Na fali emigracji tzw. solidarnosciowej znalazlem sie we Wloszech w 1987 roku. Kilka dni spedzonych w Latinie. Znajdowal sie tam oboz dla uciekinierow takich jak ja. Profughi stranieri. Pieklo. Z Latiny do Rzymu. Dokladnie Monte Sacro. Szok cywilizacyjny i adaptacja do nowych warunkow, nie trwala dlugo. Rzym, jego historia, zabytki, architektura i ludzie robily nieprawdopodobne wrazenie. Miasto w ktorym spedzilem prawie piec lat, zostanie na zawsze bliskie i drogie mojemu sercu. Czulem sie jak na pieknych i dlugich wakacjach.Wlosi, zyczliwi ale z rezerwa. W miare postepow w nauce jezyka, coraz bardziej otwarci i przyjacielscy.Wspaniali ludzie. Jezyk wloski, piekny i szybki do nauczenia. Wchodzil w glowe jak wloskie wino. Kontaktow i przyjazni coraz wiecej.
W polowie lata w 1988 lub 89 roku- nie pamietam dokladnie- dostalem prace w rzymskiej trattorii. Trattoria, to rodzaj jadlodajni. Mniej formalna od restauracji ale cos wiecej niz osteria. Pytani Wlosi objasniaja ze trattoria to gospoda typu miejskiego a osteria bardziej wiejskiego. Obydwie nawiazuja do tradycji rustico. Bo stad tez jest obydwu rodowod. Roznia sie takze, iloscia pozycji w jadlospisie. Wino podawane jest w karafkach raczej, a nie w butelkach. Jedzenie w stylu "domowym", bazujace na lokalnych i regionalnych przepisach. Zwykle ze wzgledu na lokalizacje, menu i cenny, trattorie bazuja na klienteli stalej.
Trattoria, w ktorej pracowalem znajdowala sie przy Via Cassia.Niedaleko Ponte Milvio i w bliskiej odleglosci od Domu Polskiego Jana Pawla II.To ze trattoria , dzialala w oparciu o stala klientele, wskazywal brak jakiejkolwiek reklamy.W pewnym momencie, z Via Cassi zjezdzalo sie na cos w rodzaju polnej drogi. Pare chwil i czlowiek odkrywal ze znalazl sie na wsi, w centrum wielkiego miasta. Spomiedzy, starych oliwkowych drzew wylanial sie duzy wiejski dom. Trattoria.Od frontu, pod koronami drzew rozlozone byly roznej wielkosci stoly. Pokryte ciemno-czerwonymi obrusami, na ktore nalozone byly mniejsze, w kolorze bialym. Kuchnia znajdowala sie z drugiej strony domu. Moj warsztat pracy stal wymurowany w pomieszczeniu pomiedzy kuchnia a sala restauracyjna. Zaraz obok znajdowalo sie serce calego przedsiebiorstwa - kasa. Moim zadaniem bylo pieczenie stekow i ryb. BBQ, na ktorym palilo sie drewnem i specjalna marynata w jakiej trzymalo sie steki i ryby przed grillowaniem sprawialo ze to co schodzilo z mojego "warsztatu" smakowalo wysmienicie. Zostalem krotko poinstruowany jak dlugo trzymac mieso na grillu, aby bylo podane zgodnie z zyczeniem.Praca nie byla specjalnie uciazliwa. Szczegolnie, ze nie trwala dlugo. Pracowalem trzy godziny dziennie. Od dwudziestej do dwudziestej trzeciej. Czasami zostawalem pare minut dluzej. Najpozniej o dwudziestej pietnascie, maszerowalem z powrotem do hotelu na Monte Sacro. Szesc dni w tygodniu. Wynagrodzenie na start milion lirow wloskich. Rownowartosc, okolo tysiaca dollarow miesiecznie. Godziny pomiedzy dwudziesta trzydziesci a dwudziesta druga trzydziesci byly bardzo intensywne.Wtedy nastepowala fala gosci i trzeba bylo sie uwijac. Na okres pietnastominutowej przerwy na posilek, przy BBQ stawal ktorys z pomocnikow kucharza. Posilek, do wyboru, to co w karcie. Szklaneczka wina i z powrotem do stekow. Atmosfera w pracy bardzo przyjemna. Rodzinna. Wszyscy mili i grzeczni.
