Jak wszyscy wiedzą, znany polski superbohater Pan Samochodzik prowadził nieuregulowane życie uczuciowe. Niemal każda książka o jego przygodach kończyła się sceną z dłonią jakiejś pięknej kobiety w jego dłoni, a w kolejnym tomie nie było już nawet śladu po biedaczce. Co działo się w międzyczasie, wiedział tylko autor. Doszedłem w końcu do wniosku, że Pan Samochodzik konsumował kolejne związki pomiędzy oficjalnymi przygodami, a potem się z nich jakoś wywijał. Postanowiłem w miarę możliwości uzupełnić luki w biografii naszego ulubionego bohatera. Oto przed Państwem pierwszy odcinek zrekonstruowanych międzyprzygód Pana Samochodzika. Oczywiście do lektury zachęcam wyłącznie osoby, które ukończyły 18 rok życia.
Z cyklu „Romanse Pana Samochodzika”: siostra Winnetou
Po kolejnym osadzeniu Waldemara Batury postanowiłem udać się na zasłużone wakacje. Dyrektor Marczak podpisał mi urlop i już po chwili wehikuł pruł wstęgę szos na małe wstążki, zaś na prawym siedzeniu mogłem dostrzec kątem oka tajemniczy profil pięknej Nszo-Czi, siostry Winnetou.
Wtem w oddali zamajaczyła stacja CPN. Zbliżając się do dystrybutora spostrzegłem, że miejsce zajmuje mi mały, szkaradny samochodzik produkcji RFN. Wysiadał z niego właśnie osobnik o byczym karku naznaczonym rozszerzonymi porami.
Jako społeczny inspektor służby ruchu nie mogłem ścierpieć takiego naruszenia przepisów. Przeprosiłem na chwilę moją towarzyszkę, po czym wyjąłem z bagażnika maskę Kapitana Klossa, milicyjny lizak i służbowy pistolet. Tak uzbrojony, udałem się za międzynarodowym przestępcą do wnętrza budynku stacji.
Tęgie indywiduum właśnie płaciło ajentowi plikiem wyciągniętych z kieszeni banknotów. Spostrzegłem błysk nienaturalnej zieleni i wiedziałem już, za co aresztuję otyłego rodaka Henryka Heinego. „Hande hoch!” – posłużyłem się zwrotem z samouczka, który studiowałem w zeszłym roku podczas badania sprawy tajemniczej szachownicy.
Wbrew pokaźnej posturze gruby rewizjonista pomknął w stronę wyjścia rączo niczym jeleń. Wzywając go do zatrzymania się, ruszyłem strzelając w biegu z biodra. Po chwili musiałem się jednak zatrzymać – biodro nie wytrzymało takiego obciążenia, odezwała się stara rana, odniesiona w podziemiach zamku w Kortumowie. Zobaczyłem jak mały, niewygodny i po prostu brzydki pojazd na białych tablicach rejestracyjnych znika w kłębach dymu z rury wydechowej. Zapadła nienaturalna cisza. Nszo-Czi! – zawołałem. Odpowiedziało mi tylko krakanie ptaków.
Powłócząc nadwerężoną nogą podszedłem do wehikułu. Z moich ust wyrwał się okrzyk grozy: piękna córa Apaczów leżała bez życia obok dystrybutora. Zabłąkana kula przebiła jej łabędzią szyję, nieszczęsna wykrwawiła się w ciągu kilku sekund. Odruchowo usiadłem na fotelu kierowcy i włączyłem silnik. Wehikuł potoczył się posłusznie pustą już szosą. Strata była niezwykle bolesna. Ale wzywała mnie nowa przygoda – w tajemniczym opactwie odkryto właśnie skrzynkę, zawierającą hitlerowskie manuskrypty świadczące niezbicie o polskości tych ziem. Westchnąwszy nacisnąłem pedał gazu.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)