Contra
Kościół polski (tzw. hierarchia) stoi w obliczu problemów o ciężarze gatunkowym stokroć większych niż taka czy inna formuła Radia Maryja. I słabości, i zmartwień mamy wiele. Ale najważniejsze jest, że trwa bezprecedensowy atak na chrześcijaństwo, nie tylko w wydaniu fanatyków islamskich czy R. Dawkinsa, ale zgoła „Gazety Wyborczej” i pokrewnych. To nie jest ocena pogłębiona, ale jest oczywiste, że jednym z największych zagrożeń są upolitycznieni, w kierunku dla Kościoła zabójczym, hierarchowie, jak biskupi Pieronek i Życiński. Pupilkowie, na równi z księżmi renegatami, mediów wrogich naszej religii. Różne stwierdzenia bp. Pieronka, jak to, iż np. aborcja to nie sprawa Kościoła, według mnie ocierają się o herezję. A bp. Życiński, ongi ostro zwalczający pozostałości komunizmu, od dłuższego czasu zmienił front o 180ľ. I pewno wydaje mu się, że nikt nie wie dlaczego, i że jest w kraju wiarygodny. Nazwiska podane są przykładowo, bo, co niestety wiadomo, o wiele więcej duchownych kojarzy się, jak np. bp Wielgus czy bp Paetz, ze zgorszeniem publicznym. W organie Agory o „imprezie” profanujących naszą wiarę napisano: „Wyzwolenie pod krzyżem. Od Kościoła”. „I obudziła się Polska, nie taka, jakiej się spodziewali, nowoczesna i świecka. Wyszła na ulicę i zobaczyła swą siłę”. Kpi się tam z monstrancji, procesji i mszału („wpaść w mszał”). W tymże organie wypowiadają się wspomniani hierarchowie. To nawet więcej niż samobójstwo Kościoła w stylu holenderskim. Czy bp Pieronek pragnie Polski bez wiary? Nadzieja to tych wielu Polaków innych niż Pacewicz czy Środa. Niemłody już przecież Benedykt XVI. Rozwój chrześcijaństwa w Azji i Afryce. Pewno kiedyś czarni misjonarze będą reewangelizować zbarbaryzowaną Europę. Ale dziś?!
Odcinki
Życzenia
I ten numer „GP” ukaże się w 2010 r. Mieć nadzieję, że 2011 r. będzie nieco lepszy, to – zważywszy na obecny – nieco zbyt mało. Zdaję sobie sprawę, że jest mało prawdopodobne, aby rok przyszły był znakomity. Ale pożyczyć tego Czytelnikom i sobie zawsze można. A nawet – należy.
Straszna dyplomacja
Po amerykańskich przeciekach pojawiły się opinie, że polityka zagraniczna obecnego rządu PO, zwłaszcza wobec USA i w ramach NATO, jest podobna do tej realizowanej przez śp. Lecha Kaczyńskiego. Na podstawie przede wszystkim jednej depeszy Sikorskiego z 2008 r. poczęto nawet pisać o jakimś „gambicie”, jaki RP zastosowała w Sojuszu Północnoatlantyckim. Nie przekonało mnie to. Sikorski wystosował swoją depeszę za prezydentury Lecha Kaczyńskiego (i G.W. Busha). Wtedy chciał naszego śp. prezydenta zdystansować. Ale rząd PO z wszelkimi umowami z Amerykanami czekał na Obamę. A to z góry gwarantowało, że bilateralnego sojuszu z USA nie będzie. Z treści owej depeszy Sikorski zaczął się już zresztą wycofywać.
Chcąc przekonać się, czy moja wyjątkowo zła opinia o polityce zagranicznej PO (na kierunku zachodnim) nie jest jednak przesadzona, postanowiłem zapoznać się, co i jak piszą o tym inni, nawet w „Gazecie Wyborczej”. Zrobiłem to tak, że gdy ujrzałem zajawkę tekstu Bartosza Węglarczyka (str. 19, numer z 13 grudnia), wyrwałem ją, a p. kioskarkę poprosiłem, by resztę organu Agory – wyrzuciła. Studiowanie całości przekracza bowiem me siły.
No i stwierdziłem, że swojej złej opinii nie mam co zmieniać. Nawet ją pogłębiłem. Bo teza Węglarczyka, że krytyka owej polityki została na podstawie „przecieków” po prostu „zdmuchnięta”, jest fałszywa. Wcale nie została. A końcowy wniosek autora, że „interesy Polski są dziś w dobrych rękach”, kompletnie nie wynika z jego własnego – zresztą mało spójnego – tekstu. Bo autor tuż przed tym pisze: „martwią mnie publiczne wypowiedzi polityków PO kwestionujących potrzebę silnego sojuszu strategicznego z USA”. Poparte to jest zresztą jedną z makabrycznych wypowiedzi Komorowskiego. „Przecieki” ujawniły też, iż po prostu zdradziliśmy kraje bałtyckie. Zaiste, to kontynuacja polityki Lecha Kaczyńskiego!
Ale po kolei
1. Węglarczyk powtarza frazę, która rozwściecza mnie od lat dwudziestu: „nie drażnić Moskwy”. Bo jest szczególnie wrażliwa, źle to przyjmie. No i taka jest demokratyczna, że może zareagować nieodpowiedzialnie. Całkiem niedawno Sikorski opublikował tekst właśnie pt. „Nie obrażać Rosji”. Ja bym takiego ministra z miejsca wyrzucił. Autor „GW” nazywa zdecydowaną postawę wobec działań Moskwy jej „kopaniem”. I twierdzi, że obecna polityka PO jest bardziej skuteczna. Kompletnie tej skuteczności nie widzę.
2. Jak już wspomniałem, politycy PO rozmyślnie, powtarzam: rozmyślnie nie chcieli załatwić sprawy tarczy – warunku prawdziwego sojuszu strategicznego z Ameryką – za prezydentury Busha. W odróżnieniu od Lecha Kaczyńskiego. Każdy, choć odrobinę zorientowany w polityce wewnątrzamerykańskiej, musi uznać to za więcej niż „błąd”. To była de facto rezygnacja z nawiązania tego sojuszu – jak najszybciej, za wszelką cenę, korzystając z wymykającej się szansy.
3. Bez przerwy pisałem, że chodzi o liczną, stałą, ważną dla Amerykanów obecność ich wojsk w Polsce. Jak słusznie pisze Bartosz Węglarczyk, projekt tarczy był projektem amerykańskim. Nie tylko – jak stwierdza autor – Berlusconi, ale także Sarkozy, Niemcy (poprzez ich ówczesnego szefa dyplomacji – Franka-Waltera Steinmeiera) mogli sobie krzyczeć ze zgrozy (i to robili) – projekt zacząłby być wdrażany. Jego przerwanie byłoby dla Obamy politycznie niemożliwe. Dodam coś na marginesie, bo politycy PO (i teraz Węglarczyk) podważają sens budowy tarczy jako takiej. Bo Iran nam nie zagraża. Jest to (dodatkowo, do stałej obecności sił amerykańskich) spojrzenie niezwykle krótkowzroczne. Świat robi się coraz bardziej niebezpieczny i także tego wymiaru zarzuconego projektu bagatelizować się nie powinno.
4. Po nastaniu Obamy nadzwyczaj szybko zgodzono się na pseudozwiązki z Ameryką i pseudosymboliczną ochronę – nieuzbrojone rakiety Patriot itd. Największym sojusznikiem USA w Europie Wschodniej stała się raptem Rumunia. Obama Obamą, ale ogólne nastawienie kierownictwa PO do Ameryki miało tu – upieram się – także znaczenie. Tusk już w inauguracyjnym premierowskim przemówieniu poświęcił stosunkom z USA aż pół zdania. Sikorski przejął gadkę francuską o Polsce – „koniu trojańskim”. Wypowiedzi pełne dystansu, wręcz niechętne wobec USA, były stale na porządku dziennym.
5. Zapewnienia NATO są cenne i ważne, ale przy prezydenturze Obamy uznaję je za wciąż niesatysfakcjonujące. A już w jakieś militarne obietnice Obamy, prezydencie trzęsącym się nad stosunkami z Rosją, po prostu nie wierzę. Jest oczywiste, że powinniśmy sobie życzyć, i to niezmiernie, odejścia Obamy. Wszelako to dość wygodne zrzucać wszystko na niego. Jestem wszakże ciekawy, jakie byłoby zachowanie wodzów PO, gdyby prezydent republikański zaproponował nam coś konkretnego. Czy nie lękaliby się, że to „podrażni Rosję”?
