Donald Tusk postanowił wykonać kolejny PR-owski gest i nakazał zamknąć stadiony piłkarskie dla publiczności. Wydaje mi się, że gest ten obliczony na stworzenie wrażenia silnego rządu, który nie waha się przeciwstawić bandyterce jest nietrafiony, a może też mieć bardzo poważne konsekwencje. Jest to ukłon w stronę grupy ludzi, uważających Polaków za motłoch, a kibiców za jeden ze skrajnych przejawów tej dziczy. Kibicom zarzuca się rasizm, seksizm, skłonność do przemocy. Kibic jest antybohaterem prasy lewicowo-liberalnej, nowym chuliganem - bikiniarzem, jest po prostu antytezą "człowieka eurosowieckiego".
Kibice jako grupa trzymali się do tej pory z daleka od polityki. Tzn. rzadko występowali jako zorganizowana grupa polityczna, manifestacje w rodzaju sprzeciwu wobec ITI czy Gazety Wyborczej pozostawały w kontekście klubowym lub stadionowym. Zamknięcie stadionów siłą rzeczy wyrzuciło kibiców na ulicę i dało im wspólnego wroga - rząd. Do tej pory przeciw Tuskowi protestowali ludzie niezbyt chętni do bitki. Teraz Tusk sam wyprowadził przeciw sobie na ulicę ludzi, których żywiołem jest tłum, a wśród nich jest spora grupa, dla których siłownia, koksik i mordobicie, to sens życia.
Efekt może być odwrotny od zamierzonego - antyrządowe demonstracje mogą zyskać na akcji i dynamice. Mam więc wrażenie, że punkty zarobione na zamknięciu stadionów u fanów "Gazety wyborczej" i ludzi od zwalczania rasizmu na stadionach nie zrównoważą faktu, że Tusk skierował przeciw sobie dobrze zorganizowaną, aktywną grupę obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)