Dzisiaj, jako czterdziesty czwarty prezydent Stanów Zjednoczonych został zaprzysiężony Barack Hussein Obama. Po latach dominacji amerykańskich, mocno wyleniałych „jastrzębi”, ster Stanów Ameryki przejmuje polityk z afrykańskimi korzeniami, reprezentujący amerykańską liberalną lewicę, jej tęsknoty i marzenia. Polityk, który dał „czarnym” przedmieściom Ameryki zastrzyk adrenaliny, wzniecając tam niekłamany entuzjazm. Dał przykład tego, czym jest w demokracji amerykańskiej upór i konsekwencja. Tym wygrał. Reszta to polityczny pijar i teflon.
Mamy zmianę fundamentalną, trudną do ogarnięcia. Ile będzie w jego prezydenturze gawędziarstwa i show, czas pokaże. Jak na profesjonalnego sprzedawcę marzeń, uwiódł Amerykę, która podczas kampanii chłonęła jego słowa z otwartymi buziami. Złotousty, hollywoodzki, nienaganny i witalny. Skrojony na potrzeby czasów, w których przyszło mu funkcjonować. Doskonały w autokreacji, choć nie pozbawiony autentyczności. Wyrywał republikanom złoty róg, na którym – póki co – dmie aż miło. Jest prezydentem na dwie kadencje. Na życzenie republikanów zresztą. Ciekawe ilu byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych przewróciło się dzisiaj w grobach?
God save America!


Komentarze
Pokaż komentarze (10)