Kibice bojkotują Pinokia z „Gazety Wyborczej”
(wersja rozszerzona)
- Wyborcza! – krzyczy jakieś 7 tysięcy gardeł. – Co?! – pyta druga strona stadionu, po której siedzi podobna ilość publiczności. – Pinokio!!! – słychać odpowiedź tej pierwszej. Na trybunie pojawia się duży napis: „Nie oglądam TVN, nie czytam GW”. Tak wyglądało zachowanie publiczności w czasie hitu polskiej Ekstraklasy Lech-Legia.
Krzyczących byłoby dużo więcej, gdyby nie remont stadionu związany z jego rozbudową przed Euro. Na taką akcję „GW” zasłużyła sobie wieloma miesiącami kampanii przeciwko kibicom. „Miarka się przebrała” – napisali na swojej stronie kibice Lecha. „Zaczynamy akcję bojkotu Gazety Wyborczej, będzie on polegał na uderzaniu w finanse Gazety Wyborczej, bo to najlepiej przemawia do zwojów mózgowych decydentów” – zapowiedzieli. To odpowiedź na, jak piszą kibice, „paszkwile tworzone przez dziennikarskie miernoty rodem z ulicy Czerskiej”.
Żona w Wyborczej? Szybki rozwód!
NIE KUPUJEMY GAZETY WYBORCZEJ
NIE OGŁASZAMY SIĘ W WYBORCZEJ
NIE WCHODZIMY NA STRONY INTERNETOWE WYBORCZEJ
- takie zasady kampanii przeciwko „GW” ogłosili kibice na stronie www.kibole.wiaralecha.pl. Tego samego dnia także zarząd klubu KKS Lech Poznań rozwiązał umowę patronacką z „GW” w związku z „pomówieniami, naruszającymi dobra osobiste zarówno klubu, jak i jego pracowników i przede wszystkim kibiców”.
Do akcji przeciwko Agorze kibice zwołują się już na internetowych forach. Projektują plakaty i wlepki, namawiają do rezygnacji prenumeraty przez firmy, przypominają o istnieniu Agorowych kin Helios w Gnieźnie, Pile i Koninie, instruują, jak zablokować strony Agory na swoim komputerze. Jednym z pierwszych konkretnych działań kibiców jest zbieranie darmowych egzemplarzy gazet wydawanych przez Agorę. „Raz na miesiąc, tak zebraną makulaturę będziemy zanosić do punktów skupu” – piszą kibice.
Pojawiają się też dowcipy. Jeden z dyskutantów instruuje, jak postępować ze znajomymi pracownikami „GW”. „Masz sąsiada z GW? Nie pożyczaj mu soli czy cukru, o pieniążkach nie wspomnę. Żona w GW? - szybki rozwód , każdy sąd zrozumie. Mąż w GW? - niech płaci do końca życia. Syn w GW? - spróbuj wydziedziczyć. Teściowa w GW? - rachu ciachu”.
Zapewne wielu nie znających dobrze kibiców uzna, że potężna Agora nie ma się czego obawiać. Pozwolę sobie mieć inne zdanie. To nie papierowy bojkot w stylu partii politycznych. Kibice Lecha dowiedli, że potrafią organizować podobne kampanie społeczne i akcje konsumenckie na olbrzymią skalę, obejmujące wszystkie wielkopolskie gminy. A w sprawie „GW” solidarność wyrażają kibice z całego kraju, czego dowodem transparenty na innych meczach.
Ostatnio z okazji rocznicy Powstania Wielkopolskiego kibice z Poznania odnaleźli, uporządkowali i złożyli wiązanki w około 2000 (!) miejsc upamiętniających powstańców. Przy okazji patriotyczną działalność kibiców dostrzegli kombatanci - wspólny z Wiarą Lecha opłatek zorganizował Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej.
Z kolei w ramach wielkiej akcji mikołajkowej kibice z Wiary Lecha dostarczyli paczki do 43 (!) szpitali, domów dziecka i hospicjów. Ale obok akcji pozytywnych kibice Lecha potrafili też organizować obywatelski bojkot, czego dowiedli kilka lat temu. Ogłosili wówczas akcję konsumencką - bojkot piwa Kompanii Piwowarskiej. Marketingowcy Jana Kulczyka i spółki gorączkowo zaprzeczali, by ponieśli znaczące straty, jednak szybko zgodzili się na wiele postulatów kibiców.
