61 obserwujących
547 notek
809k odsłon
  245   0

Takie sobie przypadki...

Glossa do notki blogera @kelkeszos: https://www.salon24.pl/u/qqc1968/1226649,pod-watroba-prometeusza-o-bankach-i-pieniadzach

Glossa do notki blogera @kelkeszos:

https://www.salon24.pl/u/qqc1968/1226649,pod-watroba-prometeusza-o-bankach-i-pieniadzach

Wartość pieniądza fiducjarnego opiera się na zaufaniu do emitenta.

   Dziś w praktyce prawie na całym Swiecie posługujemy się jedynie pieniądzem fiducjarnym. Niekiedy można jeszcze trafić na amerykańskie dolary z adnotacją „silver certificate”, dla których kiedyś gwarantowano wymianę na odpowiednią ilość srebra, ale to już zamierzchła przeszłość. Dziś wartość pieniądza oparta jest jedynie na zaufaniu do emitenta. Tworzy to znakomite pole dla tak zwanych „psychologów społecznych”.

Przypadek pierwszy:

    Świetnym przykładem jest historia udzielanych ochoczo przez banki kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich. Kurs franka szwajcarskiego w 2003 r. wynosił poniżej 3 PLN/CHF i ciągle dość jednostajnie spadał nawet w 2008 r. do poziomu poniżej 2 złotych za franka: https://www.money.pl/pieniadze/nbparch/srednie/?symbol=CHF. Do akcji ruszyły więc zastępy sowicie wynagradzanych prowizyjnie sprzedawców „produktów bankowych” i różnych „doradców kredytowych”. Mieli oni dość proste zadanie, bo po pierwsze warunki były pozornie bardzo atrakcyjne, a po drugie  Szwajcaria i jej system finansowy cieszyły się ogromnym zaufaniem w społeczeństwie. I stało się najgorsze – od 2009 r. kurs franka zaczął systematycznie wzrastać, aż w 2015 r. przekroczył po raz pierwszy 4 PLN/CHF (dziś wynosi ponad 4,4 PLN/CHF). 

   Polskie banki przez długi czas nie pozwalały spłacać kredytów denominowanych we frankach bezpośrednio w tej walucie, dopiero w 2011 r. nowelizacją Prawa Bankowego wprowadzono (na skutek powszechnych protestów) taką możliwość.

    Konia z rzędem temu, kto uwierzy, że banki nie przewidywały możliwości zmiany polityki finansowej Szwajcarii i możliwości upłynnienia kursu franka – za co więc biorą (spore) pieniądze zatrudnieni w nich analitycy? Dlaczego banki tak się broniły przed spłatą zadłużenia (rzekomo walutowego) bezpośrednio we frankach?

Przypadek drugi:

   Podobno za stabilność systemu finansowego w Polsce i wartość polskiego złotego odpowiada Narodowy Bank Polski. I oto jak jego Prezes podbudowywał zaufanie do emitowanego w Polsce pieniądza fiducjarnego:

"Prezes NBP prof. Adam Glapiński zapowiada dalsze powiększanie rezerw w złocie. Spot reklamowy finansowany przez NBP przekonywał, że „sztaby złota w skarbcach NBP wzmacniają wiarygodność i gwarantują bezpieczeństwo finansowe Polski i Polaków”.

Prezes Glapiński wypowiadał się publicznie: „Stopy procentowe do końca 2019 roku "z olbrzymim prawdopodobieństwem" pozostaną stabilne.” 

Rezultat był oczywisty:

    W całym 2019 roku w Polsce udzielono ponad 225 tyś. nowych kredytów mieszkaniowych o łącznej wartości 62,6 mld zł - odpowiednio o prawie 6% i ponad 16% więcej w porównaniu do wyników roku poprzedniego. Tym samym, wyniki akcji kredytowej minionego roku w ujęciu ilościowym były najlepsze od 2010 roku, natomiast w ujęciu wartościowym uzyskano najlepszy wynik w historii. Sektor deweloperski pod względem oddanych do użytkowania mieszkań odnotował najlepszy wynik od 1989 r. W całym roku obserwowaliśmy natomiast postępujący wzrost cen mieszkań. Czyli banki zarobiły podwójnie – udzielając kredytów i konsumentom i deweloperom – czyli znów wykorzystano zaufanie do Narodowego Banku Polskiego jako emitenta pieniądza fiducjarnego. A co stało się potem? Stopy procentowe drastycznie podniesiono i w ślad za tym wzrosły raty:

„Z danych HRE Investments wynika, że we wrześniu rata kredytu na 300 tys. zł zaciągniętego na 25 lat z marżą banku 2,6 proc. wynosiła niecałe 1400 zł. Przy obecnym poziomie WIBOR 3M jest to już niecałe 2500 zł. Rata takiego kredytu wzrosła zatem o blisko 80 proc.” 

A banki głównie zarabiają na kredytach - to ich podstawowy „produkt finansowy”! 

Przypadek trzeci:

    Jakoś nie chcą pomimo apeli Premiera rosnąć oprocentowania depozytów w bankach. Pytanie – a po co one są bankom, które i tak cierpią na nadpłynność? Dziś większość obrotu (także detalicznego) jest realizowana za pomocą obrotu bezgotówkowego. Płatności gotówką są skutecznie eliminowane. Przyczyna jest prosta – i tak większość pracodawców preferuje wypłaty przelewami, płatności też już prawie nie można uregulować gotówką (a przekazy pocztowe drożeją) – a więc banki i tak dostają sporo pieniędzy. Po co więc im depozyty? Chyba tylko aby ściemniać, że potrzebują pieniędzy na akcje kredytowe – jeśli to prawda to dlaczego nie starają się zachęcać depozytariuszy do zakładania lokat i oszczędzania? Przecież mają do tego proste narzędzie – oprocentowanie rachunków.  

    Czy naprawdę wierzycie Państwo, że to wszystko są przypadki? Jakoś dziwnie na tych „przypadkach” korzystają tylko instytucje finansowe, zaś Obywatele muszą się borykać ze skutkami inflacji i ponosić wszelkie jej koszty. Działania rządu (te wszystkie „tarcze”, rekompensaty czy ulgi) tylko nabijają inflację, dosypują pieniądza fiducjarnego (opartego na zaufaniu do emitenta) na rynek. Ale zaufanie (i tym samym wartość pieniądza) chyba powoli wygasa – z każdą codzienną wizytą w sklepie.

Nie dajmy sobie wmówić, że to wynik "trudności obiektywnych" i nieuświadomienia Polaków! To po prostu przykłady świadomie  stosowanej "inżynierii społecznej". W końcu można zawsze poczytac blog @Zbigniew Kuźmiuk. Może kilku mu uwierzy, że byczo jest!

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka