Stany Zjednoczone to piękny kraj przodujący w wielu dziedzinach, takich jak wysokość zadłużenia czy nowatorskie sposoby motywowania ludzi do ubezpieczania się. Ale ich kraj partnerski po drugiej stronie Atlantyku – zdaniem niektórych, satelicki – czyli Zjednoczone Królestwo Tego i Owego też nie pozostaje w tyle. Szef finansów w ichniejszym gabinecie ogłosił ostatnio, że – jak to zwykle bywa z wyciągającym swoje lepkie łapki do wszystkiego rzadem – plan pompowania pieniędzy podatników w sektor bankowy to wielki sukces:
W praktyce polega to na tym, że dzięki kolejnej transzy rządowych gwarancji, Royal Bank of Scotland jest własnością państwa w 82 procentach (poprzednio – coś około 70). Doliczmy jeszcze Lloyds, Northern Rock… Podobnie jak ich amerykańscy kuzyni, brytyjscy politycy z zamiłowaniem kupują firmy przynoszące straty – bo instytucje finansowe tego typu są zbyt duże, by upaść. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie informacja opublikowana dzień później:
Czyli, po chwilowym otrzeźwieniu, w londyńskim City znowu zaczyna się amok a’la “Wall Street” – a człowiek, który zarządza pieniędzmi podatników, lekką reką daje tej zgrai pasożytów w garniturach kolejne miliardy (mimo że, jeśli już koniecznie chcemy coś rozdawać, można by za te same – lub mniejsze – pieniądze ułatwić życie sporej rzeszy ludzi borykających się ze spłatą hipoteki). Taka kombinacja szaleństwa ze sprzeniewierzeniem się misji przypisanej do sprawowanej funkcji przywodzi na myśl pułkownika Kurtza z “Czasu Apokalipsy” – on też oszalał, zdezerterował i zbratał się z ludnością tubylczą. Wprawdzie bankierzy z City noszą garnitury a nie łachmany przeplecione liśćmi bambusa, ale to ma w końcu być analogia a nie raport patologa.
Problem w tym, że na horyzoncie nie widać materiału na odpowiednik kapitana Willarda.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)