Bartłomiej Radziejewski Bartłomiej Radziejewski
596
BLOG

Moje rozczarowanie Salonem24

Bartłomiej Radziejewski Bartłomiej Radziejewski Kultura Obserwuj notkę 48

Minął miesiąc mojej blogerskiej obecności w Salonie24. To dobra okazja do podsumowania.

Salon był areną mojego blogerskiego debiutu. Przywiodło mnie tutaj niezadowolenie z mediów tradycyjnych, zrodzone na kanwie moich z nimi doświadczeń, jako autora i czytelnika. Ja - zaprzysiężony zwolennik wolności słowa, boleśnie odczuwałem wszelkie jej ograniczenia. Czy była to bezpośrednia ingerencja w tekst, ignorowanie niewygodnych tematów, czy narzucanie odgórnych zleceń – zawsze budziło mój wewnętrzny sprzeciw. Od debiutów w magazynach studenckich, przez kontakt z mediami ogólnokrajowymi, po współpracę z jednym z głównych dzienników, narastała we mnie gorycz niemożności swobodnego wyrażenia siebie. Doświadczenie czytelnika, od lat śledzącego większość opiniotwórczych tytułów w Polsce, gorycz tą potęgowało.

 

Kontekst

Współczesne media podlegają wpływowi trendów rozwojowych globalnego kapitalizmu. Przejawia się to, między innymi, w segmentacji i tabloidyzacji. Segmentacja wynika z potrzeby określenia i zdobywania konsumenckich grup docelowych. Żeby daną gazetę kupił czytelnik liberalny, musi mieć ona profil liberalny, a poglądy kontestujące dopuszczać w takim tylko stopniu, żeby nie przekroczyć granicy między pluralizmem debaty a rozmyciem profilu ideologicznego. Nic nowego? Nie do końca. Dawniej media jawnie określały się jako reprezentacje określonych ideologii, dziś – roszczą sobie pretensje do uniwersalności, stając się jednocześnie coraz bardziej wyprofilowane.

Procesowi segmentacji towarzyszy i wzmacnia go powszechna tabloidyzacja. W warunkach skokowo rosnącego szumu informacyjnego i gwałtownej ekspansji brukowców, szanse na przebicie się ma tylko przekaz najbardziej atrakcyjny. Atrakcyjność jest jednak dzisiaj uwarunkowana nie rzetelnym opisem rzeczywistości, ale zdolnością do zabawiania. Stąd popularyzacja modelu infotainment (rozrywkomacji?), czyli mariażu informacji i rozrywki.

W warunkach narzuconej prymitywizacji segmentacja z pretensjami do uniwersalności spycha poważną publicystykę do podziemia. Jej domeną stają się fachowe periodyki, czytane przez wąskie grono osób mających czas, pieniądze i kompetencje, żeby się w tą trudną literaturę zagłębiać.

System ten, opisany tu bardzo skrótowo, promuje twórców miernych i podobnych do siebie. Skoro proces twórczy jest prostą reakcją na oczekiwania konsumentów – jego charakter określać mogą teraz specjaliści od marketingu i zarządzania, w których przepoczwarzają się stopniowo redaktorzy naczelni gazet. Oryginalność jest wartością do pewnego tylko stopnia, określanego przez poziom zapotrzebowania niewyrobionych konsumentów. Jest więc miejsce na wielobarwność i różnorodność, ale estetyczną, a nie – merytoryczną.

 

Liczenie nielicznych

W Polsce dochodzi do tego specyficzna polityczna poprawność.

Rynek medialny jest u nas zoligarchizowany. Od czasu prywatyzacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa – Książka – Ruch”, kapitał niezbędny do „istnienia” w sferze opiniotwórczej skupili w swoich rękach nieliczni, reprezentujący jeden obóz twórców Trzeciej Rzeczypospolitej, będący w istocie sojuszem solidarnościowych ugodowców z komunistycznymi reformistami. Fundamentem aksjologicznym jest założenie historycznego konsensu co do zasad założycielskich Trzeciej Rzeczypospolitej. Kontestatorzy tych zasad są definiowani jako niedorośli - do demokracji, wolności, obywatelstwa – i, jako tacy, relegowani poza dyskurs publiczny.

Fałszywość powyższych założeń nie podlega już chyba dzisiaj kwestii. Polacy nigdy nie wyrazili poparcia dla tego konsensu. Nie wyrazili również sprzeciwu – nie mieli przecież po temu okazji. Można jednak przypuszczać, że konserwatywne, jak pokazują badania, społeczeństwo, nie zaakceptowałoby dominacji lewicowo – liberalnego dyskursu, gdyby dano mu szansę wyboru. W każdym razie, narastająca frustracja z powodu poczucia wykluczenia, prowadziła  - poprzez kolejne kryzysy – do delegitymizacji systemu. W wyborach roku 2005 70% głosujących poparło partie opowiadające się za Czwartą Rzecząpospolitą, a więc za zmianą systemową.

 

Blogosfera jest odpowiedzią!

Dotarcie nad Wisłę rewolucji informacyjnej wzbudziło nadzieje na przełamanie dyktatu medialnej oligarchii. Idee dziennikarstwa obywatelskiego, cyfrowej agory, kultury daru padły na podatny grunt tradycyjnie polskiego zamiłowania do wolności i ducha obywatelskiego. Świadczy o tym zarówno błyskawiczny rozkwit blogosfery, jak i inne spektakularne przykłady ogromnej aktywności internautów, z polską Wikipedią, czwartą na świecie pod względem wielkości, na czele.

Sukces Salonu24 jest kolejnym tego dowodem. Igorowi i Bognie Janke nie udało się co prawda osiągnąć żadnego z dwóch zasadniczych celów początkowych: odzwierciedlenia spectrum światopoglądowego społeczności polskich internautów i przyciągnięcia (na stałe) najwybitniejszych publicystów profesjonalnych, ale Salon stał się istotnym forum debaty.

Przyciągnęła mnie tu chęć wypowiedzi. Swobodnej i merytorycznej. Nie liczyłem na brylowanie w górnych rejestrach Strony Głównej, setki komentarzy, poklask, ale skłamałbym twierdząc, że poczytność jest mi obojętna. Publicystyka nie czytana jest martwa. Tak jak tożsamość osoby powstaje w lustrze postaw innych ludzi, tak i twórczość wszelaka domaga się refleksyjnej reakcji otoczenia. Niekoniecznie pozytywnej. Z pewnością - jakiejś.

 

Zatruta studnia

Administratorzy salonu mają więc dużą władzę. Kontrolując dostęp do Strony Głównej, są władni z najkoszmarniejszego knota zrobić hit, a tekst wybitny, bojkotując – uśmiercić.

Tak też robią. Przez SG przewala się codziennie cała masa chłamu – wpisów pozbawionych kultury, spójności i jakiejkolwiek wartości merytorycznej, mających charakter wynurzeń Zdziśka z Ciecierzyna, któremu zebrało się na cyfrową manifestację tego, co mu akurat leży „na wątrobie”. Znikają, z dolnych zazwyczaj okolic strony, równie nagle jak się pojawiają. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby – zgodnie z przysłowiem: „na bezrybiu i rak ryba” – były po prostu zapchajdziurami. Problem w tym, ze w tym samym czasie, gdy knoty brylują w pokoju gościnnym, wartościowe, merytoryczne wpisy poniewierają się gdzieś w zakamarkach Salonu.

Od pewnego czasu mam narastające poczucie istnienia w S24 poprawności politycznej. Niby swoboda, pluralizm, ale... Można być prawicowym, ale… nie do przesady przecież. Ostentacyjna antyunijność jest, przykładowo, raczej niewskazana. Podobnie jak przesadna krytyka liberalizmu. Można krytykować Platformę Obywatelską, ale wskazywanie na jej korupcyjne powiązania jest już lekko niesmaczne.

Uprzedzę od razu zarzut salonowej lewicy, że bzdury gadam, bo tu przecież dominuje prawica. Owszem, dominuje, ale liczebnie. Polityka redakcyjna uprzywilejowuje lewicę, która jest ewidentnie i stale nadreprezentowana na Stronie Głównej. Zarówno pod względem czasu, który dostaje, jak i sposobu regulowania dyskursu.

Promowane wpisy o lewicowym charakterze nader często są zwykłą chałą. Koronnym dowodem jest hołubienie Azraela – samozwańczego guru antykaczystów. Stale „szokuje” on odkrywczymi, rzekomo, tezami, nie popartymi jednak nawet namiastkami dowodów, a przeważnie logicznie niespójnymi i językowo żenującymi.

Nie staram się tutaj podważyć prawa Redakcji do dowartościowania lewicowych autorów, wyraźnie będących w mniejszości. Wręcz przeciwnie: w pełni popieram eksponowanie takich bloggerów jak Galopujący major, Quasi czy Grześ, mimo braku jakiegokolwiek punktu stycznego w naszych poglądach i mimo tego, że każdy z nich, mniej lub bardziej rzetelnie, mnie krytykował. Popieram, bo oni mają argumenty! Stanowią przy tym merytoryczną przeciwwagę dla większości. W przeciwieństwie do Azraela i mniej znanych adwokatów pustosłownej fanfaronady.

