Środa 5 stycznia była wielkim, historycznym dniem w polityce amerykańskiej. John Boehner (ze stanu Ohio), lider republikańskich kongresmanów, przejął od Nancy Pelosi drewniany młotek (gavel) symbolizujący władzę spikera Izby. Do tej uroczyście celebrowanej ceremonii, nie zdarzającej się często, Amerykanie przywiązują tradycyjnie wielkie znaczenie. Większe niż do zaprzysiężenia nowych członków Izby, teraz w większości republikańskiej.
Boehner stał się tym samym osobą nr 3 w państwie, a trzeba pamiętać, że to Kongres „trzyma rękę” na finansach państwa. Obamie nie przyjdzie tak łatwo forsowanie różnych gigantycznych wydatków, w tym przeznaczonych na cele niesłychanie szkodliwe dla Ameryki. Tzw. reformę zdrowia i różne daniny wymagane od społeczeństwa, a związane z tzw. globalnym ociepleniem. Może próbować forsować to ostatnie poza Kongresem, w formie dekretów poprzez osławioną EPA (Environmental Protection Agency), ale Republikanie zrobią wszystko, by osłabić rolę EPA i innych agencji „regulujących” życie obywateli. A fundusze przeznaczone na etapy wdrażania „reformy zdrowia” muszą być uwzględnione w budżecie, toteż mogą zostać zakwestionowane przez odpowiednie komisje kongresowe (a także na szczeblu stanów). Nie jest więc tak, że dysponując wciąż większością w Senacie oraz wetem, prezydent może czuć się pewny bezproblemowej realizacji swoich projektów.
5 stycznia zaczęła się w Ameryce zupełnie nowa gra i Obama wydaje się zaczynać to rozumieć. A w Polsce wydarzeniu, przynajmniej potencjalnie dla Ameryki przełomowemu, specjalnej uwagi nie poświęcono. Za to mamy wiele o różnych bzdetach, stażu senator Mikulski (lewicowa demokratka), wypadkach losowych lub rewelacyjnej wieści, iż „istnieje możliwość przybycia Obamy do Polski”. Cóż, korespondenci polscy w USA sprawiają wrażenie, jakby byli członkami Partii Demokratycznej. Piszą więc tak, jakby wybory się nie odbyły. A Obama, wciąż nieprzyblakła gwiazda, nie otrzymał od większości społeczeństwa żółtej kartki.
Przekazując symbol władzy nad Kongresem, ultralewicowa Nancy Pelosi, dotychczas wszechwładna, bardziej – jak mówią – dyktująca politykę Demokratów niż prezydent, zachowała się w sposób typowy dla swojej formacji. Zanim to zrobiła, wygłosiła najdłuższą w dziejach USA przy podobnej okazji mowę samopochwalną. Po niej, też bezprecedensowo, najbardziej lewicowi (progresistowscy) Demokraci wyszli z sali.
Obama nawet gdyby chciał być we wszystkim pragmatykiem, będzie miał kłopoty z własną partią.
Na razie zapowiada się wielka batalia o budżet, którego dotychczas nie ma. Zadłużenie federalne sięga 95 proc. GDP i stale rośnie. Do marca trzeba też, kolejny raz, podnieść limit deficytu federalnego. Trzeba to zrobić, bo inaczej państwo przestanie funkcjonować. Ale Republikanie mogą w zamian zażądać rozmaitych oszczędności i cięć. Ukrócenie finansowych szaleństw Obamy jest wszak dla nich priorytetem.
Tymczasem różne makroekonomiczne dane nt. gospodarki USA prezentują się nieźle. Dzień po tym, gdy to piszę, ogłoszą zapewne spadek bezrobocia (częściowo ze względu na grudniowe, chwilowe, niepełne zatrudnienie). Republikanie mogą argumentować, że rynek pracy odżył z powodu ich zwycięstwa, przedłużenia podatkowych ulg biznesowych Busha (krążą nawet wieści, że najważniejsza z nich, wciąż najwyższa w świecie, może być jeszcze obniżona), ale Obama odtrąbi swój wielki triumf.
Przewidywałem, że na krótką metę tak się stanie. Nie zmieni to jednak bardziej długotrwałych skutków dotychczasowej polityki gospodarczej, nie zmniejszy ciężarów składanych na barki następnych pokoleń.
Boehner zapowiedział kompletną zmianę pracy Kongresu. Obrady komisji, w tym tej ustalającej porządek obrad, mają być jawne, widoczne dla obywateli. Debaty, w tym głosów opozycji, nie będzie się blokować. Ustawy nie mają mieć po kilka tysięcy stron i wszyscy, łącznie ze zwykłymi Amerykanami, możliwość zapoznania się z nimi. Żadnych nocnych głosowań na chybcika. Wszystkie ustawy mają mieć konstytucyjne umocowanie. Natomiast przekraczające pewien limit finansowy będą w określonym terminie sprawdzane co do stopnia swojej skuteczności.
Utworzono też podkomisję do kontroli (oversight) poczynań rządu. Jej przewodniczący, kongresman Issa, nazwał administrację Obamy jedną z najbardziej skorumpowanych w ostatnich dziejach USA. Sam Kongres rozpocznie szukanie oszczędności od zmniejszenia własnego budżetu.
Boehner stwierdził: będziemy słuchać opinii obywateli, wyrażających ich pragnienia, bo jesteśmy sługami społeczeństwa, a nie jego zarządcami. Nie będzie to jednak łatwe, ale od tego, na ile Republikanie spełnią obietnice i na ile potrafią być skuteczni, zależy przyszłość Ameryki.
Nie będzie to łatwe, bo bez cięć w systemach socjalnych, a tego wszyscy politycy boją się zawsze śmiertelnie, USA nie wyjdą na finansową, rozwojową, stałą, przyszłościową prostą. Ponadpartyjna komisja ds. deficytu ma niedługo przedstawić swój raport, ale np. Nancy Pelosi zapowiedziała, że wiele oszczędności jest „nie do przyjęcia”.
Niektórzy komentatorzy krytykują, że zbyt małą uwagę przywiązuje się do spraw międzynarodowych (poza terroryzmem i Afganistanem). A tu H. Clinton ściska dłoń Cháveza. Ale to „działka” Senatu. John Bolton niemalże otwarcie zapowiedział, że będzie ubiegał się o nominację prezydencką.
A w kręgach republikańskich już mówi się o prawyborach senackich 2012 r., które powinny wyeliminować tych senatorów GOP (w tym „weteranów”), którzy tak zawiedli w grudniu.
Obama, pewno za radą swoich speców od PR, którzy wskazali, że wielu Amerykanów wciąż nie wie, kim jest, rozpoczął wielką akcję afiszowania się religijnością, przywiązaniem do chrześcijaństwa. Czyni to wręcz nachalnie, w stopniu nieporównywalnie większym niż Bush.
Zaczął też publicznie niezwykle doceniać wagę patriotyzmu. Mówić o wyjątkowości Ameryki, którą uprzednio całkowicie negował. Przypomina to nieco woltę Tuska w sprawie smoleńskiej.
I choć dotychczas już często podkreślał znaczenie i siłę przekonań R. Reagana, na zimowe wakacje zabrał sobie do lektury biografię Reagana (co prawda bardzo standardową). Chce, nieco przypóźno, nauczyć się, co oznacza być prawdziwym liderem.
Notabene, bez mała wszyscy czołowi Republikanie stale powołują się i przywołują w różnych kontekstach postać Reagana, co najlepiej ukazuje jego znaczenie, rangę i skalę dokonań. W tym roku przypada setna rocznica urodzin najwybitniejszego prezydenta.
Mimo atutów, jakie daje stanowisko prezydenta czy też możliwości, przynajmniej pozornej, poprawy wskaźników gospodarczych, na dziś Obama ma się czego obawiać. Na pytanie „komu ufasz”, odpowiedzi były następujące: kongresowym Republikanom – 40 proc., Obamie – 35 proc., kongresowym Demokratom – 15 proc. Po raz pierwszy Republikanie wyprzedzili Obamę. A ankietę przeprowadziła coraz bardziej lewicowa, coraz mniej obiektywna CNN (także Larry King w ostatnich dniach istnienia swojej audycji demonstrował jeszcze bardziej niż dotychczas prodemokratyczną stronniczość).
Najważniejsze wszakże, że Amerykanie stracili swój przysłowiowy optymizm. Ich przytłaczająca większość bodaj po raz pierwszy w dziejach uważa, że ich dzieciom będzie gorzej, niż było im samym.
Amerykanie wyraźnie potrzebują przywódcy, któremu będą ufać, który potrafi odrodzić, ożywić Amerykę, przywrócić jej wiarę w siebie. A nie lewicowego „wizjonera”.
Już ponad 240 firm (oświadczyły, że je na to nie stać) zostało zwolnionych z przepisów „reformy zdrowotnej”. Inne rezygnują z ubezpieczeń, mimo że wielce zadowalały beneficjentów. Lekarze mówią, iż będą przyjmować mniej pacjentów, 40 proc. z nich zapowiada rezygnację z zawodu.
Są tacy, którzy dwa razy przeczytawszy parę tysięcy stron ustawy nadal jej nie rozumieją. Zawodzi ona na całej linii. Przewrócenie całego dotychczasowego systemu może nawet spowodować, iż mniej (a nie więcej) niż dotąd Amerykanów będzie ubezpieczonych.
A Obama przeniósł, o czym już wspominałem, opłacanie lekarzy za sugerowanie (ze względów ekonomicznych) ludziom w podeszłym wieku możliwości „godnego” skończenia życia, do systemu Medicare. Notabene, już ponad 40 proc. Amerykanów korzysta z państwowych zasiłków i zapomóg rozmaitego rodzaju. To też smutny rekord.
