Publikacje Gazety Polskiej Publikacje Gazety Polskiej
1116
BLOG

ŚWIAT NIE JEST KLUBEM ALTRUISTÓW

Publikacje Gazety Polskiej Publikacje Gazety Polskiej Polityka Obserwuj notkę 4

Rosja nie mogła przegapić sytuacji, kiedy Europa była zaabsorbowana wewnętrznymi problemami, a Stany Zjednoczone pełne nadziei i oczekiwań na współpracę. Rok 2010 był ważnym okresem odzyskiwania przez nią pozycji mocarstwowej. Rosja z ochotą przystąpiła do rokowań rozbrojeniowych, ponieważ pozwalały na podniesienie jej statusu politycznego. Rokowania na temat traktatu START zostały zatem perfekcyjnie wykorzystane przez Moskwę do zatrzymania rozszerzenia NATO na wschód, do eliminacji projektu tarczy antyrakietowej, do utrwalenia nieokreślonego statusu bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej.

Mijający rok zapisze się w historii wielu krajów, regionów, a w niektórych przypadkach w skali świata, jako okres skumulowanych kataklizmów, trzęsień ziemi (Haiti, Chiny, Iran), powodzi (Europa, Azja Południowa), pożarów (Rosja), aktywności wulkanów (Islandia), wycieków ropy naftowej (Zatoka Meksykańska) czy tajnych informacji na niespotykaną skalę (Wikileaks).

Był to też czas kontynuacji istotnych przeobrażeń geopolitycznych. Z dzisiejszej perspektywy można dostrzec, że zakończenie zimnej wojny na przełomie lat 80. i 90. minionego wieku przyniosło tylko krótkotrwałą iluzję „końca historii” i dywidendy pokojowej. Okres ten okazał się raczej strategiczną pauzą w światowej rywalizacji. Świat został szybko zmuszony do poszukiwania nowych rozwiązań w dziedzinie bezpieczeństwa, które uporządkowałyby chaotyczne i nieskuteczne próby rozstrzygnięcia wielu nowych problemów i konfliktów ery postzimnowojennej. Jak dotąd wydaje się jedynie pewne, że kończy się epoka, w której Stany Zjednoczone były postrzegane jako hegemon światowy. Jednak w zamian trudno spodziewać się szybkiego powstania systemu efektywnego multilateralizmu. Dostrzegamy zaś próby budowania różnych konfiguracji przypominających raczej XIX-wieczny koncert mocarstw, niedemokratyczny układ geopolityczny, zmierzający do podporządkowania państw mniejszych interesom mocarstw. Istotną winę za taki stan rzeczy ponoszą nasi sojusznicy i partnerzy z instytucji europejskich i transatlantyckich.

Wielostronna rywalizacja

W innych częściach świata można dostrzec dynamiczny rozwój kilku państw, które już roszczą sobie pretensje do regionalnej hegemonii, a na niektórych płaszczyznach starają się też rywalizować o wpływy globalne. Takie aspiracje pokazują m.in. państwa nieformalnego bloku BRIC – Brazylia, Rosja, Indie oraz Chiny.

Czeka nas zatem świat wielostronnej rywalizacji, a nie multipolarnej współpracy. Do lamusa zdaje się odchodzić slogan lat 90. o najlepszej od 300 lat koniunkturze geopolitycznej dla Polski. Nie potwierdzają się też optymistyczne założenia, że już samo przystąpienie Polski do struktur atlantyckich i europejskich będzie lekiem na nasze bolączki niedorozwoju. Nie zabezpieczymy swoich interesów, biernie wtapiając się w główny nurt europejski. Silna, podmiotowa pozycja Polski zarówno w Unii, jak i NATO, pozwalająca na współkształtowanie polityki tych instytucji, wymaga właśnie teraz intensywnych zabiegów naszej dyplomacji. Bezpieczeństwo państwa nie jest dane raz na zawsze. To nieustanny proces monitorowania zagrożeń i poszukiwania sposobów zapobiegania im. Ze względu na nasze doświadczenia historyczne, położenie i niepewną przyszłość najbliższego otoczenia Polska nie może sobie pozwolić na swoistą „jazdę na gapę” i marginalizację. Dbałość o bezpieczeństwo to nie fobia, to potrzeba bycia mądrym przed szkodą.

Smoleńska tragedia

Dla Polski był to najtragiczniejszy rok w powojennej historii. Nie ominęły nas kataklizmy, takie jak powodzie i gwałtowne ataki zimy, które wykazały infrastrukturalną słabość państwa, paraliż transportu i niewydolną energetykę. Ale spotkała nas jednak gorsza tragedia. W minionym roku w wyniku katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem doszło do rzeczywistej dekapitacji państwa. Z przyczyn nadal niewyjaśnionych w katastrofie zginął Prezydent RP, całe dowództwo wojskowe, grono czołowych polityków, wysokich urzędników państwowych, działaczy politycznych i społecznych oraz przedstawiciele duchowieństwa. W wyniku ich śmierci doszło do zasadniczych zmian w wewnętrznym układzie politycznym oraz radykalnej reorientacji polskiej polityki zagranicznej. Genezy tej reorientacji należy szukać na początku rządów PO–PSL, jednak dopiero po śmierci Lecha Kaczyńskiego można było przejąć monopolistyczną kontrolę nad państwem oraz dokonać zwrotu w polityce zagranicznej, odejść od podmiotowej dyplomacji na rzecz spolegliwego dopasowania się do głównego, „europejskiego” nurtu.

Pod dyktando teflonowej kanclerz

Dla Europy miał to być rok przełomowy. Cudowną zmianę na lepsze miał zapewnić traktat lizboński, którego zadaniem było nie tylko pogłębienie integracji europejskiej i usprawnienie Unii, ale i przygotowanie jej do podjęcia nowych wyzwań. Nowe prerogatywy instytucji europejskich, Komisji, Parlamentu, a przede wszystkim nowe stanowiska „Prezydenta Unii” oraz „Ministra Spraw Zagranicznych” miały gładko przeprowadzić Unię i jej członków przez wszelkie kryzysy. Tak się nie stało.

 Na nowo powstałe stanowiska powołano mało charyzmatycznych urzędników, co pozwoliło politykom dużych państw europejskich zachować rzeczywistą władzę. Zamiast więc dalszej solidarności, w obliczu kryzysu finansowo-gospodarczego w Grecji, Irlandii, Portugalii i Hiszpanii, przywódcy głównych mocarstw europejskich miotali się od prób renacjonalizacji działań, poszukiwania recept na własną rękę, po próby unifikowania europejskiej polityki fiskalnej. W niektórych państwach europejskich odrodziły się fobie i nacjonalizmy. Belgia stanęła na krawędzi podziału. W innych poszukiwano antidotum na „obcych”, zakazywano islamskiej burki lub deportowano Romów do Europy Południowo-Wschodniej. Wreszcie udało się przekonać największe i najzasobniejsze mocarstwo Europy do stworzenia funduszu ratunkowego dla strefy euro oraz narzucić specjalne regulacje dla państw słabo radzących sobie na polu finansowym. W końcu roku stało się już oczywiste, że Europą rządzi nie tylko Komisja Europejska, Parlament Europejski, Rada Europejska czy nowi urzędnicy wysokiego szczebla, ale przede wszystkim „teflonowa” kanclerz Merkel. Ambiwalentne zapisy w dziedzinie polityki zagranicznej oraz mało charyzmatyczny charakter nowych, wysokich urzędników powodują, że dopiero praktyka najbliższych lat wykaże, jaką rolę odegra Unia w świecie, jak solidarnie ochroni interesy swoich członków i na ile duże państwa pozwolą innym członkom współkształtować politykę tej organizacji międzynarodowej.

Europa zajęta implementacją postanowień traktatu lizbońskiego oraz kryzysem strefy euro nie miała czasu i woli, aby prowadzić aktywną politykę zagraniczną. Europa zatrzymała zatem wszelkie debaty o rozszerzeniu na wschód. Wykazała się niewielką aktywnością na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Biernie przyglądała się rozwojowi sytuacji w Azji. Nie odpowiedziała Obamie na apel o dalsze angażowanie się w Afganistanie, a nawet przeciwstawiała się próbom wzmocnienia gwarancji NATO dla Europy Środkowo-Wschodniej. A wszystko to z powodu chęci porozumienia się z Rosją. Z jednej strony potrzeba wyjścia z sytuacji kryzysowej, z drugiej umiejętne straszenie przez Moskwę islamizmem i rosnącą potęgą Chin przy jednoczesnym kuszeniu lukratywną współpracą gospodarczą w procesie modernizacji Rosji, szczególnie w dziedzinie energetyki, spowodowały, iż rosyjskie propozycje spotykały się z pozytywną reakcją w wielu zachodnich stolicach.

W 2011 r. prezydencja Unii będzie w rękach Węgier, a następnie Polski, dwóch krajów środkowoeuropejskich, postsowieckich. Może to być dla Unii i zachodnich mocarstw poważny test wiarygodności. Czy zwycięży solidarność tej instytucji, czy pragmatyzm i egoizm w dobijaniu transakcji z Rosją kosztem naszego regionu?

Obama pod ciężarem problemów

Ważka zmiana zaszła ostatnio w polityce amerykańskiej. Nowy prezydent odszedł od postrzegania świata w relacjach Wschód–Zachód. Stary paradygmat chciał zastąpić perspektywą Północ–Południe. W tym kontekście nierozwiązane problemy Europy Środkowo-Wschodniej straciły znaczenie dla Amerykanów. Słusznie wytknięte zostało im to jako błąd w postrzeganiu naszego regionu w liście polityków środkowoeuropejskich do administracji amerykańskiej.

Dla prezydenta USA nie był to udany rok. Rosły wydatki rządowe, a gospodarka trwała w stagnacji. Ze względu na brak widocznych sukcesów rosła opozycja wewnętrzna. Nie tylko Republikanie podnieśli głowy i odrobili znacznie straty w Kongresie, powstała także groźna koalicja przeciwko podatkom i reformom zdrowotnym niezrzeszonych dotychczas wyborców – w postaci Tea Party. Pojawiły się resentymenty antyislamskie (przeciw budowie meczetu w strefie zero, palenie Koranu) i antyemigracyjne (Arizona). W otoczeniu USA zaistniały niekorzystne zjawiska: katastrofalne trzęsienie ziemi na Haiti i potężna katastrofa ekologiczna w Zatoce Meksykańskiej, ujemnie wpływająca na osłabioną już gospodarkę. Nie „wspomagali” też Obamy dyktatorzy na Kubie i w Wenezueli. Wreszcie, sąsiedni Meksyk został ogarnięty wojną karteli narkotykowych.

Obama nadal prowadził dwie wojny: w Afganistanie i Iraku, bez widocznych sukcesów. Choć sytuacja w Iraku wydaje się stabilizować, to w Afganistanie wręcz przeciwnie – pogarsza się. Wielu sojuszników zapowiada rychłe opuszczenie pola walki. Co gorsza, front walki z terroryzmem rozszerza się na sąsiedni Pakistan i bardziej odległy Jemen i Somalię.

Pod koniec roku reputacja USA została zmiażdżona przez bezprecedensowe przecieki dokumentów dyplomatycznych. Szczególnie w krajach mniej przyjaznych i mniej demokratycznych polityka amerykańska poważnie straci na wiarygodności.

Priorytetem Obamy był nadal reset relacji z Rosją, nowe otwarcie na problematykę rozbrojeniową, zawarcie i ratyfikacja traktatu START (ograniczającego strategiczną broń nuklearną) oraz marzenia o całkowitym pozbyciu się broni atomowej w przyszłości. W tym kontekście postrzegać należy wysiłki na rzecz zniechęcenia Iranu do rozwoju broni nuklearnej i rakietowej. Niestety, ten kierunek polityczny nie przyniósł żadnych efektów. Rosja nie pomogła Amerykanom w powstrzymywaniu ambicji Teheranu. Iran nie zatrzymał swoich programów zbrojeniowych mimo nałożenia na niego dodatkowych sankcji. Koszty tego eksperymentu płaciła Europa Środkowa, Bliski Wschód oraz Azja.

Bliski Wschód był relatywnie spokojny. Ale dominowało poczucie rozczarowania. Obamie nie udało się doprowadzić do bezpośrednich rozmów izraelsko-palestyńskich. Ponadto Izrael skonfliktował się z Turcją, kiedy turecki statek zamierzał przerwać blokadę Gazy. Na cały Bliski Wschód kładł się cień irańskiej polityki nuklearnej, wobec której USA były bezsilne.

Amerykanie przyjęli też wyczekującą postawę w Azji. Nadal popierali swoich sojuszników – Japonię i Koreę Płd. Poczynili gesty wobec Indii i Indonezji. Jednak byli raczej bezradni wobec rosnącej potęgi gospodarczej Chin. Wydaje się, że w takiej sytuacji Pekin przetestował też amerykańską determinację do odgrywania roli w Azji, spuszczając ze smyczy północnokoreański reżim, który pod koniec roku dopuścił się kroków agresywnych wobec Korei Płd. Czy zatem Stany Zjednoczone są gotowe do rozgrywki o istotną rolę w Azji?

Rodzą się następne ważne pytania. Czy z jednej strony bagatelizowanie Rosji było zasadne? A z drugiej strony, czy wiara w rosyjską chęć pomocy nie była zbyt naiwna? Dylematy amerykańskiego resetu z Rosją wyszły na jaw w trakcie debaty nad ratyfikacją traktatu START. Przeciwnicy porozumienia podkreślali, że traktat może doprowadzić do osłabienia amerykańskiej siły odstraszania nuklearnego. Inni zastanawiali się, czy rozpoczęcie rokowań rozbrojeniowych nie jest polityczną nobilitacją dla Rosji, windującą Moskwę do poziomu ZSRS z okresu zimnej wojny.

Wiele z tych dylematów Obama będzie musiał rozstrzygnąć w 2011 r. Będzie to trzeci rok prezydentury – kluczowy przed kampanią prezydencką. Jeśli Obama naprawdę myśli o reelekcji, powinien podjąć wiele poważnych inicjatyw. Można się spodziewać, że będzie się starał osiągnąć przełom w Afganistanie. Jednak nie należy oczekiwać, że znajdzie czas na problemy naszego regionu.

Rok rosyjskich sukcesów

Tak jak przyroda nie znosi próżni, tak i w polityce międzynarodowej niska aktywność jednych mocarstw jest wykorzystywana przez zwiększenie aktywności innych. Zatem Rosja nie mogła przegapić sytuacji, kiedy Europa była zaabsorbowana wewnętrznymi problemami, a Stany Zjednoczone pełne nadziei i oczekiwań na współpracę. Rok 2010 był ważnym okresem odzyskiwania przez nią pozycji mocarstwowej. Rosja z ochotą przystąpiła do rokowań rozbrojeniowych, ponieważ pozwalały na podniesienie jej statusu politycznego. Rokowania na temat traktatu START zostały zatem perfekcyjnie wykorzystane przez Moskwę do zatrzymania rozszerzenia NATO na wschód, do eliminacji projektu tarczy antyrakietowej, do utrwalenia nieokreślonego statusu bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej.

Rosja nie mogła przegapić zawahania się mocarstw zachodnich i na obszarze postsowieckim zdołała w mijającym roku odzyskać wpływy w ważnych państwach. Był to swoisty proces zbierania „ziem ruskich lub sowieckich”. Po myśli Moskwy przeszły zmiany na Ukrainie, w Kirgistanie, Mołdawii i Białorusi. Szczególnie doniosłym sukcesem było porozumienie z Ukrainą o przedłużeniu stacjonowania floty czarnomorskiej na Krymie w zamian za dostawy gazu na preferencyjnych warunkach.

Wielkim osiągnięciem Moskwy było przekonanie wielu państw zachodnich, że Rosja (taka jaka jest – niedemokratyczna, nieprzestrzegająca praw człowieka, gdzie biznesem kieruje polityka) jest niezbędnym elementem stabilnej architektury bezpieczeństwa międzynarodowego. Państwa Europy Zachodniej nie wahały się zatem podjąć współpracy wojskowej z takim reżimem. Francja zobowiązała się eksportować desantowe okręty, a Niemcy podjęły współdziałania przy produkcji czołgu nowej generacji. Większość Europy współpracuje z Rosją w dziedzinie energetycznej. Coraz bardziej staje się realne marzenie Moskwy, aby decyzje na obszarze transatlantyckim zapadały w trójkącie Rosja–Unia–USA.

Największym zwycięstwem Moskwy była w tym kontekście finlandyzacja Europy Środkowo-Wschodniej. Mimo naszego wejścia do NATO i Unii Europejskiej nie udało się nam zdobyć statusu bezpieczeństwa podobnego do tego, którym dysponują starzy członkowie tych instytucji. NATO-wski szczyt w Lizbonie zakończył się jedynie ambiwalentnym potwierdzeniem naszych gwarancji. Nowa Koncepcja Strategiczna NATO została niezwykle ciepło przyjęta właśnie w Moskwie. Oznacza to, że eufemistyczny język dokumentu nie brzmi jednoznacznie i stwarza pole do różnych interpretacji. A to oznacza, że prawdziwa batalia o korektę postępowania NATO wobec naszego statusu bezpieczeństwa jeszcze jest przed nami, kiedy zacznie się tworzenie wszelkich dokumentów wykonawczych, konkretnych planów obronnych dla nowych członków i planów rozwoju infrastruktury obronnej.

Marginalizacja Polski

Ilustracją tego stanu był sposób wyboru „Prezydenta” i „Ministra Spraw Zagranicznych” Unii Europejskiej. Wybór ten został dokonany przez państwa zachodnie, zanim polska delegacja dotarła do Brukseli.

W 2010 r. zawaliły się dwa flagowe projekty polskiej dyplomacji: Afganistan i Partnerstwo Wschodnie. Przesadnie ambitne zaangażowanie w Afganistanie zostało zakwestionowane w prezydenckiej kampanii wyborczej przez przedstawiciela obozu rządzącego. Mimo znacznego udziału w operacji Polska nie zdołała wykorzystać tego instrumentu do wzmocnienia swojej pozycji w sojuszu. Na koniec roku pokazały się w amerykańskiej prasie opinie, że nasza prowincja nie była właściwie zabezpieczona przez polski kontyngent. Program Partnerstwa Wschodniego został już zmarginalizowany, zanim na dobre wystartował. W Unii nie włączono do głównych działań służby zewnętrznej C. Ashton, lecz znalazł się on w odrębnym portfolio. Mimo rozpaczliwych wizyt Sikorskiego, czy to u ministra niemieckiego, czy szwedzkiego, region nie wykazał należytego zainteresowania programem niedającym perspektyw członkostwa w Unii. Gwoździem do trumny stały się ostatnie wydarzenia na Białorusi. Brutalna rozprawa z opozycją była policzkiem dla ugodowej dyplomacji Sikorskiego. Natomiast brak unijnej reakcji – dowodem braku naszej siły na kształtowanie unijnej polityki wschodniej.

Nie powiodły się też polskie wysiłki na rzecz pragmatycznego ułożenia relacji z Moskwą. Kolejne spotkania Sikorski–Ławrow i wreszcie „przełomowa” wizyta prezydenta Miedwiediewa pokazały, że odstąpienie przez Polskę od aktywnej (jagiellońskiej) polityki na wschodzie nie przynosi korzyści. Otrzymaliśmy memoranda i listy intencyjne co do chęci dalszej współpracy i żadnego twardego zobowiązania ani w sprawach gospodarczych, ani w rozwiązywaniu spraw historycznych. Po ośmiu miesiącach „empatycznego” podejścia do naszej tragedii narodowej rosyjski projekt raportu ze śledztwa musiał być odrzucony przez Polskę.

Obrazu marginalizacji naszego kraju dopełnia groteskowa wizyta prezydenta Komorowskiego w USA. Zamiast poważnego dialogu z najważniejszym sojusznikiem strona polska została wykorzystana do wewnętrznej rozgrywki Obamy z Republikanami. Otrzymaliśmy mgławicowe zapewnienie, iż za dwa lata będą nas odwiedzać amerykańskie samoloty w celach ćwiczebnych, jeśli oczywiście Obama wygra kolejne wybory prezydenckie.

Czy naprawdę nikt i nic na nas nie czyha?

Czy Polska jest tak bezpieczna, że jak za czasów saskich nie potrzebujemy się martwić o sytuację międzynarodową? Prezydent Bronisław Komorowski przedstawił w orędziu inauguracyjnym niezwykle optymistycznie międzynarodowe otoczenie Polski. Obóz rządowy przechwala się pozycją Polski. Powołując się najczęściej na opinie mediów międzynarodowych, utrzymuje, że Polska jest dobrze postrzegana w świecie. Jako przykłady przytacza się wyjazdy naszych polityków i wizyty innych w naszym kraju. Niestety to niebezpieczna iluzja. Większość tych międzynarodowych spotkań ma charakter czysto wizerunkowy. Wiele jest podporządkowanych jedynie wewnątrzkrajowemu programowi utrzymania korzystnego wizerunku partii rządzącej dla wygrania kolejnych wyborów. Świat wokół nas nie jest klubem altruistów. Dyplomacja nie może być zatem zakładnikiem wyborczej propagandy. Musi realizować interesy państwa na arenie międzynarodowej. Musimy wrócić do polityki! Szczególnie aktywnej polityki na wschodzie.

Przed Polską ważny sprawdzian międzynarodowy. W drugiej połowie 2011 r. będziemy kierować Unią Europejską. Powinien to być czas na przedstawienie naszym partnerom poważnych problemów naszego regionu, zarówno gospodarczych (energetycznych i infrastrukturalnych), jak i tych z zakresu bezpieczeństwa wojskowego. Niepowodzenia dyplomatyczne mijającego roku dowodzą, że nie można prowadzić skutecznej polityki zagranicznej jedynie dla celów partyjnych, dla wewnętrznego wizerunku, bez stworzenia politycznego konsensu w kraju. Polska prezydencja w Unii musi być wykorzystana do realizacji żywotnych interesów państwa.Nie może być zaś instrumentem politycznej gry przedwyborczej.

Witold Waszczykowski

JESTEŚMY LUDŹMI IV RP Budowniczowie III RP HOŁD RUSKI 9 maja 1794 powieszeni zostali publicznie w Warszawie przywódcy Targowicy skazani na karę śmierci przez sąd kryminalny: biskup inflancki Józef Kossakowski, hetman wielki koronny Piotr Ożarowski, marszałek Rady Nieustającej Józef Ankwicz, hetman polny litewski Józef Zabiełło. Z cyklu: Autorytety moralne. В победе бессмертных идей коммунизма Мы видим грядущее нашей страны. Z cyklu: Cyngle.Сквозь грозы сияло нам солнце свободы, И Ленин великий нам путь озарил Wkrótce kolejni. Mamy duży zapas.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka