31 obserwujących
455 notek
383k odsłony
  223   0

Pandemia

Wracam ponownie do książki „Roztrzaskane lustro”. Próbuję zrozumieć sens również tego tytułu. Dlaczego roztrzaskane? Czasami mówi się, że żyję tak aby spojrzeć na siebie w lustrze. W rozbitym lustrze nie zobaczysz siebie. Ale, ale, to jest świetna wiadomość dla tych, którzy wiedzą, że nie mogą sobie spojrzeć w lustrze bez odrazy. Roztrzaskane lustro, nie ma sprawy.

Dojrzewają we mnie owoce tej książki. Czytam ją „do poduchy” jak jakiś sensacyjny kryminał, w którym coraz wyraźniej widać kto jest zbrodniarzem. Zaczynają mi się klarować moje własne ogólniejsze wnioski.

Ale zanim do wniosków. Otóż dziś mój blog nawiedziła rewolucjonistka. Z rozpalonego pustostanu swojej głowy wypełnionego sieczką ideologiczną, wypaliła do mnie i do jednego z komentatorów kilka serii z pepeszy i zakrzyknęła: „To jest wojna!”. Zapowiedziała też, że ich celem jest zburzenie świętości Jana Pawła II. No, to już jest jakiś konkret. Idąc za tym wyzwaniem oświadczam, że skoro jest wojna, to ma ona swoje prawa. Na moim blogu można dyskutować ale tylko wtedy, gdy się nie roznieca rewolucyjnego ognia i nie jest trollem, którego zadaniem jest zakłócanie porządku myśli. Od dziś więc, każdy typ z tego kręgu znika z mego bloga. Bez żadnej dyskusji.

Ale przejdźmy do wniosków. Europa jest chora, ciężko chora. Cywilizacja zachodnia jest chora. Czego potrzebuje pacjent w pierwszej kolejności? Chory pacjent potrzebuje w pierwszej kolejności diagnozy. Potrzebuje rozpoznania co mu dolega. Potrzebuje rozpoznania uwarunkowań genetycznych, potrzebuje szczerego wywiadu z chorym, potrzebuje rozpoznania skąd ta choroba do niego dotarła, czy jest ona stanem wirusowym, czy jest zakażeniem bakteryjnym. Potrzebuje zastosowania dobrej terapii i woli chorego aby zastosować się do kuracji. Potrzebuje zwrócenia się do Boga z dziecięcą ufnością: „Tato ratuj!”.

Książka ta jest diagnozą. Bardzo dobrą diagnozą. Wiem to, ponieważ przeżyłem okres 1968. I nie chodzi tu o polski „Marzec ‘68”. Ten był zwykłym mordobiciem między dwoma zwalczającymi się obozami komunistycznym, w która to walkę sprytnie wciągnięto polską młodzież. Mam na myśli rewolucję ’68 na Zachodzie (szeroko rozumianym). Znam te wydarzenia. Nie z bliska co prawda. I teraz rzecz najważniejsza. Czas na szczery wywiad z pacjentem. Trzeba się walnąć w swoje piersi i wyznać szczerze. Byłem debilem. Wstyd się przyznać i mogę to zwalić teraz na niezbyt rozwiniętą sieć swoich neuronów mózgowych i szalejące hormony młodości ale dawałem się nabierać na te błyskotki. Z perspektywy czasu – pisałem już o tym – zdrada Zachodu i wrzucenie nas w łapy Sowietów po wojnie w kontekście tego co się teraz dzieje było dla nas losem wygranym na loterii. Znaczna część z nas – jak duża? Nie wiem – ma nabyte przeciwciała. Rodzi to nadzieję na łagodniejsze przejście choroby, która zaczyna do nas docierać i powodować u co poniektórych stany ropne w korze mózgowej.

Autor książki celnie punktuje system myślowy rewolucji. Otóż ona chce zburzenia tego co jest. Potrzebuje do tego – głupiego – proletariatu. Ma przepis na burzenie, nie ma przepisu na stworzenie. Nie ma i będzie nigdy miała, ponieważ nie to jest jej celem. Dlaczego rewolucja uwielbia pożerać swoje dzieci? A szczególnie te, które ją najbardziej miłują? Ponieważ te zakochane w niej dzieci pragną Czegoś Nowego. „Niczego nie będzie” – cytując klasyka. „Wraz przechodzeniem do komunizmu narasta walka klasowa”. What?! Walka klasowa w państwie bezklasowym? Trzeba być zakochanym bez pamięci aby nie zauważyć, ze partnerka jest dziwką, która rano wyciąga pieniądze z kieszeni. Rewolucja tłumaczy nieznane przez nowe nieznane. Jeżeli zakochane dzieci czekają na owoce to muszą być pożarte aby nie powodować skażenia, nie zainfekować innych. Stąd przypadek stłumionego krwawo postania marynarzy w Kronsztadzie. Bez tych marynarzy bolszewicy nie zaistnieliby, byliby nieznanym epizodem Historii, a nie wrzodem na dupie świata przez prawie 70 lat.

Szatan przez wieki testował na nas różnie warianty uwiedzenia. Jedne mu wychodziły lepiej, inne gorzej. Ale musiał zauważyć – jest przecież inteligentny – że najlepiej idzie mu z wolnością. Jeżeli tej wojny „na wolność” nie wygra to nie ma czego szukać. Nie ma już silniejszego bodźca ludzkiego nad wolność. I dlatego w jakimś sensie dochodzimy do czasów ostatecznych. Jeżeli pokona się wolność ludzką, która jest świadoma swojej odpowiedzialności to ten świat nie ma dalej racji bytu, ponieważ zniewolona wolność oznacza zagładę. Niczego nie będziemy w niej pewni. Bo skoro nie ma Imperatywu, który jest ponad nami, a pochodzić będzie od człowieka, to jaki człowiek lub jaka grupa wykorzysta tę minutę w Historii aby zdominować innych swoją wizją. No przecież nie naiwniacy, którym się wydaje, że oto otwiera się prze nimi Złoty Wiek.

Z owocnej dyskusji pod poprzednią notką wyciągam wnioski. Pisałem wczoraj tę notkę w koszulce T-shirt od benedyktynów z Tyńca: „Keep calm and ora et labora”. Tak Wyborco Polski! Benedyktyńska praca i modlitwa, modlitwa i praca. Walnięcie się w swoje piersi, że jesteśmy odpowiedzialni za to pokolenie, które idzie po nas. Jesteśmy odpowiedzialni, ze nie przekazaliśmy im wiedzy, która wielu z nas nabyło boleśnie, że „wszystko mi wolno, ale nie wszystko mi służy”. Nie przekazaliśmy. Bo praca. Bo kredyt. Bo zmęczenie. Bo nie mam teraz czasu. Jutro. „Jutro to będzie futro” głąbie. 

Czy zdążymy? Musimy. Inaczej nas nie będzie. Ale naszych dzieci też nie będzie.

Wbij to sobie głąbie do głowy.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości