60 obserwujących
523 notki
773k odsłony
  459   0

Zawiedziona miłość i obrona Częstochowy

Bloger Salonu24 @Dociekliwy 2 zadał mi w jednym ze swych komentarzy pytanie:

„Czy to "zawiedziona miłość" - nie mam pojęcia”

Dziś zaś przeczytałem redakcyjny wywiad z Jerzym Borowczakiem zatytułowany „Można atakować Wałęsę. I mówić, że Szwedzi zdobyli Częstochowę. Ale oni jej nie zdobyli”. 

     Odpowiedź zacznę o obrony Częstochowy, tej ikony polskiego oporu, którą „ku pokrzepieniu serc” rozpropagował w „Potopie” Henryk Sienkiewicz. Literat ma oczywiście prawo do tworzenia fikcji. Historycy jednak podkreślają, że prawda była zupełnie inna – o tym epizodzie wojen szwedzkich można przeczytać choćby tutaj:

https://wielkahistoria.pl/obrona-jasnej-gory-podczas-potopu-szwedzkiego-jak-wygladala-naprawde/

    Postać przeora Jasnej Góry, ks.Kordeckiego w pełni zasługuje jednak na najwyższe uznanie i to on powinien być wzorem postępowania. Odniósł bowiem niewątpliwy sukces – w czasach, w których w perzynę obrócono wiele polskich zamków i dokonano niewyobrażalnej liczby kradzieży skutecznie uchronił swój klasztor przed grabieżą, a może także i zburzeniem. 

Jak on to zrobił? 

Po pierwsze – był przewidujący i na wszelki wypadek:

Złożył hołd wiernopoddańczy Karolowi X Gustawowi.

Z klasztoru zawczasu wywieziono większość cennych przedmiotów. Wśród nich znalazł się również obraz Czarnej Madonny, który najpierw trafił do Lubińca, a następnie do klasztoru paulinów pod Głogówkiem. Na Jasnej Górze pozostała tylko jego kopia.

Po drugie - jak okazało się, że Szwedom złożony hołd zawiódł i rozpoczęła się konfrontacja:

Zapobiegł próbie opanowania klasztoru podstępem.

W mistrzowski sposób prowadził z napastnikami przedłużające się negocjacje – w efekcie podczas trwającego 4 miesiące oblężenia strzelano do siebie przez ok. 12 dni.

Ograniczył do minimum straty własne – z załogi broniącej Jasnej Góry zginęło kilku ludzi,

Prowadził skuteczne działania prewencyjne – zabito podczas „wycieczki” górników mających podłożyć minę.

Ta taktyka połączona ze skutecznym tworzeniem legendy niewątpliwie przyczyniła się do odstąpienia Szwedów od oblężenia.

Po trzecie – zadbał o propagandę „dla ludu”. Wydał „Nową gigantomachię” utrwalając tym samym stworzoną legendę, która stała się powszechnie używanym symbolem. Oczywiście wielką rolę odegrał w tym „Potop” i atrakcyjna postać Kmicica. Reszty dokonały „Panie od historii”.

     A przecież postać Księdza Kordeckiego powinna posłużyć Polakom jako wzorzec prowadzenia polityki w trudnych warunkach wymagających przeciwstawieniu się silniejszemu wrogowi i ogólnej dekoniunktury. Wręcz majstersztykiem było propagandowe wykorzystanie tego niewątpliwego sukcesu. 

A teraz pora na „zawiedzioną miłość”.

    To słuszne spostrzeżenie. W sierpniu 1980 r. „zakochałem się” w powstającej „Solidarności”. Ponure doświadczenia z marca 1968 r. (byłem wówczas 20 letnim studentem) pozwalały na nadzieję, że tworzony, bardzo popularny nowy ruch może mieć szansę, nawet pomimo istnienia bardzo silnego przeciwnika, z którym należało się poważnie liczyć. Manewry Układu Warszawskiego (bez udziału Wojska Polskiego) „Sojuz-80” (wymawiano to jako „SĄ JUŻ”) w znanych mi ocenach prasy zagranicznej powszechnie uważano za preludium do inwazji. Wbrew naciskom NRD (Honecker) i Czechosłowacji (Husak) dzięki niepowodzeniom ZSRR w Afganistanie, naciskom USA i wiernopoddańczej deklaracji Polski 5 grudnia 1980 r. Breżniew i jego PolitBiuro podjęli decyzję o zawieszeniu przygotowanej już na grudzień 1980 inwazji. 

     „Solidarność” budziła po prostu nadzieję na lepsze życie – na „socjalizm z ludzką twarzą”. O obaleniu „komuny” myślało niewielu. Wydawało się to po prostu nierealne, pomimo że większość społeczeństwa uważała, że ogólnie niski poziom życia spowodowany jest głównie przez niekorzystną wymianę handlową z ZSRR i politykę zbrojeniową. Głównym celem wymienionych na początku postulatów „wolnościowych” było zabezpieczenie na przyszłość rzeczywistej realizacji poprawy warunków życiowych zwykłych ludzi, choć oczywiście zaczęły się uaktywniać grupy nawołujące do natychmiastowego odrzucenia „komuny”. Nie udawało im się jednak zdobywać wielu zwolenników – zbyt świeża była pamięć „Praskiej Wiosny”, niektórzy pamiętali też rok 1956. Co było później wszyscy wiedzą…

     Rozłam w „Solidarności” i oderwanie się jej władz od „dołów” dało o sobie znać już na I Zjezdzie. Ostatecznie zwyciężyła umiarkowana frakcja Wałęsy, którą wsparł Prymas Wyszyński. Sukcesy odnosiły także grupy żądające konfrontacji. Należy do nich zaliczyć „Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej” oraz nieco późniejszą „Uchwałę radomską” nawołująca do powszechnego strajku w przypadku wprowadzenia przez władzę „środków nadzwyczajnych”. Po wprowadzeniu stanu wojennego okazało się jednak, że ten apel nie spotkał się (wbrew buńczucznym deklaracjom) nie spotkał się z masowym odzewem np. w moim liczącym około 70 osób kole „S” za uchwałą radomską głosowali właściwie wszyscy – na strajku 14 grudnia 1981 pojawiło się nas 3 (trzech!). Pomimo wielu, ale raczej lokalnych wystąpień okazało się, że władza wygrywa tą konfrontację – ale za to w wyborach zorganizowanych po „Okrągłym stole” okazało się, że ludzie tęskniący za porządkiem i normalnym życiem gremialnie zagłosowali za demokratyczną (choć ułomną) wymianą rządzących.

     Linia postępowania zbliżona do taktyki Księdza Kordeckiego okazała się więc skuteczna, ale niestety rozpoczęła się w „S” walka o postaw czerwonego sukna” (znów ten Sienkiewicz) czyli o dorwanie się do „żłobu”. Ujawnili się różni „zasłużeni działacze”, dla których pensje w Unii Europejskiej były szczytem marzeń, pomniejsi zadowalali się „sprawdzeniem się w biznesie”, a inni karierami w administracji rządowej lub samorządowej. Zamiast konkretnej pracy nad odbudową i modernizacją Polski większość po prostu walczyła o swoje (oczywiście pod górnolotnymi hasłami). I w wielu przypadkach się to udawało – najlepsze przykłady to Donald Tusk, który rozwalił Platformę Obywatelską pozostawiając ją w rękach nieudolnej „młodej lekarki” Ewy Kopacz i Jarosław Kaczyński, który uszczęśliwił nas „niezłomnym” Andrzejem Dudą oraz notorycznym kłamczuchem Mateuszem Morawieckim. Inne przykładów poszukacie sobie Państwo sami.

A więc drogi blogerze Dociekliwy 2 – tak, czuję się zdradzony, bo goniący za WAADZĄ lub MAMONĄ zabili moją młodzieńczą miłość – wspaniały (niestety tylko na początku) ruch o jakże kłamliwej nazwie „Solidarność”.

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka