Z przerażeniem oglądałam wczoraj to co się działo w Zielonej Górze. Ok. 7 tys ludzi z kilku osiedli mieszkaniowych w siarczystym mrozie ewakuowano z powodu silnego zwiększenia ciśnienia gazu, wybuchających kuchenek powodujących pożary. Podobno zawiódł reduktor…
Boję się gazu. W domu rodzinnym, na Muranowie, były piecyki gazowe, które podgrzewały wodę. Piec Junkers był w łazience. W domu obowiązywała zasada, że jak ktoś się kąpie to inna osoba będąca w domu musiała co pewien czas pytać czy wszystko w porządku. Raz jeden z kapiących się domowników nie odpowiedział na pytanie, stracił na chwilę przytomność z powodu wydobywającego się z pieca czadu. Na szczęście nie trwało to długo i wszystko dobrze się skończyło. Potem okazało się, że zarządcy budynku nie dopilnowali czyszczenia przewodów odprowadzających spaliny z pieca.
Od tamtej pory pozostał u mnie głęboki uraz do urządzeń gazowych. Słynne było wydarzenie z tego samego budynku związane z uratowaniem całej rodziny przez psa. Stary owczarek niemiecki obudził w nocy domowników, ratując ich przez ulatniającym się gazem właśnie z nieszczelnego pieca w łazience…
Potem był wybuch gazu w Rotundzie, pod którą przypadkowo znalazłam się jeszcze w trakcie trwającej akcji ratowniczej… A jeszcze potem był ten straszliwy wybuch w wieżowcu w Gdańsku…
Odkąd mieszkam w obecnym miejscu nie mam gazu, bo i nie ma go w ogóle na całym osiedlu - i jest mi z tym dobrze. Owszem przyznam, że gotowanie na gazie jest łatwiejsze, ale już się przyzwyczaiłam i wolę się trzymać od gazu z daleka. Trochę śmieszy mnie coroczna wizyta kominiarza, który sprawdza przewody wentylacyjne w budynku bez gazu, ale mi to oczywiście nie przeszkadza, takie przepisy.
Niestety nie mam wpływu na obecność samochodów na gaz w podziemnym garażu, ale na moje oko i powonienie problem nie jest raczej istotny…



Komentarze
Pokaż komentarze (9)