minioną środę wypiłem kawę z moim znajomym, nie tylko z czasów mojej przygody z PO. Znajomy tam dalej tkwi, tzn. płaci składki.
Zagadnąłem o prawybory, czy już głosował. Był tym pytaniem zaskoczony. Spojrzał na mnie jak na kogoś z innej planety.
- Daj spokój, g… mnie to obchodzi.
Nie drążyłem tematu, bo tak naprawdę o czym innym rozmawialiśmy.
Mój znajomy, tak samo zresztą jak większość pragmatyków płacących składki w tej partii, ma te prawybory gdzieś. Platforma jest im potrzebna tyle o ile. Bycie tam nie szkodzi. Do niedawna było modne. Dziś niekoniecznie, ale w sumie nie szkodzi. W pracy przede wszystkim nie szkodzi.
Nie dziwi mnie więc, że na 24 godziny przed końcem głosowania frekwencja ledwo dobijała do 30 %. Nie dziwi mnie też panika, jaka ogarnęła regionalną wierchuszkę. W końcu można się było wystraszyć.
Zapewne nikt, z samym Donaldem Tuskiem na czele, nie przewidywał czarnego scenariusza wynikającego z tej kompromitującej frekwencji.
Pewność siebie Tuska i jego dworu przybocznego została zweryfikowana na punkcie kontrolnym „prawybory”. Okazało się, że forma i kondycja nie taka jak by się mogło wydawać, a samopoczucie też nie najlepsze.
Zaczęły się więc telefony, maile, faksy… pospolita łapanka. Dobito w końcu pod pięćdziesiątkę.
To zapewne nie koniec. Teraz zacznie się regionalne rozliczanie. Tych co te składki tylko płacą i tak nie ruszą. Gorzej będzie z tymi co to mają w kupie trzymać.
Mój znajomy pragmatyk i tak zapewne ma to w …głębokim poważaniu.



Komentarze
Pokaż komentarze (20)