Jutro wybory prezydenckie we Francji, obaj główni kandydaci idą łeb w łeb. Większość Francuzów po wygranej Sarkoziego miało wiele oczekiwań co do zmian i przebudowy Francji po rządach Chiraca. W kampanii wyborczej Sarkozy wydawał się bardzo blisko z ludźmi pracy - z "la France qui se leve tot"-Francją która wstaje rano.
Rozczarowanie nastąpiło bardzo szybko, już od dnia kiedy świętował swoje zwycięstwo w ekskluzywnej i bardzo drogiej restauracji. Potem udał się na urlop, na jacht swojego przyjaciela-milionera. Pokazał się jako nouveau riche, który kolekcjonuje Rolexy (jest to najgorszy symbol wizerunkowy we Francji). Dał wyraźnie do zrozumienia, żegnaj " la France qui se leve tot."
Bliskość z bogatymi zamieszanymi w procesy sądowe związane pośrednio z finansowaniem kampanii prezydenckiej także zniszczyły jego popularność. Wizerunek jeszcze bradziej upadł kiedy próbował uzyskać dla swojego syna wysokie stanowisko.
Francuzi generalnie nie lubią łączenia biznesu z polityką. Jest to jednak pewną hipokryzją z uwagi na ich specyficzny stosunek do pieniądza ( nigdy nie pytaj Francuza o dochody).
Jako prezydentowi brakowało mu spójności, nie miał długoterminowej wizji co dostrzegało większość społeczeństwa. Był obwiniany za poróżnienie Francuzów, pomysły w sprawach Islamu, więzień dla młodzieży, sprawę Romów, porównywanie sfery publicznej do sektora prywatnego.
Jedyną pozytywną stroną jaką widzieli Francuzi jest jego szybka i zdecydowana reakcja jeśli chodzi o kryzys, co przydatne jest nadal w naszych czasach. Antypatia i sprzeciw wobec Sarkoziego są największe jakie kiedykolwiek miało spełeczeństwo wobec prezydentów Francji.
Ale zobaczymy co będzie 6 maja. Holland będzie lepiej doceniony jako człowiek, czy jako prezydent nie jest to takie pewne, czas pokaże.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)