O możliwych skutkach bojkotu „GW” później, najpierw o przyczynach.
„Wyborcza” niszczy Lecha, bo jest dowodem że KIBOLE=SUKCES
Dlaczego kibice Lecha ogłosili bojkot „GW”? O tym nie da się krótko, zbyt wiele kłamstw funkcjonuje w medialnym obiegu jako uznane prawdy. Zanim dojdziemy do ostatnich wydarzeń, wypada przypomnieć genezę konfliktu.
Lech Poznań zaczął być atakowany w ramach ogólnopolskiej kampanii „GW” przeciwko „kibolom”. „GW” popiera w niej koncern ITI i Mariusza Waltera – właściciela Legii Warszawa. ITI – co deklarował otwarcie zmarły wspólnik Waltera Jan Wejchert – postanowiło „zmienić strukturę” kibicowania na Legii. Według powszechnego wśród kibiców przekonania oznaczać miała ona pozbycie się dotychczasowych „kiboli” i wymianę ich na garniturowców jedzących na meczach popcorn. ITI poniosło widowiskową porażkę – stadion opustoszał, a ci, którzy na nim zostali, organizują akcje przeciwko ITI. Konflikt eskalował, stając się co raz bardziej brutalny.
Zupełnie inną metodę przyjęto w Poznaniu. Tam, gdy koło 2000 roku klub znalazł się w ruinie m. in. w wyniku polityki „działaczy” z innej epoki, „kibolom” pozwolono włączyć się w jego odbudowę, oddając im zarządzanie częścią klubowej działalności – np. marketing, cathering, ochronę czy dystrybucję biletów na mecze wyjazdowe. Efekty porównać może każdy – na poznańskim stadionie od lat nie ma rozrób, jest on pełen, a przychodzą na niego także całe rodziny.
Poznań jest dla „GW” solą w oku, bo stanowi żywy dowód na nieprawdziwość tezy tej gazety, że do tego, by na stadion zaczęły przychodzić tłumy trzeba zwalczać zmitologizowanych złych kiboli. Ówczesny zarząd klubu składający się 30-parolatków – w składzie Radosław Majchrzak (brat zamordowanego w stanie wojennym Piotra), Radosław Sołtys i Michał Lipczyński - okazał się bardziej kompetentny od ludzi z ITI. Gdy do klubu wszedł duży inwestor, pozostawił te zasady bez zmian, bo sprawdziły się.
Rzecz jasna oprócz tego „GW” widzi w stadionach, o czy często pisze, siedlisko postaw niepoprawnych politycznie czy kulturowo. Tam, gdzie niepoprawność ta przybiera formy prymitywne, jak rasizm czy antysemityzm – co zdarza się co raz rzadziej – jest ona z punktu widzenia „GW” pożyteczna, bo takie godne potępienia incydenty dają jej pretekst do atakowania ruchu kibicowskiego.
Tam, gdzie przybiera formy dojrzałe – jak uczczenie pamięci powstańców warszawskich i wielkopolskich czy ofiar komunizmu – staje się z punktu widzenia „GW” niebezpieczna. Właśnie dlatego, że na Lechu oklaskiwaniu czarnoskórych gwiazd tej drużyny towarzyszy pamięć o Czerwcu 1956 czy sektorówka z podobizną Dmowskiego i cytatem „Jestem Polakiem, więc obowiązki mam polskie”, „GW” ma problem.
Dealerka czy delirka „Wyborczej”?
Przeciwko kibicom Lecha „GW” użyła w ostatnich miesiącach całego arsenału znanego z walki z przeciwnikami politycznymi. Nagle stadion podziwiany w całej Europie z racji na wspaniała atmosferę, okazał się być siedliskiem bandytów.
Gazeta atakowała członków zarządu klubu, zamieszczając ich zdjęcia ze zbliżeniem na oczy, jak przestępców. Kiedy indziej dla odmiany kibiców starano się z zarządem skłócić. Artykuł sugerował, że w zarządzie Lecha potajemnie knują jak pozbyć się złych kiboli, czekając tylko na odpowiedni moment.
