Grim Sfirkow Grim Sfirkow
243
BLOG

Rasizm i syndrom Tischnera

Grim Sfirkow Grim Sfirkow Polityka Obserwuj notkę 44

Ksiądz profesor zasłynął kiedyś stwierdzeniem, podchwyconym szczególnie przez środowiska, które proboszcza ostatnio widziały przy swojej pierwszej komunii, że nie zna nikogo, kto by został ateistą po lekturze Marksa, natomiast zna takich, co stracili wiarę po rozmowie ze swoim proboszczem. To stwierdzenie rozciąga się na wiele dziedzin życia. Jeśli o mnie chodzi, to jedną z nich jest rasizm.

Nie znam żadnego rasisty, który by został rasistą po lekturze "Mein kampf", albo innego dzieła teoretyków rasizmu, eugeniki i pokrewnych nauk. Znam natomiast rasistę, który został rasistą po okresie intensywnych kontaktów z przedstawicielami rasy czarnej. Jest to autentyczny rasista, a nie jak poseł Górski, domniemany. Żeby było śmieszniej, to ma przekonania polityczne umiarkowanie lewicowe (na pewno nie głosował na PiS).

Mój kolega studiował w Łodzi i został tam zakwaterowany w akademiku. Akademik ten miał potoczną nazwę "Zoo" wśród braci studenckiej, nie wiem czemu. W akademiku tym, w jednym "podkorytarzu", w pokoju obok, miał za sąsiadów studentów z Afryki (z jakiego kraju nie pamiętam, a nie chcę nikogo bez potrzeby urazić). To co mój kolega z nimi przeżył przebija daleko wszelkie rasistowskie stereotypy.

Koledzy studenci - Afrykańczycy nauką zajmowali się marginalnie. Ich głównym zajęciem było imprezowanie i to baardzo huczne. Alkohol, narkotyki, panienki... Wg. relacji mojego kolegi kiedyś urządzili sobie w akademiku basen. Tzn. odkręcili w łazience wszystkie kurki i zatkali odpływy. Woda wylewała się na korytarz i spływała ze schodów. Taaaka impreza, co?

Kolesie szybko dorobili się dzieci i nie wahali się ich zostawiać zamkniętych w pokoju wychodząc na miasto i nie wracając bardzo długo. O ich higienie i sposobie odżywiania mój kolega powiedział, że budził jego obrzydzenie (co jest kategorią względną). To co ich zajmowało poza imprezami, to był handel narkotykami. Raz nawet do akademika, do ich pokoju zawitał UOP. "Urząd Ochrony Państwa, otwierać!" usłyszał mój kolega nad ranem. Ponieważ dzielił ze studentami - Afrykanami korytarzyk i drzwi, wypadło mu iść otworzyć, bo oni się nie kwapili. Stali nad ubikacją i spuszczali towar do kanalizacji. Ponieważ życie było mu miłe, poczekał z otwarciem aż wszystko spuszczą. UOP chyba wtedy niczego nie znalazł.

Ale i tak "przyszła kryska na Mastyska", przynajmniej jeśli chodzi o jednego z sąsiadów mojego kolegi. Otóż przechadzając się ulicami Łodzi i podziwiając piękno starych kamienic, dostrzegł w pewnym momencie swojego znajomego z rodzinnego kraju. Czy ten gość mu czymś osobiście podpadł, czy należał do konkurencyjnego gangu, czy może ciążył na nim obowiązek rodowej zemsty? - nie wiem. Tak czy inaczej koleś poleciał do najbliższego sklepu z narzędziami, a tam zanabył drogą kupna siekierę i poleciał gościa zarąbać. Nie udało mu się, ale i tak poszedł siedzieć za usiłowanie.

Mój kolega po kilku tygodniach sąsiedztwa usiłował się wyprowadzić, ale udało mu się dopiero po semestrze. Z doświadczenia tego wyniósł niezachwiane przekonanie o niższości Murzynów, o tym, że to hołota i że w żadnym razie nie należy ich do Polski wpuszczać. Mówiłem mu, że pewnie niepotrzebnie uogólnia, że na pewno są normalni Afrykańczycy, że "jedna rasa, ludzka rasa". I wiecie co, nie poskutkowało. Taka jest siła "syndromu Tischnera".

Popieram prawo własności, JOW, niskie podatki, przejrzyste prawo, karanie przestępców. Jestem przeciw uchwalaniu prawa, którego nikt nie będzie przestrzegał (poza frajerami). Nie mam nic przeciw skandynawskiemu modelowi państwa, o ile jego wprowadzanie rozpocznie się od przywrócenia monarchii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (44)

Inne tematy w dziale Polityka