Oczywiście, obecny kryzys to pikuś przy tym co się działo po drugiej wojnie, czy po stanie wojennym. Kryzys, mortus i bieda jest wtedy, kiedy naprawdę nie ma co do garnka włożyć. A były takie sytuacje. Moja mama opowiada mi czasem, jak w dzieciństwie mięso widziała raz na tydzień. Do legendy rodzinnej przeszła opowieść, jak to jeszcze przed wojną, brat mojego dziadka jeszcze jako dziecko zobaczył kiełbasę. Oczywiści nikt mu jej nie dał. A był tak głodny, że z tego głodu noga przekręciła mu się w drugą stronę. To była bieda! Mimo wszystko warto sobie przypomnieć, jak radzili nasi ojcowie w trudnych chwilach. Szczególnie ciekawe jak radzili sobie w kryzysach finansowych.
Jeśli jest naprawdę krucho, np. nie ma prądu, powstaje problem przechowywania żywności. W czasie okupacji radzono sobie z tym zakopując żywność w ziemi w jamach wyłożonych lodem i słomą. Ponoć taka "zamrażarka" trzymała długo. Dobry sposób na przechowywanie marchewek i pietruszek, to zakopać je w piasku. Można nawet przechowywać je w wiadrze z piaskiem. Ziemniaki - wiadomo, rosną wszędzie, można na całą zimę nahodować, wykorzystując stosunkowo mały obszar, np. przydomowy ogródek. Metodę tę praktykuje bez żadnego kryzysu mój oszczędny teść;-)
Większość czytelników z pewnością z autopsji zna hiperinflację. Po miesiącu ceny robią się dwukrotnie większe, pensja de facto dwukrotnie mniejsza, zasoby gotówki uciekają. W dość oczywisty sposób poradził sobie z tym mój przyjaciel. Mianowicie kupił trzy maluchy. Pilnował je, patrzył z balkonu, żeby mu nie ukradli, i wyszedł na tym na swoje.
W cięzkich latach 80, problemem był brak paliwa. Dziś odstrasza cena, a wtedy po prostu paliwa nie było, albo było na kartki. Mój inny przyjaciel musiał sobie z tym problemem poradzić, ponieważ w ramach prywatnej inicjatywy założył bodaj pierwszą w województwie pomoc drogową (koniec lat 70 ubiegłego stulecia). Aby chociaż częściowo uniezależnić się od niepewnych, oficjalnych dostaw, sobie wiadomymi kanałami załatwił sobie trzy beczki ropy. Wszystkie je zakopał koło zakładu na czarną godzinę. Jedną rzeczywiście zużył, drugą mu wykopali i ukradli. Trzecia leży w ziemi do tej pory. Trudno powiedzieć co można teraz z nią zrobić (nawet jeśli by ją znalazł), bo przeznaczona było do nieśmiertelnego silnika Warszawy. Obecnie chyba nic już na niej nie pojedzie.
Jak wiadomo, czasy kryzysu, to także czasy niedoboru alkoholu. Trzeba uspakajać skołatane nerwy, oszczędzać zasoby gotówki, trzeba mieć odpowiednie rekwizyty, celem wręczenia łapówki. Wszyscy wiemy o co chodzi - księżycówka. Najpierw robimy zacier np. metodą grunwaldzką (1410), potem destylujemy. Ale trzeba uważać. Moi ojcowie, jeden rodzony, a drugi chrzestny, obaj już świętej pamięci, podczas produkcji "co wydrukowali, to przeczytali" i pospali się jak kocięta. A że postawili na gazie bezpośrednio gąsior fermentacyjny, w końcu pękł i zacier rozlał się po kuchni.
Ponieważ kryzys jeszcze nie doszedł do takiego poziomu, poprzestałem na wyprodukowaniu trzydziestu paru litrów wina. Kryzys mi nie straszny, już na upartego można pić;-)
A czy wy znacie jakieś metody na kryzys?



Komentarze
Pokaż komentarze (12)