Zarzut najcięższego kalibru, a jednocześnie najbardziej idiotyczny, pojawił się ostatnio. Brzmi: na stadionie Lecha kibice handlują narkotykami. Stadion to miejsce, gdzie wszystko filmuje monitoring, za pomocą którego można zobaczyć na zbliżeniu pieprzyk na twarzy każdego kibica. Policja ma w tłumie swoich tajniaków, są też dziennikarze. Gdyby dealerzy zrobili sobie ze stadionu miejsce zorganizowanego handlu narkotykami, byliby nie tylko przestępcami, ale i idiotami.
W ten zarzut „GW” uwierzy dokładnie 0 procent chodzących na mecze kibiców. I brednia ta nie na nich ma podziałać. Ma dotrzeć do niechodzącego na mecze rodzica 16-latka, który zacznie bać się pozwalać mu tam chodzić.
Aby być precyzyjnym: czy nie ma kibiców palących marihuanę, którą sprzedają im dealerzy? Kibice to w Poznaniu kilkadziesiąt tysięcy ludzi, coś jak powiedzmy całe poznańskie Piątkowo. Ze statystyki wynika więc, iż niemożliwym jest, by takich nie było. Dealerzy muszą więc też się wśród nich pojawiać, tak jak są w szkołach, na uczelniach, w akademikach, na osiedlach czy – zaryzykuję taką tezę - wśród dziennikarzy.
Kto więcej (procentowo) ćpa, kibice czy dziennikarze? Jestem kibicem, a jednocześnie dziennikarzem i raczej postawiłbym na swoją grupę zawodową, choć żadnych danych oczywiście nie mam.
Natomiast wahającym się rodzicom mogą powiedzieć z całą odpowiedzialnością: prawdopodobieństwo, że na stadionie kupią narkotyki, jest znikome. Na osiedlu czy w akademiku, gdzie nie ma monitoringu – o wiele większe. A co do stowarzyszenia Wiara Lecha, to znane jest ono raczej z przesadnej propagandy przeciwko pijaństwu przy okazji meczów – zarówno wyjazdowych, jak i siebie. Nie mówiąc o narkotykach.
Skąd o tym wiem? Z bardzo wiarygodnego źródła – „Gazety Wyborczej”. Przypomnę, że w grudniu 2008 zarzuciła ona Krzysztofowi Markowiczowi, szefowi Wiary Lecha, że... walczył z narkotykami groźbami. Lech jechał wówczas na mecz do Holandii, gdzie narkotyki są legalne. „GW” przytoczyła z oburzeniem przytoczyła wpis Markowicza na forum kibiców Lecha: „Właściciele zbyt wąskich powiek, nieangażujący się w doping, również mogą liczyć na masaż twarzy”. Ponieważ uznała to za oburzającą groźbę, zapytała jej autora, który wyjaśniał: „Jedziemy do Holandii, chodzi o... narkotyki. Znów może trochę za ostro napisane, ale chcemy żeby był spokój i doping”. „To forma straszaka, proszę nie traktować tego dosłownie” – tłumaczył się Markowicz.
Doprecyzujmy jeszcze pewien szczegół, dotyczący socjotechniki zastosowanej przez dziennikarzy „GW” – oni przeważnie twierdzą tylko, że na stadionie Lecha „handlowano narkotykami”. Bo tak mówi anonimowy policjant. Genialnie. Jakby co, wystarczy dostarczyć jednego delikwenta, któremu narkotyk sprzedał na stadionie zaprzyjaźniony dealer i zdanie jest prawdziwe.
Zapewniam redakcję „GW”, że jestem wstanie zamieścić PRAWDZIWĄ wypowiedź anonimowego informatora, że wśród dziennikarzy dowolnej dużej gazety są przestępcy, którzy zażywają narkotyki (bo są one zakazane). Rzecz jasna nigdy nie napiszę takiego newsa, bo bym się brzydził. Ale wasz news o handlu narkotykami na stadionie, by pognębić złych kiboli jest tej właśnie wartości.