Kilka dni od rozpoczecia pracy, w okresie najbardziej wytezonego grillowania, gdzies kolo dziesiatej zauwzyc sie dalo poruszenie wsrod obslugi trattorii.Rozmawiali machajac rekami i wskazywali na cos lub na kogos, na zewnatrz budynku. Podszedl do mnie znajomy. Wloch, mlody chlopak, niewiele starszy ode mnie, ktoremu zawdzieczalem prace.
- Marcello jest tutaj. Chcesz, to chodz go zobaczyc.
-Marcello?-nie zajarzylem o co mu chodzi
-Tak, Marcello. Wielki Marcello Mastroianni
Zostawilem moj grill i poszedlem za Giovannim. Z kuchni powylazili kucharze i ich pomocnicy. Jeden za drugim pomaszerowalismy przez pusta sale restauracyjna. O tej porze roku, goscie woleli miejsca za stolami w ogrodzie bardziej niz w srodku.Zatrzymalem sie zaraz za drzwiami. Wszyscy zreszta juz tutaj stali.Cala obsluga. Nie brakowalo nawet wlascicielki, ktora zostawiwszy kase, stala razem z nami i gapila sie na Mistrza. Wielki Marcello, w otoczeniu przyjaciol rozprawial o czyms. Co chwila wybuchal smiechem a wraz z nim reszta towarzystwa.W pewnym momencie zobaczyl nas stojacych w drzwiach. Usmiechnal sie do nas i pozdrowil.
- Buona sera a tutti !! Come state, tutto bene?
- Bene, bene. Grazie signiore Mastroianni
Pomachal do nas reka, a my odmachalismy mu z usmiechem, kiwajac glowami. Mistrz powrocil do rozmowy ze swoimy goscmi a my do swoich zajec.Bylem zaskoczony naturalnoscia tego zdarzenia. Przypomniala mi sie inna restauracja. Na krotko przed moim wyjazdem z Polski. Pod Trzema Rybkami w Krakowie. Podczas zakrapianej kolacji z przyjaciolmi z uniwersytetu. Jeden z kolegow, ktory dysponowal swietnym glosem ( solista Slowianek bodajze ) zmierzyl sie w pojedynku wokalnym z ucztujacym przy pobliskim stoliku spiewakiem operowym. Dobra akustyka pomieszczenia, dobor repertuaru i niebanalne glosy sprawily ze wszyscy w restauracji zmienili sie w sluch i stali sie swiadkami czegos niezwyklego. Nie trwalo to jednak zbyt dlugo. Do rzeczywistosci przywrocil nas widok milicjantow spacerujacych pomiedzy stolikami. Zapadla cisza i niezreczna sytuacja. Kazdy z jakis tam sobie znanych powodow, staral sie nie patrzec na strozow porzadku. Po wyjsciu milicjantow pojedynek nie zostal podjety.
Po spotkaniu z Mistrzem i wymianie grupowej grzecznosci, kontynuowalem swoja misje na grillu. Stek, ryba , ryba, stek...
-Aho, Polacco-
Podnioslem glowe. Bylem jedynym Polakiem pracujacym w tej trattorii. Przede mna stal kelner, ktory obslugiwal Mistrza.
-Aho, Polacco- powtorzyl - Marcello ha detto che la bistecca era proprio buona.
Slowom Wlocha towarzyszyl banknot, ktory trzymal w wyciagnietej rece. Kiedy sie oddalil to zaczalem sobie kombinowac.Stek zrobiony przeze mnie smakowal aktorowi. Wielkiemu Marcello Mastroianni. Widzialem go i podziwialem w filmach Felliniego jeszcze w Polsce. Filmach, ogladanych w czarno- bialym telewizorze a pozniej w krakowskich kinach. Wielki Mistrz wloskiego i swiatowego kina. Ha. W wieku dwudziestu kilku lat, w trampkach, krotkich spodniach i w przepoconym podkoszulku, poczulem sie jak polski ambasador na uchodzstwie.
Inne tematy w dziale Rozmaitości