http://lewica24.pl/ludzie-i-polityka/533-brutyan-ormianie-czuja-sie-ofiara.html
O wyborach, sytuacji politycznej i społecznej w Armenii z mieszkającą w Moskwie ormiańską dziennikarką Mariną Brutyan rozmawia Katarzyna Matuszewska.
KM: 6 maja odbyły się w Armenii wybory parlamentarne; wygrała partia prezydenta Serża Sarkisjana. Czy rzeczywiście 46 procent Ormian i Ormianek popiera rządząca Republikańską Partię Armenii (RPA)?
MB: Według ostatnich danych Centralnej Komisji Wyborczej rządząca Republikańska Partia Armenii (RPA) otrzymała 44,05 procent co jest też dużo, ponieważ w 2007 roku patia otrzymała 32,9 procent. Nie uważam, że RPA ma tyle zwolenników, ale nie jestem w stanie udowodnić, że wybory zostali fałszowane bo nie ma konkretnych dowodów.
Powszechnie wiadomo, że w Armenii przed wyborami, czy akurat w dzień wyborów przedstawiciele głownie rządzących (RPA oraz „Prosperująca Armenia” i „Kraj Praworządności” ) przekupują wyborców. Jak podają media opozycyjne oraz przedstawiciele opozycji – głos wyborcy kosztuje od 5 do 10 tysięcy dramów (równowartość 50 -100 złotych). Niestety, trudno to udowodnić, więc bardzo trudno też powiedzieć, ilu mieszkańców popiera RPA. Jedna rzecz jest jasna: w kraju, w którym podczas ostatniej kadencji rządowi nie udało się odnieść żadnych znaczących sukcesów, partia władzy nie może wygrać, poprawiając swój wynik z poprzednich wyborów. Wystarczy popatrzeć na to, co działo się w Rosji, gdzie partia Putina „Jedna Rosja” osiągnęła wynik bardzo słaby, jak na rządzącą partię, a także na triumf socjalistów we Francji. Armenia może i różni się od tych krajów, jednakże ogólne zasady polityki działają i w tym kraju.
KM: Międzynarodowi obserwatorzy z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie ocenili poprzednie wybory parlamentarne z 2007 r. jako niespełniające demokratycznych standardów. Jak pani zdaniem było tym razem?
MB: Niestety, mimo licznych naruszeń procesu wyborczego ani w 2007 r., ani nawet w 2003 r. w ostatecznym raporcie OBWE nie było takiej oceny. Za każdym razem podkreślano, że „obserwatorzy są zaniepokojeni licznymi doniesieniami o naruszeniach”, ale uważają, że naruszenia te nie mogły wpłynąć na wynik wyborów, więc były one „w miarę demokratyczne”. Zarazem podkreślano, że wybory zostały zorganizowane zgodnie z ustawodawstwem wyborczym kraju.
To samo dotyczy wyborów 6 maja 2012 r., chociaż warto podkreślić, że liczba i ciężar naruszeń zmniejszyły się. Na przykład, nie było danych o porwaniach przedstawicieli opozycji z lokalów wyborczych, nie było doniesień o pobiciach dziennikarzy itp. Może dlatego obserwatorzy OBWE powiedzieli, że wybory przeprowadzono pokojowo, w sposób przejrzysty, z poszanowaniem podstawowych praw i wolności człowieka. Dodali jednak, że za dwa miesiące będzie gotów pełny raport i jego zawartość będzie zależała od powyborczych wydarzeń w Armenii, od zachowania się władzy.
KM: Jest pani ormiańską dziennikarką, mieszkającą w Moskwie. Jak wyglądałaby pani praca i życie, gdyby mieszkała Pani w Armenii?
MB: Mieszkam w Moskwie niecałe dwa lata. Przeprowadziłam się do Rosji, ponieważ założyłam rodzinę, a mój małżonek jest obywatelem Federacji Rosyjskiej. Przedtem mieszkałam i pracowałam w Armenii, w Erywaniu. Powiem szczerze - moja wiedza o tym, co się dzieje na świecie, była bardzo ograniczona, kiedy jeszcze mieszkałam w Armenii. Tradycyjnie Ormianie uznają, że wszytko kręci się wokół nich. Na przykład, większość ormiańskich mediów, kiedy cytuje newsy z Rosji i innych krajów o morderstwie czy kradzieży, akcentuje pochodzenie uczestników danego zdarzenia. Kiedyś pojawiła się informacja o bójce kilku mężczyzn w Polsce - obywateli RP. Jeden z nich okazał się Ormianinem z pochodzenia. No, i w mediach ormiańskich poszła wiadomość, że polscy nacjonaliści pobili Ormianina. To pewnie ma podłoże historyczne - Ormianie długo byli prześladowani przez Turków, Arabów; kilka razy stracili państwowość. Czują się ofiarami.