„Kontrolowali obrót biletami”, czyli propagandowa nowomowa 2010
Kibice „kontrolowali obrót biletami na mecze” – tak groźnie wypowiedział się jeden z policjantów w programie „Uwaga!” w TVN (o udziale policji w tej sprawie za chwilę). Co oznacza to, gdy przełożyć zarzut na mniej kryminalne słownictwo? Ano to, że klub podpisał umowę ze stowarzyszeniem kibiców, że będzie oni sprzedawać bilety na mecze wyjazdowe. Ona wciąż obowiązuje, więc kibice dalej „kontrolują”.
Co w tym niezgodnego z prawem czy godnego potępienia? Wcześniej „GW” informowała, że na atrakcyjne wyjazdy zagraniczne, na które mogła pojechać ograniczona liczba kibiców, nie każdy mógł kupić bilet, bo były one w pierwszej kolejności dla tych, którzy regularnie chodzą na Lecha. Przepraszam, ale co to za zarzut? Programy lojalnościowe, przewidujące przywileje dla stałych klientów, stosuje wiele firm. W przypadku kibiców, dla których liczy się wierność klubowym barwom, zastosowanie tej zasady aż się narzuca. Bilet na atrakcyjny mecz do Holandii najpierw należy się temu, kto jeździł na mniej atrakcyjne mecze do Wodzisławia czy Gliwic, a dopiero potem komuś przypadkowemu.
Informuję też dziennikarzy „GW”, że jako szeregowy kibic bardzo popieram pomysł, by kibice na miarę swoich możliwości włączali się w zarządzanie klubem i prowadzili działalność na jego rzecz. Bo wiem, że klubu nie rozkradną i nie będą liczyć na szybki zysk kosztem jego dobra. Nie mam też nic przeciwko temu, by to kibice odpowiadali za organizację wyjazdów, parking czy sprzedaż kiełbasek.
Dla „GW” to haracz płacony złym kibolom. Dla mnie to najlepszy przykład budowy zdrowej lokalnej wspólnoty, najlepiej rozumianej samorządności, społeczeństwa obywatelskiego wreszcie. Im więcej w takiej działalności kiboli i im mniej tzw. „działaczy sportowych” z minionej epoki oraz „biznesmenów” z PRL, tym lepiej.
Ochrona i ustawki
Koronnym zarzutem stał się fakt, że porządku na stadionie pilnują sami kibice o groźnie wyglądającej posturze. W przeciwieństwie do poprzednich, jest on prawdziwy. Kiedy w 2000 r. w Poznaniu podjęto taką decyzję, wielu uznało ją za ryzykowną. Dziś, po 10 latach, praktycznie wszyscy są z niej zadowoleni, bo nie ma rozrób, a na stadion przychodzą także całe rodziny. Wcześniej, kiedy porządku pilnowała policja czy firmy ochroniarskie, nie zawsze tak było. Być może nie wszyscy obecni ochroniarze są aniołkami. Jeśli poza stadionem łamią prawo, od zajęcia się tym są odpowiednie organy. Ale na meczach sprawdzają się na pewno lepiej, niż policja.
Prawdziwym jest też zarzut, że niewielka grupa kibiców Lecha (przeważnie kilkadziesiąt osób z dziesiątek tysięcy) bierze udział w tzw. ustawkach - bije się z kibicami innych drużyn na pięści, w miejscach ustronnych, np. w lesie. W Poznaniu praktycznie wszyscy to zaakceptowali jako stan może nieidealny, ale nienajgorszy. Na stadionie mamy spokój, a jak ktoś chce sobie dać w wzajemnie po pysku, umawia się z tym, co też lubi ten sport i idzie do lasu. Czy to karalne? Zgodnie kodeksem tylko wtedy, gdy jest zagrożenie spowodowania przynajmniej „średniego” uszczerbku na zdrowiu.
Bicie się tylko na gołe pięści ogranicza ryzyko uszczerbku na zdrowiu, z drugiej strony duża siła fizyczna bijących się je zwiększa. Zapewne idealnie w punktu widzenia państwa byłoby, gdyby ludzie lubiący się bić, robili to wyłącznie na sali gimnastycznej, co zresztą wielu uczestników ustawek czyni. Może kiedyś tak będzie?
