Urodziła nam się córeczka. Milusia, no skóra zdjęta z taty. Ponieważ poród był o wiele łatwiejszy niż za pierwszym razem, i jako doświadczony rodzic byłem spokojny i wyluzowany, mogłem uważniej niż poprzednio obserwować co się wokół mnie dzieje. Oto moje obserwacje:
1. Oglądam sobie po robocie Eurosport, jak się w pięknym stylu po gębach faceci maltretują. Akurat "naszego" policzyli, ale wstał, chociaż miał na obu oczach takie lima, że ledwie chyba widział i dalej zaczął "tego drugiego" (chyba z Algierii) okładać pięściami aż miło. No i w tym momencie przyszła moja małżonka, brzuszkiem zasłoniła mi telewizor i oświadczyła, że łapią ją skurcze. Ponieważ w ciągu najbliższej godziny nie chciały przejść, nie było rady i pojechaliśmy do szpitala.
2. Na izbie przyjęć przez jakiej 15 minut moja żona i ja wypełnialiśmy papiery. Oboje, przy czym małżonkę cały czas łapały skurcze i nie mogła usiedzieć. Wreszcie wysłano nas na salę porodową. Byliśmy poganiani przez pielęgniarkę słowami "Proszę już iść, bo jeszcze pani tutaj nam urodzi!"
3. Rozpoczął się poród. Ja tu staram się małżonkę podtrzymywać na duchu, trzymać za rękę, przypominać, żeby oddychała (widziałem na amerykańskich filmach, że się tak robi), a tu wchodzi jakiś kolejny babsztyl, siada sobie przy biurku i mówi: "ja tu poproszę tatusia !". Podszedłem do niej na stronę, a ona zaraz mnie pyta: data urodzenia małżonki. Oczywiście podałem datę imienin. Na szczęście moja żona akurat miała przerwę między skurczami, więc mnie poprawiła. Potem pyta mnie o mój numer telefonu. A skąd, cholera, ja mam znać swój numer telefonu, czy ja sam do siebie dzwonię, czy jak? Znów, na szczęście moja żona pamiętała (w międzyczasie lekarz kazał jej przeć). Znowu parę pytań, podpisałem jakieś papierzyska (jeden z nich to było oświadczenie, kogo powiadomić w razie śmierci pacjentki...) i mogłem na nowo wspierać duchowo małżonkę. Zdążyłem zanim urodziła. W zamieszaniu nikt nas nie poprosił o wykupienie dobrowolnej - na zasadzie chińskiego ochotnika - cegiełki na rzecz szpitala, jedyne 100 PLN, z tytułu uczestnictwa ojca w porodzie. Oczywiście konsekwentnie rżnąłem głupa, że nic nie wiem.
4. Moja córka jest w kąciku dla noworodków. Znowu musiałem wypełnić jakieś papiery i podpisać na coś tam zgodę. Pani pediatra spokojnym głosem wytłumaczyła mi, że były zielone wody, że trzeba dać antybiotyk, że dziecko zmęczone i że trzeba szybko dac je na lampy, żeby je podgrzać. Potakuję. Następnie pani pediatra, pani pielęgniarka i chyba jedna z położnych przez 5 minut wypełniały kolejne dokumenty. Dziecko w tym czasie leżało już obok i nikt się nim nie interesował. Widocznie od lamp i antybiotyków pilniejsze jest wypełnienie papierzysk. W tym samym czasie, mojej żonie podają do podpisania jakiś dokument, chociaż dopiero co urodziła, jednocześnie zszywają ją i ręka drży jej jak przy delirium. Ale podpis musi być.
5. Następnego dnia moja żona dostaje wyniki badań. Pielęgniarka martwi się, że kiepskie. Małżonka też się martwi, więc czyta co tam napisane i okazuje się, że to badanie kogoś po cesarce. Tymczasem urodziła naturalnie. Okazało się że to badanie było nie pani Sfirkow, tylko Swirkaf. Po godzinie przychodzi pielęgniarka ze zdjęciami, jakie standardowo robi się przy porodzie i które można kupić za jedyne ok. 50 PLN. Ale zaraz zaraz, na jednym ze zdjęć nasza córka ma siusiaka! Okazało się, że jedno zdjęcie było nasze, ale drugie znów - od państwa Swirkaf. Tyle podpisywania, tyle papierów, a i tak im się pomerdało. I to wszystko w szpitalu, który uchodzi za dobry.
Podsumowując doświadczenia: zbiurokratyzowanie służby zdrowia sięga absudru. To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ja wszystko rozumiem: że przyjechaliśmy w nocy o północy i wszyscy chcieli jak najszybciej odwalić i iść dalej kimać do dyżurki, ale naprawdę można było poczekać z wypełnieniem niektórych papierów na czas po porodzie. Ciekawi mnie, jak doszło do takiego nawarstwienia się formalności, że wypełnianiu papierów nie było końca. Coś mi mówi, że to rezultat upaństwowienia branży, bo podobny proces obserwuję w nauczycielstwie.
Nie sądze, by zapowiadana prywatyzacja służby zdrowia zmieniła cokolwiek. Jedyna rzecz która może zmienić stosunek lekarza do pacjęta, to pieniądz. Potrzebny jest mechanizm rynkowy, żeby można było wybrać szpital i przede wszystkim lekarzy i to jak obchodzą się w pacjentką. Poprzednio trafiliśmy na sensownego lekarza, ale tym razem trafil się jełop. Cóż było robić? Akurat jełop miał dyżur. Myślę więc, że potrzebne jest więcej małych szpitali położniczych o zróżnicowanej ofercie, aby każdy obsłużył klientki tak jak sobie życzą i na ile je stać. Niestety, bez likwidacji przymusowego, odgórnie regulowanego ubezpieczenia zdrowotnego, widzę to w czarnych barwach.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)