Tym, którzy pytają, czy zmienił się obóz Jarosława Kaczyńskiego, mogę udzielić odpowiedzi jednoznacznej i pewnej: zmienił się. Czujemy się po tym wszystkim 20 lat starsi. W jakim kierunku się zmieniliśmy? My to już wszyscy podświadomie wiemy. Od najmłodszych po najstarszych. Rozumiemy się po tej tragedii bez słów. A wy nie wiecie nic. Badania sobie może zamówcie? W każdym razie główkujcie sami. Jak na wybitnych intelektualistów przystało.
„To jest wojna domowa, to jest walka o wszystko” – powiedział o wyborach prezydenckich Andrzej Wajda. Wojna? OK, nie pękamy. Wiadomo: Somosierra, Monte Cassino, Wizna, te klimaty. Nie pierwszyzna. Kumamy bazę. IPN wydał książki, a i zwykłe chłopaki z osiedla znalazły sobie najbardziej zaskakujące kanały, by zrozumieć, o co bił się dziadek. „Pamiętaj o tym wnuku, że dziadek był w Tobruku” – pisał Marian Hemar. No więc, jak chodzi o wojnę, to my, panie Wajda, kumamy. Ale wielce nietrafne wydaje się być użycie słowa „domowa”. Hołota przyniesiona na sowieckich bagnetach, która założyła sobie tutejszą oligarchię i intelektualne salony, nigdy naszymi współrodakami nie była i nigdy nie będzie. Zresztą chyba nawet za bardzo się do tej wspólnoty z nami nie poczuwa. Dlatego powyższe spostrzeżenie wydaje mi się niekontrowersyjne. Akceptowalne dla wszystkich. Utrzymane w duchu pojednania.
Pamiętają Państwo, jak wybory z 2007 r. wygrało hasło „Zabierz babci dowód”? Obecne wygra równie zwięzły postulat „Zabierz dziadkowi mikrofon”. To już przesądzone.
No dobra, niechcący trochę jednak naszym intelektualistom podpowiem. Przebieg śledztwa w sprawie tragedii smoleńskiej jest czymś horrendalnym. Niewyobrażalnym. Po tym śledztwie żaden z nas nie będzie już was traktował jak zwykłych przeciwników politycznych. Nie wszyscy mają mózgi i serca rozmiękczone przez telewizor. My to wszystko obserwujemy. Odnotowujemy każdy szczegół. Pamiętamy, ile dla nas znaczyli Anna Walentynowicz, Lech Kaczyński, Janusz Kurtyka. I nikt z nas nie zapomni tego, co dzieje się teraz. Do końca życia. Ci bez sumienia mają czego się bać.
„Kibolski Klub Sportowy” – taki olbrzymi transparent podświetlony racami trzymały tysiące poznańskich kibiców podczas meczu przesądzającego o mistrzostwie Polski. Napis nawiązywał do tytułu jednego z artykułów „Gazety Wyborczej”, obrzucających błotem kibiców Lecha. Klub, który postawił na kiboli – mistrzem Polski. Klub, który postanowił kiboli zwalczać, mimo wielkich pieniędzy nie zagra nawet w europejskich pucharach. To zestawienie wielce wymowne. Antykibolska ideologia „Gazety Wyborczej” zbankrutowała.
Jeden z głównych zarzutów tamtego tekstu brzmiał: „obecny szef Wiary Lecha odpowiedział kibicowi, któremu flaga zasłaniała widok: »W d... mamy komfort oglądania meczu. (...) Słownictwo i problemy masz delikatnie mówiąc metroseksualne«”. W sobotę stadion Lecha był wypełniony po brzegi ludźmi mającymi komfort oglądania meczu we wskazanymi przez kolegę Markowicza miejscu. To recepta na sukces.
Po zdobyciu mistrzostwa ruszyliśmy piechotą przez miasto. Po drodze, jak nakazuje ustawa o wychowaniu w trzeźwości, konsumpcja browaru. Nie wiedzieć czemu na głowie miałem plastikowe opakowanie po piwnym czteropaku. Pytam parki wyjmującej pieniądze z bankomatu, czy wyglądam jak kretyn. Słyszę odpowiedź: wyglądasz jak Lisiewicz. Komplement to chyba nie był. Flaszkę postanowiliśmy wypić dopiero pod pomnikiem Ułana koło Starego Rynku. Już się z nią rozkładamy, a tu zaatakowała nas starsza pani. Coś w duchu „Won stąd chamy, profanujecie narodowe świętości”. My na to, że przeciwnie. To nasz wyraz szacunku dla takowych, wiadomo, Wieniawa, beliniacy, te sprawy. Na to, by zacytować Lermontowa, byłem niestety już zbyt nietrzeźwy. A byłoby co cytować: „Bo biez wina cztoż żyzń ułana?/ Jego dusza na dnie stakana,/ A kto dwa razy w dień nie pijan,/ Tot – izwinitie – nie ułan”. W efekcie zamiast pod pomnikiem, rozłożyliśmy się na pobliskim murku. Panią za wszystkie nasze złośliwe teksty niniejszym przepraszam, miała dobre intencje. My zresztą też.
Człowiekiem Roku 2010 „Gazety Wyborczej” został po pięciu miesiącach tegoż roku Władysław „Nekrofil” Bartoszewski. Intuicja redakcji, która z takim dużym wyprzedzeniem wyczuła, że pozostałe siedem miesięcy roku 2010 będzie dla niej nieprzerwanym ciągiem porażek i żaden kandydat na Człowieka Roku się już nie pojawi, może okazać się godna podziwu.
Jedna z najbardziej idiotycznych bredni to twierdzenie niektórych komentatorów, że dla Jarosława Kaczyńskiego lepiej byłoby z Komorowskim minimalnie przegrać, a potem wygrać wybory parlamentarne. Jasne! W międzyczasie PO przejęłaby media publiczne i zmonopolizowała przekaz telewizyjny. A potem przy wsparciu wszystkich telewizji oraz wiadomych służb zabrała się za niszczenie ostatnich redut oporu. Wygralibyśmy następne wybory? Albo czy cokolwiek zatrzymywałoby siły posowieckie przed ich sfałszowaniem? Wątpię. Zresztą nie wiem, czy po takiej postawie Polaków w wyborach prezydenckich sam byłbym jeszcze zainteresowany wynikiem kolejnych wyborów.
Media podają przeróżne sondaże. Nie wierzę ani odrobinę nie tylko w ich prawdziwość, ale i w dobrą wolę tych, którzy je organizują. Nie sądzę, by PZPN był instytucją mniej uczciwą od naszych sondażowni. By oczyścić środowisko naszych badaczy opinii, niezbędna byłaby opcja zerowa. Wyrzucenie na zbity pysk tych, którzy oszukiwali. Tych, co udawali, że nie widzą, iż tamci oszukują. Wreszcie takich, co byli na tyle głupi, że oszustw nie zauważali.
„Widać, że nie jesteś z Poznania, Krakowa albo ze Szkocji, Donaldzie, skoro zrobiłeś taki wielki i wspaniały dar” – powiedział Bronisław Komorowski. Cóż, Komorowski nie słyszał zapewne piosenki Rycha Peji „Poznańczyk”, bo wtedy wiedziałby, że takie teksty traktuje się w Poznaniu ze śmiertelną powagą. Idzie to tak: „Więc przestańcie się naśmiewać, nie słyniemy ze skąpstwa/ Bo nikt tu nie poskąpił krwi i łez, w spokoju zostaw nas”.
W małym miasteczku, w którym bywam latem, jest – jak nazywają miejscowi – „ruski cmentarz”. Spaceruję w tej okolicy wieczorami, czasem, jak chyba każdy, zmówię „Wieczny Odpoczynek”. Natomiast czytając przytaczaną radośnie przez „GW” informację: „odnowiono pomnik w mauzoleum żołnierzy radzieckich” ze zdjęciem sołdata z karabinem, który wpada właśnie okupować mój kraj, nie mam wątpliwości: ten szmelc powinien zostać jak najszybciej uprzątnięty.
Jeszcze na koniec słówko o kibicach. Anna Walentynowicz pochowana została w grobie z krzyżem, na którym zawisł biało-zielony szalik. Bez żadnych liter czy nazw, bo to było nie na miejscu. Takie małe świadectwo, że gdańska ulica nie zapomni. Także ta jej część, która urodziła się po 1980 r. Że ta ulica jest nieidealna?Prawda. Ale jest. Innej nie mamy.
Piotr Lisiewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (2)