Dla zdrowia i ciekawości ćwiczyłem w życiu kilka sportów walki (niezbyt intensywnie, ale jednak). Na studiach karate, a zaraz potem aikido. Są to style zasadniczo przeciwstawne. Karate, to de facto rodzaj boksu. Ćwiczy się uderzanie pięścią, różne rodzaje kopnięć, bloki, podcięcia. Jest to styl, w którym walka jest starciem twarzą w twarz, wygrywa sprawniejszy lub silniejszy. Aikido to podejście skrajnie odmienne. Sztuka ta wywodzi się z tego samego pnia co judo i nie ma w niej pojęcia ataku. Jest nieustannym ćwiczeniem obrony, która polega na łagodnym przejęciu siły atakującego, pokierowaniu nią tak, by przeciwnika obezwładnić. Siła broniącego się ma tu znaczenie drugorzędne, ważniejsze jest wyczucie ruchu przeciwnika i wykorzystanie go, wejście w niejako porozumienie z jego ciałem, stanie się jednością w ruchu.
Co to ma do Ikei? Chodzi mi o strategię, jaką można zastosować w starciu z przeciwnikiem w świecie idei. Koledzy z Frondy przyjęli technikę karate - poszli na zwarcie, postanowili się przeciwstawić bezpośrednio. Postanowili zadziałać metodą protestu, chcą poprzez zrobienie hałasu w prasie i wysyłanie maili na skrzynki pocztowe pracowników Ikei. Kto wie, może mają rację? Mnie jednak naszło pytanie, czy gdyby zastosować raczej sposób myślenia "na Aikido", efekt nie byłby lepszy. Co mam konkretnie na myśli? Być może zamiast pisać listy protestacyjne, lepiej zaproponować coś Ikei?
Kiedy urządza się dom i mieszkanie, kupuje się także dewocjonalia. Kupienie gustownych dewocjonaliów nie jest rzeczą prostą. Króluje tandeta w stylu krucyfiksu pociągniętego fosforyzującą farbą (swoją drogą - mistrzostwo świata w dziedzinie makretingu, idzie jak woda, jest to na każdym straganie!). Podliczyłem szybko i mi wyszło, że mam w domu jakieś pięć wizerunków Matki Boskiej i chyba ze cztery krzyże i parę ikon z Chrystusem i świętymi. Powiedzmy szczerze - krzyże i wizerunki świętych to także rynek, pieniądz do zarobienia. Może więc zamiast słać listy protestacyjne, lepiej zorganizowaćakcję mailingową w sprawie, aby Ikea dodała do swojej oferty także z artykuły religijne, takie które pasują do wystroju?
Spróbujmy np. tak:
Szanowni Państwo!
Jestem klientem IKEA. W ciągu ostatnich 10 lat wydałem w Państwa
sklepach pokaźną sumę pieniędzy. Ośmiela mnie to do tego, by wystosować do was prośbę. Kupiłem u was meble z serii Aneboda [tu można ma się rozumieć wstawić co innego] i jestem z nich bardzo zadowolony. Jestem osobą wierzącą, praktykującym katolikiem. W naszym kraju zakorzeniona tradycja nakazuje wieszanie krzyży w mieszkaniach. Problem w tym, że nie mogę dobrać do waszych mebli odpowiednich emplematów mojej religii. Niestety, ale na rynku brak gustownych dewocjonaliów, które pasowały by do wzorów z waszej oferty. Czy możecie polecić mi coś z waszego asortymentu? Czy w sklepach waszej sieci można kupić krzyż, który pasowałby do mebli Aneboda? Jeśli nie, to może dobrym pomysłem było by uzupełnienie oferty waszego sklepu o podobny towar. Jestem przekonany, że zapewniło by to wam więcej klientów i przyczyniło się do silniejszego zakorzenienia waszego sklepu w krajobrazie społecznym naszego kraju.
Z wyrazami szacunku
I co wy na to? Czy tak nie lepiej? Gdyby dajmy na to rzeczywiście Ikea połknęła haczyk i spełniła taką prośbę, to na pewno zrobiła by to w stylu nowoczesnym. Czyli obok oczywistych symboli katolickich, zaproponowała by jeszcze zestaw dodatkowy - poprawnościowy polityczny, w rodzaju symboli światowego humanizmu, czy innych satanistycznych znaków. I ok, nich im będzie, nikt normalny i tak tego nie będzie kupował. A jak zobaczą co się sprzedaje, a co leży i się kurzy, to być może dojdzie do nich, kto jest klientem ich sklepu i w co wierzy. Wolny rynek naszym sprzymierzeńcem! I wtedy być może pederaści z katalogu Ikei zniknęli by jak sen jaki złoty. A kolejny kawałek przestrzeni publicznej zostanie zdobyty dla Chrystusa.
Taki sposób działania ma dodatkowe zalety. Akcja protestacyjna to akcja na "nie". Wywołuje to efekt skojarzenia negatywnego katolików. To znany efekt pijarowski - nie istotna jest treść przekazu, samo skojarzenie w kierunku negatywnym. I tak zresztą się dzieje. Założę się, że przeciętny Kowalski zapytany na ulicy potrafiłby powiedzieć z czym katolicy się NIE zgadzają (z aborcją, z homoseksualizmem...), natomiast nie bardzo by umiał powiedzieć czego w życiu publicznym chcą. Za to na pewno potrafiłby powiedzieć, czego chcą postępowcy (np. małżeństw homo...). Moja propozycja, to akcja "na tak".


Komentarze
Pokaż komentarze (21)