6. Porzucenie czy wręcz zdrada krajów bałtyckich (przy ustalaniu dla nich planów NATO). Węglarczyk pisze, że niektórzy mogą być zachwyceni takim brutalnym stawianiem własnych interesów ponad dotyczącymi najbliższych, naturalnych sojuszników. Małych. To jest nie tylko totalne odejście od postawy PiS. Wizji Lecha Kaczyńskiego. To element polityki PO, abdykacja z polskiej roli na Wschodzie. Warto tu przypomnieć, co mówił i pisał Sikorski (o którym kompletnie nie zmieniam zdania) w 60. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Jest to także ciężki błąd z jeszcze innego powodu, bo z kolei więksi od nas mogą teraz swobodniej mieć w pięcie solidarność z Polską.
7. Teraz wiemy już czarno na białym, że Obama zrezygnował z instalacji w Polsce, ulegając rosyjskiej presji. Węglarczyk jednak chyba żartuje, pisząc, że w zamian otrzymał rosyjskie wsparcie w budowie koalicji antyirańskiej. Guzik otrzymał. Nie ma żadnej koalicji. Iran będzie miał niedługo bombę. Cały „reset” Obamy Rosjanie odbierają jako jego słabość. Będą żądać coraz więcej. Tymczasem trudno uciec od wrażenia, że władze RP sympatyzują właśnie z tym prezydentem, z Demokratami. Jest to kolejny nonsens.
Reasumując, warto raz jeszcze powtórzyć, co pisze nawet publicysta „GW”. „Martwią mnie publiczne wypowiedzi polityków PO kwestionujących potrzebę silnego sojuszu strategicznego z USA”. Do tego trzeba dodać traktowanie od początku polskiej zgody na projekt tarczy za wielką łaskę z naszej strony. Idiotyczne wypowiedzi na temat Iraku, Afganistanu i polskiego wkładu w te batalie. A także fakt, iż tajne/jawne starania o ochronę swoją drogą, ale polski „reset” stosunków z Rosją przybrał rozmiary już karykaturalne, żenujące.
III RP jest teraz w obozie „przyjaciół Moskwy” i będzie coraz bardziej grzęznąć w tej postawie. Wspomniany, dwuznaczny, chłodny (a nawet więcej) stosunek do Ameryki, jedynego wciąż jeszcze liczącego się militarnie mocarstwa zachodniego, dopełnia obrazu.
Jak można w takiej sytuacji twierdzić, że interesy bezpieczeństwa Polski są dziś „w dobrych rękach”, nie pojmuję. Nie pojmuję oczywiście teoretycznie, bo jest raczej oczywiste, że chodzi o wewnątrzkrajowe sympatie polityczne, górujące nad zgoła wszystkim.
Dla dobra Polski należałoby sobie wielce życzyć, by Tusk upadł, tak jak i Obama. Stwierdzam to całkowicie ponadpartyjnie. Tu w grę wchodzi nasza racja stanu, a nie losy takiej czy innej partii.
Całkowicie więc nadal podtrzymuję swoją opinię o niesłychanej szkodliwości Tuska, Komorowskiego itd. I wbrew temu, co zaleca B. Węglarczyk, nie będę na ten temat milczał.
Zdziwiony
Pan Lisicki wysłuchał wystąpienia senatora Johna McCaina nt. wewnętrznego autokratyzmu reżimu rosyjskiego i jego dążeń imperialnych (wobec sąsiadów na zewnątrz) tego, że ignorowanie takiego stanu rzeczy jest i głupie, i niebezpieczne. I – jak pisze – „własnym uszom nie wierzył”. Ja nie wierzę własnym oczom, czytając to, bo McCain od dawna tak mówi. Pan Lisicki jest wszakże analfabetą w sprawach amerykańskich, bo dalej pisze, że McCain jest dziś jednym z najbardziej wpływowych polityków w swojej partii, co jest niezgodne z prawdą. Temu analfabetyzmowi dziwić się trudno, bo „Rzeczpospolita” ma w USA korespondenta przedstawiającego wyłącznie ludzi i punkt widzenia Obamy, a ten podobny jest francuskiemu czy niemieckiemu. Pan Lisicki krytykuje wypowiedzi niemieckie, które głoszą, że musimy dbać, troszczyć się o potęgę Rosji, i pisze, że od takiej postawy woli tę – McCaina. Oświadczenie z lekka spóźnione. Bo na zawsze zapamiętałem nieśmiertelne słowa szefa działu międzynarodowego „Rz”, twierdzącego przed wyborem Obamy, że McCain, i w ogóle Republikanie, reprezentują Zło.
