Z niedowierzaniem i nadzieją przyjąłem alarmujące głosy posłów PiS, np. Sławomira Kłusowskiego i oświatowych związków zawodowych o projekcie prywatyzacji oświaty. Może nareszcie w polskiej oświacie będzie normalnie? Może wreszcie rynek wymiecie ze szkół wszystkie te stare prukwy, co to uzupełniały wykształcenie do wyższego na dwumiesięcznych "studiach wyższych"? Może wreszcie dobrym nauczycielom właściciel szkoły, któremu zależy na poziomie nauczania, zacznie płacić uczciwe pieniądze za uczciwą pracę? Czyżby jednak trzeba było głosować na PO? Nic z tego niestety.
Tak samo, jak projekt prywatyzacji służby zdrowia jest tylko połowiczny: umożliwia zbycie przez samorząd szpitala, ale nie narusza w żaden sposób zasady funkcjonowania system finansowania, tak samo jest z "prywatyzacją oświaty". Samorząd będzie mógł pozbyć się szkoły, nie likwidując jej. Do tej pory, aby przekazać szkołę pod zarząd stowarzyszeniu rodziców, szkoła musiała być formalnie zlikwidowana. Czyli jakby jeden absurd mniej. Ale posłowie PiS straszą nas dalej, że w wyniku zmian "dyrektorem szkoły może zostać osoba bez wykształcenia pedagogicznego". A po co dyrektorowi wykształcenie pedagogiczne? Czy menedżer drużyny piłkarskiej musi sam być piłkarzem? Czy dyrektor zakładu produkcyjnego powinien parę lat przepracować "przy maszynie", aby nauczyć się tam biznesu? Zarządzanie szkołą, to problem menedżerski, a nie pedagogiczny. Dyrektor szkoły ma najczęściej minimalny kontakt z uczniami, od tego ma zastępców. Poseł PiS straszy dalej: "biznesmen zgłasza się do samorządu po szkołę, przejmuje ją, a rodzice po wakacjach dowiadują się, że placówka jest w obcych rękach". Potworność. Do tej pory jak wiadomo, rodzice mogli w szkole wszystko, należała do nich. Jakby nie istniało kuratorium, ministerstwo, samorząd lokalny, które to instytucje rządzą szkołami bynajmniej nie oglądając się na wolę rodziców. No chyba, że rodzic jest burmistrzem, albo przynajmniej bogatym człowiekiem, który wpłaca niemałe pieniądze na kampanię wyborczą.
Związki zawodowe wytaczają również ciężkie działa twierdząc, że "zapisy ustawy i bez pobierania czesnego otwierają drogę do zarabiania na publicznych szkołach, a w perspektywie kilku lat prowadzą do prywatyzacji. Każda przejęta szkoła dostanie bowiem od samorządu dotację na ucznia równą rządowej subwencji. W 2009 r. ma ona wynosić ponad 4 tys. zł rocznie". Zarabianie na oświacie jest w pojęciu działaczy nauczycielskich związków niemoralne, albowiem wypracowana przez nauczycieli "wartość dodana" powinna w całości trafić do nich, a nie do jakiegoś tam inwestora: "Zarobić można kosztem nauczycieli. W tych szkołach nie będzie obowiązywała Karta nauczyciela". Acha, tu was boli, Karta Nauczyciela, fundament szkolnego socjalizmu, niezawodny dupochron dla nieudaczników czekających emerytury na posadce. Stefan Kubowicz, przewodniczący oświatowej „Solidarności” kontynuuje wątek zarabiania w stylu kabaretowym: "Ten, kto przejmie szkołę, dostanie ją z całym jej majątkiem. Na gruntach szkolnych może prowadzić stadninę, udając, że to dla dobra dzieci". Pewnie jeszcze zapędzi dzieci do roboty w stajni. Albo nauczycieli. Więcej w Rzepie.
Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, pora wracać do rzeczywistości, a rzeczywistość to nieustannie spadający poziom nauczania w publicznych szkołach. Co z tym zrobić? Czy szkoły prywatne są rozwiązaniem problemu? Czy należy posłać tam dziecko, rezygnując z publicznej edukacji i zaciskając pasa aby uzbierać na czesne?
Szkoła prywatna to instytucja usługowa, dostarcza takiej usługi, jakiej oczekuje klient. W związku z tym znane mi są przypadki szkół, które są przechowalniami dla głąbów, ale są też szkoły prywatne trzymający poziom wyższy niż szkoły publiczne. Taką szkołą jest prowadzona przez zakonnice szkoła w Szymanowie (pisze to na podstawie rozmów z absolwentką). Z kolei słyszałem złe opinie o szkole męskiej w Niepokalanowie. Z innej beczki - ostatnio rozmawiałem z uczennicą szkoły społecznej (wielokulturowej) im. Jacka Kuronia. Tak, Jacek Kuroń, lewicowy święty jest patronem szkoły płatnej. Żeby było śmieszniej, szkoła ta mieści się w dawnej mykwie na Pradze (poważnie, nie wymyśliłem tego sobie). Żeby zamknąć temat lewicy i płatnych szkół, ponoć w Szymanowie uczyły się niegdyś głównie córki zamożnych, partyjnych bossów. Nie wiem czy to prawda, ale brzmi mi to wiarygodnie. Lewicowcy publiczną i mieszaną płciowo edukację przeznaczają głównie dla plebsu, natomiast o edukację i dobre prowadzenie swoich dzieci zwykli dbać. Zjawisko to znane jest z innych socjalistycznych krajów.
Wracając do liceum Jacka Kuronia, to na podstawie rozmowy z uczennicą tej szkoły muszę określić poziom jako wysoki, a styl nauki zbliżony do szkoły wyższej. Ze szkoły tej można wylecieć za brak postępów w nauce, a poprawki zdaje się z przedmiotów tak mało znaczących w publicznej edukacji, jak łacina.
Wniosek z tego: prywatna edukacja nie oznacza niskiego poziomu. Wręcz przeciwnie, oznacza to istnienie szkół o poziomie wyższym niż przeciętny, programie dostosowanym do uczniów, z którymi można coś osiągnąć. Prywatna edukacja mogła by się rozwinąć, gdyby PO spełniła swój postulat z kampanii wyborczej i wprowadziła bon edukacyjny. W ten sposób wreszcie szkoły publiczne i prywatne mogły by konkurować na równych warunkach. Niestety, nie ma żadnych przesłanek za tym, że PO naprawdę myśli o zmianach w oświacie. Oznacza to, że mimo zachęt ze strony PiS, na PO nie zagłosuję.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)