Dodajmy, że w praktyce policyjnej uczestnictwo w takiej bójce raczej karane nie jest, o ile zawiadomienia nie złoży poszkodowany. Mojego kolegę usiłowano pobić w autobusie nocnym. Pomógł mu obronić się inny pasażer. Pojawiła się policja, ale na komisariacie kolega powiedział, że nie wnosi skargi, więc nikogo nie oskarżono. W przypadku ustawek poszkodowanych nie ma.
CBŚ wkracza do akcji
W ramach działań przeciwko kibicom Legii policja, nadzorowana wówczas przez dobrego znajomego Mariusza Waltera – Grzegorza Schetynę, zorganizowała słynną akcję „Widelec”, podczas której zamknięto 741 spokojnych kibiców Legii, z których wielu gazowano i bito - za nic. Schetyna natychmiast zwołał konferencję prasową. TVN, a za nim inne media, odtrąbiły sukces w walce z bandytami. Słynny stał się widelec, który TVN pokazał wśród dowodów agresywnych zamiarów kibiców (leżał on prawdopodobnie jako pozostałość po jakimś pikniku na trawniku, gdzie spędzono kibiców).
Dopiero uczciwa praca dziennikarzy kilku redakcji oraz wyrzuty sumienia niektórych prokuratorów i policjantów, którzy zgodzili się z nimi rozmawiać, spowodowała, że prawda wyszła na jaw, a TVN i Agora zaczęły dyskretnie wycofywać się z wcześniejszych sformułowań.
Obraz tych wydarzeń jest dziś jednoznaczny. Najpierw były propagandowe artykuły dziennikarzy GW Szadkowskiego, Steca, Błońskiego czy Sarzały. Po nich w Warszawie przyszło bicie, kopanie, gazowanie, rozbieranie i stawianie zarzutów niewinnym ludziom. Bo – myśleli podejmujący decyzję o tej policyjnej akcji – za kibolami nikt się nie ujmie.
W Poznaniu też doszło ostatnio do głośnej akcji policji przeciwko kibicom. Czy była ona podobna do akcji „Widelec”? I tak, i nie. Nie, bo nie użyto wobec niewinnych kibiców represji na masową skalę. Tak, bo znowu mieliśmy do czynienia z kuriozalnym medialnym szoł zorganizowanym przez policję we współpracy z TVN i „GW” oraz kompromitującym ośmieszaniem policjantów.
Od dłuższego czasu artykułom atakującym kibiców Lecha zaczęło towarzyszyć wzmożone zainteresowanie nimi policji, w tym nie zajmującego się na co dzień kibicami elitarnego CBŚ. Jego ukoronowaniem stało się zatrzymanie 16 uczestników ustawek. Zarzuty powtarzane w mediach brzmiały imponująco – nie tylko bójki w lesie, ale tworzenie gangu i handel narkotykami.
Nie zamierzam rozstrzygać tu, czy zatrzymani są winni - o tym orzeknie sąd. Jeśli któryś z nich handlował narkotykami, zajęcie sprawą należało do oczywistych obowiązków CBŚ. Tyle, że z 16 zatrzymanych rzekomych groźnych bandytów, sądy aresztowały... dwóch. Bo zarzutem stawianym większości z nich okazało się bicie na pięści w lesie z innymi osobami chcącymi się bić, a za to aresztować niesposób. Zarzutu handlu narkotykami na stadionie nie postawiono nikomu.
Bili Werder Berlin po opiciu się Tussipekiem
O ile nie czuję się kompetentny do oceniania zasadności zatrzymań i zarzutów, o tyle czuję się jak najbardziej powołany do oceny medialnej akcji im towarzyszącej, której niesposób nie nazwać ośmieszającym policję cyrkiem.
Zatrzymanych usiłowano w mediach powiązać ze stowarzyszeniem Wiara Lecha. Tymczasem ŻADEN z nich nie był jego członkiem.
Akcję CBŚ przeciwko kibicom Lecha sfilmował TVN. Na zasadach nadzwyczajnych. Pokazał on nie tylko wyważanie drzwi w mieszkaniach, ale nawet... ekscytującą naradę z komendy przed akcją, z której mogliśmy się dowiedzieć, że ten i ów to „kawał gnoja”.