KM: Umowy stowarzyszeniowe negocjowane przez Unię Europejską z Armenią i Azerbejdżanem mają prowadzić między innymi do - jak to określa się w dokumentach unijnych - „zwiększenia bezpieczeństwa w regionie poprzez promocję pokojowego rozwiązania konfliktu w Górnym Karabachu”. Jakie Pani zdaniem pokojowe rozwiązanie jest możliwe?
MB: Osobiście wielokrotnie zadawałam to pytanie różnym ekspertom i politykom. Sama jestem przekonana, że żadne rozwiązanie nie będzie spełniało oczekiwań obu stron. Azerbejdżan jest przekonany, że Karabach musi zostać w jego granicach i obiecuje szeroką autonomię. Jednak trudno sobie wyobrazić, że Ormianie będą mieszkać obok Azerów, tym bardziej, że nadal nazywają Azerów „Turkami”, co stanowi obelgę. Za to Azerowie przeklinają, używając słowa „Haj” (czyli Ormianin).
Władze Armenii uważają, że Karabach ma być niezależny, i są gotowe do przekazania Azerbejdżanowi ziem, które dziś stanowią pas bezpieczeństwa. Jednak zwrot tych ziem doprowadzi do powrotu Azerów na to terytorium, co uniemożliwi utrzymanie bezpieczeństwa wojskowego Karabachu.
Dlatego najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji będzie jej zamrożenie i uznanie status quo w regionie, wzorując się na sytuacji na Cyprze. I właśnie dlatego niezbędne jest uznanie Karabachu przez Armenię, czego Erywań nie spieszy się zrobić.
KM: Przestrzeganie praw człowieka, jak wiadomo, chleba nie daje. Jak wygląda stan szkolnictwa czy służby zdrowia w Armenii? Czy ludziom starcza do pierwszego? Czy mają gdzie mieszkać?
MB: Płaca średnia w Armenii wynosi 114,7 tysięcy dramów (około tysiąca stu złotych). Ale życie jest coraz droższe. Niektóre produkty spożywcze kosztują nawet drożej niż w Polsce. To kwestia konkurencji, której na razie nie ma. Importerzy robią, co chcą.
Medycyna w Armenii jest na wysokim poziomie, mamy bardzo dobrych lekarzy, ale do lekarza idzie się, kiedy już nie ma wyjścia. Niby istnieje państwowa służba zdrowia, ale w praktyce, jak na Armenię, wizyta u lekarza jest bardzo droga, gdyż wiąże się z wysokimi, nie zawsze oficjalnymi opłatami... Badania, konsultacje, leczenie – za wszystko to de facto trzeba płacić, a to dla ludzi, którzy pamiętają czasy radzieckie, jest katastrofą.
Nie działa system ubezpieczeń zdrowotnych. Chociaż w ostatnim czasie coś zaczęło się zmieniać. Na przykład, banki armeńskie we współpracy z klinikami zaczęły udzielać pożyczek na przeprowadzenie procedury in vitro. To już jest poważny krok.
Sytuacja jest gorsza w małych miastach, gdzie jest bardzo wysoki poziom bezrobocia. Ponadto drożeje szkolnictwo wyższe. Na przykład, rok studiów na uniwersytecie kosztuje około 700 tysięcy dramów (7 tysięcy złotych), w zależności od kierunku studiów.
Jak widać, trudno przeżyć, nie mając dodatkowego źródła dochodów. W Rosji, USA, Europie sezonowo lub na stałe pracuje kilkadziesiąt tysięcy Ormian, którzy przesyłają zarobione tam pieniądze rodzinom. Prawie każdy Ormianin w Armenii ma członka rodziny za granicą. Transfery osób fizycznych do Armenii w 2011 r. roku stanowiły około 1,5 miliarda dolarów. To bardzo dużo, jak na taki mały kraj...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)