Free Your Mind stwierdził w niedawnym wpisie, że w Polsce kończy się czas odwilży. Nie jestem pewien czy tak istotnie jest, ale mam wrażenie, że nastrój społeczny przypomina ten z czasów "małej stabilizacji". Po pierwsze: ludzie wierzą, że żyją w czasach po przełomie, dzięki któremu teraz już żyją w naprawdę wolnym, demokratycznym społeczeństwie. I tak mniej więcej było po '56 - ludzie wierzyli, że teraz jest już OK. Społeczeństwo zajmowało się samo sobą - awansem społecznym, zdobywaniem kompetencji, pieniędzy, przeprowadzką do miasta. Byli, owszem, opozycjiniści, tacy, co system z jakichś powodów kontestowali, ale było ich bardzo mało, a w społeczeństwie spotykali się albo z nieufnością (u starszych, pamiętających stalinizm), albo z niezrozumieniem - u młodszych. Ludzie młodzi w tych latach byli już wychowani w tym swoistym zoo, jakim był PRL - wyjście na wybieg odbierali jako wolność, a klatkę - jak dom. Nie znali innego życia, nie wiedzieli o cenzurze czy o SB (bo i skąd?), uważali, że żyją w wolnym kraju, na pewno lepszym, niż kapitalistyczny Zachód.
Mam wrażenie, że dziś jest podobnie. Ludzie starsi są całkowicie cyniczni, jesli chodzi o politykę. Nikt nie wierzy, że cokolwiek można zmienić na drodze wyborów, a zaangażowanie w politykę ma sens jedynie, jeśli można w ten sposób coś załatwić. A młodzi? No cóż - wychowani z zoo. Przedwczoraj w Trójce występowało dwóch, młodych ludzi, którzy reprezentowali jeśli mnie pamięć nie myli - organizację Pokolenie 89, czy coś w tym rodzaju. Byli zadowoleni, że żyją w wolnym, demokratycznym kraju, a nie w komunie, jeden wręcz posunął się do stwierdzenia, że dla niego ikoną jest Lech Wałęsa.
Może nie powinienem się nabijać z młodszych o jakieś 10 lat kolegów. Ostatecznie mam właśnie te 10 lat doświadczenia i obserwowania sceny politycznej więcej - a w ich wieku byłem takim samym głąbem jak oni. No może nie aż takim, żeby Wałęsa był dla mnie ikoną, ale wynikało to z tej prostej przyczyny, że załapałem się na czasy, gdy to Wałesa był "Kaczorem", a i sam bardzo dobrze pamiętałem, jak Wałęsa nieustannie kompromitował się będąc prezydentem (wcześniej też zresztą).
To że jeden z przedstawicieli młodzieży pochwalił się sympatią do Wałęsy mogło wynikać z koniunkturalizmu, ale nie koniecznie. Ten człowiek mógł całą tę nagonkę na autora biografii o Wałęsie i jego promotora odebrać na poważnie i stanął po stronie "ciemiężonego" Wałęsy. Oznacza to, że młodzi ludzienie nie potrafią jeszcze ani zrozumieć jak media nimi manipulują, jak robi się medialną nagonkę i że wobec przekazu telewizyjnego należy zachować daleko idącą nieufność. Są wobec mediów bezbronni. Obawiam się, że taka postawa jest reprezentatywna dla młodego pokolenia: powszechne wśród młodych ludzi, kompletnie nie zainteresowanych polityką jest irracjonalna pogarda dla Kaczyńskcih, Giertycha i innych "obciachowych" polityków.
Czy jesteśmy w sytuacji beznadziejnej? Trudno powiedzieć. Myślę, że młode pokolenie potrzebuje przebudzenia namiarę roku '68. Muszą się przekonać, tak jak się wtedy przekonali zarówno synowie komunistycznych aparatczyków, jak i awansujący ze wsi synowie chłopscy , że wcale nie żyją w wolnym kraju, że nagonka medialna może dotyczyć nie tylko "faszystów", ale także ich - jeśli zaczną władzy przeszkadzać. Myślę, że taki przewrót jest możliwy. Powodem jest to, że interes elit władzy - tzn. utrzymanie status quo - nie jest zgodny z interesem młodych ludzi, wchodzących w życie. Na razie udało się ich utrzymać w przekonaniu, że ich interesy i interes elit - to to samo. Ale pewnego dnia może dojść do spięcia i wtedy młody człowiek, wierzący w wolność, tolerancję, wolny rynek, Europę - zobaczy, że w telewizji jest pokazany jako "faszysta". I to może być początek przemian.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)