Materiały ukazały się w programie „Uwaga!”. Atmosfera grozy, zamaskowani antyterroryści, wysadzone drzwi. Z materiału nie można było się dowiedzieć, że po analizie zgromadzonych dowodów sąd... wypuścił człowieka zatrzymanego z użyciem tegoż arsenału na wolność. I raczej nie sądzę, by było to podyktowane szczególną miłością sędziów do kibiców. Czy ktoś w policji nie przesadził z widowiskowością akcji?
A pytanie zadawane temuż kibicowi, leżącemu na ziemi, czy ubierał się już kiedyś w kajdankach? Nie ubierał się? To teraz będzie miał okazję. Po chwili ten sam kibic ubiera się... bez kajdanek. Wszystko na potrzeby TVN?
W artykułach „GW” ten sam kibic przedstawiany był jako groźny mafiozo. Nie wiem, jak jest naprawdę. Ale rozbawiła mnie w tym kontekście informacja, że całymi dniami siedzi w... sklepie z pamiątkami Lecha. Znaczy się boss-sprzedawca?
W programie „Uwaga!” widać też scenkę, jak policjanci wysadzają zamek w drzwiach jednego z zatrzymanych. Po czym słychać nerwowe okrzyki dowódcy „Taran! Taran! Powiedziałem taran!”. Poszukiwanie policjanta z taranem trwa jakieś 8 sekund. Nie znam się, ale wydaje mi się, że gdyby w środku siedział nie pan bijący się na pięści z kolegami, a gotowy strzelać bandzior, to chyba mógłby wystrzelić w tym czasie serię z broni maszynowej? Skąd taka niefachowość? A może przeciwnie, to fachowość? Czyli przekonanie policjantów, że nie ma co się wygłupiać, bo w środku siedzi tylko uczestnik bójek, a przesadny arsenał to tylko ściema na użytek TVN?
Przy okazji niektóre wypowiedzi policjantów na temat kibiców przypominały poziomem absurdu analizy SB na temat wyglądu subkulturowców w czasie festiwalu w Jarocinie w latach 90, ujawnione przez IPN. Zdaniem pokazywanych przez TVN funkcjonariuszy CBŚ w kominiarkach, owi niebezpieczni bandyci mieli bić się z kibicami zespołów takich jak Werder Berlin i GKS Wrocław. Każde dziecko z podstawówki interesujące się piłką wie, że takie kluby nie istnieją.
Nie brakło też innych uwag mających budzić grozę – funkcjonariusz CBŚ tłumaczył, że bojówkarze potrafili zjeść przed walką 8 surowych tatarów oraz wypić dwa syropy Tussipec. Jak przytomnie zauważyli na forach kibice, opicie się dwoma syropami skutkowałoby dolegliwościami żołądkowymi mogącymi zniszczyć bojowy entuzjazm skuteczniej, niż cała akcja CBŚ.
Powtarzam: nie twierdzę, że zatrzymano samych aniołków i że było to niesłuszne albo odwrotnie - słuszne. Tego nie wiem. Twierdzę natomiast, że z owej akcji zrobiono kompromitującą policję pokazówkę na użytek antykibolskiej kampanii niektórych mediów. W tym zainteresowanych w zwalczaniu ruchu kibicowskiego FINANSOWO – jak ITI. Szoł TVN towarzyszyły wywiady anonimowych policjantów w „GW”.
Skrzywdzono zapewne także udziałem w tym szoł niektórych policjantów z CBŚ. Bo oni są elitarną jednostką potrzebną Polakom do walki z terrorystami czy narkotykową mafią. A nie do opowiadania w telewizji o tym, że ktoś pobił się z kimś innym na pięści, zjadając wcześniej tatara oraz pijąc Tussipec.
Poznańska Wyborcza odcina się od centrali
Efekt medialny, który chciano w ten sposób osiągnąć streścił tytuł artykułu Michała Szadkowskiego w „GW”: „Kibolski Klub Sportowy”. Kibol to dla Szadkowskiego bandyta, więc przesłanie było jasne. Tych 16-tu zatrzymanych to właśnie cały ten ruch kibicowski – handlarze narkotyków i w ogóle bandyci.
Tyle, że po ogłoszeniu bojkotu, warsztat Szadkowskiego podważać zaczęli jego koledzy z poznańskiego oddziału „GW”, mający kibiców Lecha koło siebie na co dzień. Od początku zresztą rzadko brali oni udział w kampanii przeciwko Lechowi. Ale na protesty zdecydowali się dopiero, kiedy rozpoczął się bojkot.
„Jest mi bardzo przykro, że ta umowa została zerwana” – powiedział Włodzimierz Bogaczyk, szef poznańskiej „GW”, na temat umowy patronackiej z klubem (przykro z powodu zerwania umowy z klubem rządzonym przez bandyckie układy?!). Tekst warszawskiego kolegi ocenił: „Według mnie ten tekst powinien wyglądać inaczej. Zdarzało się redakcji poznańskiej nie zgadzać z naszymi kolegami z warszawskiej redakcji sportowej. Trudno mi zrozumieć, dlaczego w tym tekście nie ma wypowiedzi przedstawicieli klubu”.
Natomiast Michał Danielewski, dziennikarz działu kultury lokalnej „GW”, napisał tekst bliski wielu tezom stawianym przeze mnie w niniejszym artykule: „okazuje się, że 11-letni dzieciak z Poznania (...) który idzie na mecz Lecha i obserwuje z rozdziawioną z zachwytu szczęką falujący przed nim dwudziestotysięczny tłum na najbezpieczniejszym stadionie w Polsce, patrzy tak naprawdę na miejsce opanowane i wypełnione przez bandytów”.
I dalej: „Jest coś niesamowicie perwersyjnego w nazywaniu bandyckim klubu, na którego stadionie można zobaczyć niespotykaną nigdzie indziej w Polsce ilość rodzin, dzieciaków, fantastycznie bawiących się kibiców, tych mniej i tych bardziej zaangażowanych w doping. Jest coś niezmiernie krzywdzącego w nazywaniu bandyckim klubu, na którego stadionie nie doszło do rozrób od czasów - jak na polską piłkę nożną – prehistorycznych”.
Sprzeciwił się też modelowi zmian na stadionach proponowanemu przez antykibolską ideologię „GW”: „futbol to sport wywołujący gorące, często plemienne emocje. Przestrzeń czasami wypełniona stekiem przekleństw, a czasami hymnami pochwalnymi, raz szaloną radością, kiedy indziej znów furią, przestrzeń, gdzie obok siebie spotykają się ludzie pachnącymi najdroższymi perfumami i ci cuchnący potem i piwem. Świat lekko chropowaty, jak z teledysku piosenki „Santa Maradona” grupy Mano Negra. I to właśnie jest w piłce nożnej tak cholernie ekscytujące”.
Narodziny społeczeństwa obywatelskiego?
Skala chamskiego robienia Polakom nie chodzącym na mecze wody z mózgu w „antykibolskich” artykułach przekroczyła wszystko, co po 1989 roku pojawiało się w polskich mediach. Nie tylko w przypadku poznańskim.
W końcu bici w twarz postanowili zareagować. Czego może obawiać się przy okazji kibicowskiego bojkotu „Wyborcza”? Na pewno nie utraty czytelników, kupujących ją dla jej politycznej publicystyki. Ale sami publicyści „GW” naśmiewając się z upadku „Dziennika” Roberta Krasowskiego pisali, że ludzie nie kupują prasy codziennej dla wstępniaków redaktora naczelnego czy esejów intelektualistów, a profesjonalnie redagowanych lżejszych działów. „GW” może stracić więc przede wszystkim wśród tych, którzy kupowali ją dla dodatków lokalnych (z braku konkurencji – rynek prasy lokalnej się drastycznie skurczył) czy działu sportowego. A także pozostałych działów poza polityką,
Przesłanie akcji bojkotu jest czytelne dla zwykłego odbiorcy. Bojkot „Gazety Wyborczej” ma być obroną wielkopolskiej jakości, solidności, pracowitości, zaatakowanej przez medialnego agresora spoza Wielkopolski. Wielkopolanie odnieśli sukces, który kogoś kole w oczy i dlatego ten ktoś usiłuje go zniszczyć kłamliwymi pomówieniami w imię swojej wydumanej ideologii. Takie myślenie bliskie jest z pewnością nie tylko czynnym kibicom – identyfikację z Lechem odczuwa wielu Wielkopolan, którzy np. na mecze chodzili dawno temu albo nawet nigdy na stadionie nie byli.