Więcej. McCain majaczący o zagrożeniu rosyjskim jest z pewnością „emocjonalnie zaczadzony”, jak ci Polacy, którzy nagłą miłością do tamtejszego przyjaznego nam reżimu nie zapałali. Zgodnie z retoryką autora p. Lisickiego, Piotra Skwiecińskiego.
Jeszcze więcej. Doprawdy, mało która gazeta zrobiła tak wiele jak organ p. Lisickiego, by zohydzić Polakom Amerykę jako taką, a w szczególności Amerykę realistycznie spoglądającą na nasz region. Publikuje teksty ludzi patologicznie chorych na antyamerykanizm, jak Bilski czy Makowski, roztkliwia się nad R. Kuźniarem (owe teksty mają oczywiście, niejako automatycznie, drugą, wschodnią stronę medalu). Zdziwienie p. Lisickiego jest więc zadziwiające.
W sprawach międzynarodowych wiadomości/informacje „Rzeczpospolitej” są jednostronne. Z Ameryki: od wywiadu z Chomskym, ubóstwiania Obamy przez p. Janke i wypisów p. Przybylskiego, do paszkwili na Stany Zjednoczone p. Skwiecińskiego. Rozpiętość niezbyt wielka. W Berlinie i Paryżu dziennik ma ludzi, którzy uroczyście żegnali „naszych przyjaciół” – Schrödera i Chiraca. A w Brukseli panią, której określenie jako „euroentuzjastki” jest zdecydowanie za słabe.
Maniera „Rz”, aby o kwestiach światopoglądowych, obyczajowych, wszelkich prezentować zdania „obu stron” (aż po poważnie rozważających błędy ważnej postawy Meinhof), to pogłębianie relatywizmu, a nawet nihilizmu medialnego.
W niczym, literalnie w niczym, gazeta nie jest w stanie zająć jednoznacznego stanowiska. To odmiennie niż w szerokim świecie. Aż żal było czytać, jak wił się organ p. Lisickiego, by nie napisać wprost, że „Daily Telegraph” i „Guardian” są wyraziście odmienne. I podzielających światopogląd „Guardiana” raczej w „DT” nie uświadczysz. W dodatku nasz polski światek medialny jest – jak wiadomo – dość szczególny. A w „Rzeczpospolitej” najpierw stwierdzają, że Wołek szkodzi polskiemu dziennikarstwu, a potem spokojnie drukują Wołka (już się nie mogłem doczekać, poza tym żal mi było człowieka, bo nie ma żadnych trybun).
Ale pewien postęp jest. Tak neutralna (rzekomo) w naszej codziennej, prozaicznej polityce, „Rz” stała się w znacznej mierze gazetą partyjną. Grupy pani Kluzik. Że TVN-y, michnikowskie tygodniki itd. są po tej samej stronie? Widocznie polskie media po prostu muszą być maksymalnie jednolite. Takie zrządzenie losu. Fatum po prostu.
Jest wspaniale!
Tych, których jednak razi moje narzekanie czy malkontenctwo, informuję, że dostrzegam i rzeczy dobre, ale nie widzę potrzeby, by o nich pisać. Dostrzegam też działania, zjawiska wspaniałe, cudowne, zachwycające. Ale tymi w wystarczającej mierze zajmą się liczne organy partyjno-rządowe. Autorytety i autorytety (D. Olbrychski: „w tej chwili w bardzo dobrych stosunkach jakby osobistych i Michnik, i ja z generałem Jaruzelskim jesteśmy i bardzo sobie tę znajomość cenimy”). I doceniający „polityczną poprawność” w jej wszystkich wymiarach, a tych jest coraz więcej. PS. Pan Skwieciński przeciwstawia knebel owej PC językowi rewolucji francuskiej! Informuję go, że opiewanie owej rewolucji wchodzi w zakres politycznej poprawności. Nawiązującego w europarlamencie do jej haseł Jerzego Buzka (podobno niedawnego laureata, za konformizm, nagrody anty-Kisiela) spotkały owacje.
Jacek Kwieciński



Komentarze
Pokaż komentarze