Kiedy w końcu ubiegłego roku Donald Tusk wystąpił z propozycjami istotnych zmian w konstytucji (m.in. likwidacja wyboru prezydenta w głosowaniu powszechnym i znaczące ograniczenie kompetencji tego urzędu), przez krótką chwilę miałem nadzieję, że pojawił się cień szansy na zlikwidowanie jednego z przekleństw współczesnej Polski czyli dwugłowej egzekutywy. W końcu Tusk, sondażowy faworyt tegorocznych wyborów głowy państwa, dawał swoja propozycją sygnał, że gotów jest do samoograniczenia. Jednak bardzo szybko się z tych radykalnych propozycji wycofał, rzekomo pod wpływem rozmów z prawnikami-konstytucjonalistami. Nie musiał się aż tak spieszyć, bo jego główny adwersarz, który najwyraźniej wciąż wierzy w reelekcję brata, wystąpił oczywiście z propozycjami zmierzającymi w przeciwnym kierunku, czyli wzmacniającymi konstytucyjną pozycję prezydenta.
156
BLOG
Komedia konstytucyjna
Rezultat działań obu panów jest łatwy do przewidzenia. Zamiast poważnej debaty nad reformą ustroju, który najzwyczajniej źle funkcjonuje (i to niestety nie tylko w powodu groteskowych sporów o krzesło w Brukseli, co jeszcze byłoby do zniesienia), będziemy mieli klasyczną nawalankę słowną w Sejmie, z której oczywiście nic nie wyniknie. Może poza jednym: zwiększy się po raz kolejny odsetek Polaków przekonanych, że obecni liderzy całej naszej klasy politycznej nadają się jedynie do wymiany. I to będzie prawdopodobnie jedyny optymistyczny wniosek z parodii debaty konstytucyjnej, której kolejny odcinek jest nam serwowany.



Komentarze
Pokaż komentarze (39)