„Społeczeństwo obywatelskie” – tym terminem media, na czele z „GW” wycierały sobie po 1989 r. gęby, w rzeczywistości swą propagandą pacyfikując wszystko, co było oddolną i niekontrolowaną inicjatywą obywateli.
Z okazji 11 listopada Wiktor Świetlik, szef Centrum Monitoringu Wolności prasy, pisał w 2009 na swym blogu na Salonie24 w tekście „Obywatele won!”: „Narodziny II RP, równo 91 lat temu, zaowocowały prawdziwą erupcją życia obywatelskiego. (...) W miasteczkach, choć nie było Euro 2012 i programu „Orliki”, kwitły kluby sportowe: robotnicze, studenckie, socjalistyczne, endeckie, piłsudczykowskie, żydowskie. W encyklopedii przedwojennych warszawskich i okolicznych klubów sportowych Roberta Gawkowskiego jest ponad 250 haseł! Duża część z nich służyła nie tylko tężyźnie, ale wszystkiemu: od wspólnego wypicia kawy lub piwa, poprzez wzajemną pomoc, edukację, a czasem aż po – nie da się ukryć – wspólne branie spraw w swoje ręce, samoobronę, a czasem wybijanie zębów politycznym konkurentom (to ostatnie może w najmniejszym stopniu zasługuje na szacunek, ale taka była specyfika czasów)”.
A dziś? Pustka, bo, jak pisze Wiktor „daleko nam do bycia obywatelami w klasycznym tego słowa znaczeniu – świadomymi współplemieńcami. Takimi, jak ci ze starożytnych greckich polis - czasem nawet kłócącymi się między sobą, ale gdy trzeba stającymi razem i gotowymi ginąć za swoje miasto, a na co dzień we wspólnym interesie sprzątającym śmieci, ulepszającym swoje otoczenie i pomagającym sobie nawzajem”.
Na tej pustyni ruch kibicowski stał się bodaj jedynym wyrazem oddolnego, spontanicznego, niekontrolowanego samoorganizowania się dość dużego odłamu społeczeństwa. Dlatego nie lubią go ci, którzy lubią wszystko mieć pod kontrolą. Dla władzy i finansowych zysków.
Obecny bojkot kibiców ma więc znaczenie nie tylko dla kibiców. Jego ewentualny sukces może stać się ważnym wydarzeniem społecznym – dowodem, że w czasach dyktatury wielkich koncernów medialnych oddolne organizowanie się zwykłych ludzi ma sens.
Piotr Lisiewicz
Nowoczesne społeczeństwo kontra kibole
Na forum portalu gazeta.pl jeden z internautów odpowiedział na zarzuty, że „kibole” nie pasują do nowoczesnego społeczeństwa:
Szkoda, że to nowoczesne społeczeństwo nie ma ochoty choć raz w roku iść do domu dziecka sprawić dzieciakom radość.
Szkoda że to nowoczesne społeczeństwo nie dba o święta narodowe, rocznice...
Szkoda, że to nowoczesne społeczeństwo nie dba o byłych sportowców, których spotkała tragedia życiowa.
Szkoda, że to nowoczesne społeczeństwo na ustawki mówi be, a w telewizji podnieca się walkami na ringu i w klatkach za grube pieniądze, przy telewizji robiąc z krwawych walk szoł. Na ustach wykrzykując zaj... go, zaj... go!
Szkoda, że to nowoczesne społeczeństwo takie słowa jak honor, duma, odwaga, przyjaźń uważa w tych czasach za obraz zezwierzęcenia.
Nowoczesne społeczeństwo, to plebs któremu byle szmatławiec potrafi wpoić każdą papkę do głowy. Nowoczesny człowiek z nowoczesnego społeczeństwa nie bywa na meczach, ale za to mieni się specjalistą w tej dziedzinie.
Nowoczesny człowiek z nowoczesnego społeczeństwa sam nie będąc ideałem moralno- etycznym w każdej mierze, próbuje narzucić styl życia innym.
Чекистам и стукачам коментировать воспрещается – бан
Komentarze
Pokaż komentarze (73)