Nasuwa się pytanie: czemu służy taka polityka Redakcji? Widzę dwie możliwości. Pierwsza jest bardzo pesymistyczna i chcę ją odrzucić: dzieje się tak z powodu nacisków politycznych. Brak na to dowodów, a także istotnych poszlak – i całe szczęście. Skłaniam się ku hipotezie drugiej: Redakcja chce za wszelką cenę utrzymać równowagę między prawym i lewym skrzydłem Salonu.

 

Równość wymarzona i równość prawdziwa

Wyjaśniałoby to rażącą nadreprezentację lewicy i marginalizację wartościowych wpisów prawicowych. Jeśli ma miejsce - jest jednak całkowicie błędne i wysoce szkodliwe.

Nie da się zrównoważyć sił sztucznie. Skoro stało się tak, że prawicy jest więcej – Szanowna redakcja nie zmieni tego nawet poprzez trzymanie lewicowych knotów w samej czołówce po 48 godzin każdego. Poważnej lewicy nie zachęci się do wejścia „na salony” przez promocję bratniej miernoty. Można za to przyciągnąć niepoważną prawicę – tą wulgarną, szarżującą ad personam, partyjniacką. To ona przecież nabija wskaźniki ilości komentarzy. Exodus niektórych lewicowców na Tekstowisko jest tego dowodem. Czy życzeniem Redakcji są kolejne fale „emigracji”?

Nie rozumiem, dlaczego gospodarze Salonu roszczą sobie pretensje do uniwersalności. Czy nie lepiej stać się poważnym forum centroprawicowej debaty niż pozować na w pełni reprezentatywnych? Przecież rażąco zaburza to naturalną skłonność rozwojową Salonu do stawania się takim forum właśnie. Doceniam konieczność zabezpieczenia się przed tendencjami sekciarskimi i popadaniem w dzielenie włosa na czworo, ale robiąc to, nie można przekroczyć granicy, za którą jest pretensjonalny pseudopluralizm i poprawna politycznie śmieszność!

 

Esej, news, sensacyjka

Salon cierpi na deficyt poważnego dyskursu. Nie przez brak przedstawicieli takiego dyskursu, ale ze względu na politykę Redakcji wobec autorów. Promowane są spory personalne, zamiast dyskusji problemowych. Ataki jednoznacznie partyjne dominują nad rzetelnymi analizami. Czemu służy eksponowanie osobistych sporów między Sadurskim i Paliwodą? Te i inne bezowocne przyganianki niepotrzebnie blokują realną dyskusję. Co mnie obchodzi tysięczny wpis, że ten, czy ów zawiódł się na PO, tamten odzyskał wiarę w Pis, a jeszcze inny „jest zmęczony polityką”? Wystarczająco dużo osób ma konstruktywne pomysły na debatę i daje im wyraz na swoich blogach, żeby nie musieć promować wyżej wymienionych i im podobnych banałów. Czy gospodarze zamierzają przekształcić Salon24 w cyfrowy tabloid, epatujący tandetną rozrywkomacją?

Rozumiem, że ten portal jest utrzymywany z dochodów z reklam i rozumiem ograniczenia z tym związane. Publicystyka głęboka czy quasi - naukowa nigdy nie dostarczy takich zysków jak informacyjno – rozrywkowa papka. Miejsce na tą pierwszą powinno się jednak znaleźć, bo zepchnięcie jej na margines zniechęci do Salonu najbardziej wymagających czytelników i wielu wartościowych autorów. Czy gdyby Jadwiga Staniszkis - znana z wysublimowanego słownictwa - napisała pod pseudonimem tekst i wrzuciła go na S24 – dostąpiłaby zaszczytu znalezienia się na Stronie Głównej?

 

Intencje

Wpis ten nie jest pomyślany jako diatryba mająca ośmieszyć Salon24 czy jego twórców. Należy traktować go jako życzliwą krytykę ze strony osoby, której leży na sercu dobro Niezależnego Forum Publicystów. I która chciałaby przyczynić się do tego, żeby to miejsce zasługiwało na swoje miano.

Moje rozczarowanie Salonem24 skłoni mnie pewnie, w najbliższym czasie, do pojawienia się w innych miejscach debaty. Nie porzucę go jednak całkowicie, bo ciągle wierzę w możliwość zmiany. Nie przestałem, mimo poczucia zawodu, żyć marzeniem o Salonie, jako o cyfrowej agorze politycznego dyskursu. Wierzę, że to marzenie uda się zrealizować.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (48)

Inne tematy w dziale Kultura