Obamie zarzucono, że zmieniając personel Białego Domu, zatrudnia ludzi: a) związanych z nim od lat chicagowskich, b) głównie byłych bankowych bossów (w jego otoczeniu roi się też od lobbystów). Pewno dlatego nowym szefem sztabu – poprzedni ma się już zająć kampanią Obamy 2012 – mianował R. Daleya, nie tylko wręcz symbol chicagowskiej korupcji, ale także człowieka, który zarobił miliony w bankowości. Która partia jest powiązana z Wall St.? Odchodzi też rzecznik prasowy Białego Domu.
Obamie na plus zalicza się to, że nagle stał się zwolennikiem wolnego handlu – finalizując wreszcie dawno uzgodniony przez Busha i sabotowany przez Demokratów układ o wolnym handlu z Koreą Płd.
Republikanie zgłaszają chęć współpracy w sprawie zapowiadanej przez Obamę reformy edukacji, ale w jej skuteczność trudno uwierzyć – Związek Nauczycieli to potęga, ogromnie lewicowa i demokratyczna potęga.
A w wykonaniu ważnych projektów, dotyczących budowy infrastruktury, preferowane są firmy uzwiązkowione – choćby pracowały wolniej i żądały znacznie większych sum za wykonaną pracę niż inne. Obama dalej dąży do pełnego, przymusowego uzwiązkowienia USA, czyli współwładzy bossów związkowych, w stylu nieco przypominającym przedthatcherowską W. Brytanię, co ogromnie przyczyniło się wtedy do niemalże ruiny tego kraju.
Nowe rozdanie polityczne w Ameryce miało na razie początek tylko symboliczny. To są więc uwagi wstępne, a dlatego dość obszerne, bo nie pisałem bardziej treściwie o sytuacji w USA od dość dawna.
Można tu dodać, że utworzono właśnie ruch pn. „No Labels” („Bez etykietek”) składający się z „centrystów” (przegrani Republikanie, jak osławiony Crist z Florydy, Demokraci, jak Joe Lieberman czy wybrany właśnie senatorem na dwa lata przeciwnik agendy Obamy, Joe Manchin z Wirginii Zach. Inicjatywa spotkała się z kpinami ze wszystkich stron. Zwłaszcza że podobno finansujący ją burmistrz N. Jorku M. Bloomberg nadal zarzeka się, że o prezydenturę ubiegać się nie zamierza.
Na koniec chcę krótko wspomnieć o sygnalizowanej już książce „Radical in Chief”. Uważam, że jest tak istotna, iż omówię ją szerzej w kolejnym numerze „Nowego Państwa”. Nie jest to żadne „oczernianie” Obamy, ale naprawdę staranne zbadanie całej jego politycznej drogi. A to wyraźnie wskazuje, że Obama nie jest tym, za kogo przedstawiał się przed wyborami.
Omawiający książkę, wybitny fachowiec, b. socjalista, syn komunistów Ronald Radosh posuwa się tak daleko, iż twierdzi, że gdyby podobna pozycja ukazała się przed listopadem 2008 r., Obama nie zostałby prezydentem. Zwiąek Obamy z organizacjami typu Konfederacja Socjalistycznych Naukowców (SAC) czy Związek Demokratycznych Socjalistów były wieloletnie. Dzięki tym powiązaniom zaczął karierę polityczną w Chicago. Stale obracał się w podobnych kręgach i nic nie wskazuje, by zmienił światopogląd.
Przeciwnie, w kręgach tych otwarcie mówiono o wprowadzeniu socjalizmu metodą ukrytą (stealth), kawałek po kawałku. Wszystko, co robi obecnie, wskazuje, że Obama tę strategię, wbrew woli większości Amerykanów i w sposób dla nich niezauważalny – realizuje.
Ta „radykalna transformacja” to strategia znanego marksisty Michaela Harringtona. Wprowadzanie w życie, tym razem już na szczeblu rządowym, metody Gramschiego.
W ważnym rozdziale książki wykazano, że to ACORN – organizacja Obamy – naciskał, szantażował, groził tym, którzy nie chcieli darowywać domów w praktyce za darmo. Za tą „bańkę mydlaną”, która w końcu pękła, rozpoczynając kryzys, odpowiada więc ACORN, Clinton i tacy politycy, jak Dodd czy Frank, później gromiący Busha. Mało kto jednak o tym wie.
Obawiam się wszakże, że przyszli rywale Obamy „dżentelmeńsko” zignorują rewelacje przedstawione przez autora „najważniejszej książki politycznej ostatnich lat” – Stanleya Kurtza. A powinni zgoła nauczyć się jej na pamięć. Bo tu nie chodzi o żadne „haki”, lecz demaskację i powstrzymanie polityka, który chce na stałe wprowadzić w Ameryce system, ustrój oparty na „walce klasowej”.
Ta próba zniszczenia amerykańskości góruje absolutnie nad wszystkim. Wytłumaczenie wyborcom, jaka jest stawka wyborów 2012 r., też powinno górować, nawet nad ekonomią.
Jacek Kwieciński



Komentarze
Pokaż komentarze (7)