93 obserwujących
607 notek
865k odsłon
  812   8

@kelkeszos, mityguj się waćpan!

Błoto stwarza czasem pozory głębi.
S.J. Lec

image

Piszący w wieku X saski kronikarz Widukind z Korbei opisując współczesne mu wydarzenia na wschodzie, zamieścił w swym dziele taki passus:  „W dwóch bitwach pokonał króla Mieszko, który rządził Słowianami zwanymi Licicawiki, zabijając przy tym jego brata, okup od niego wymuszając”. Rzecz dotyczyła poczynań watażki germańskiego o imieniu Wichman, który wraz ze słowiańskimi Wieletami systematycznie nękał najazdami władców Gniezna. „Nasz” Gall Anonim o innych sąsiadach ówczesnej Polski, czyli o Czechach, wspominał jako o „najzawziętszych nieprzyjaciołach Polaków”. Podobną ocenę wystawił Pomorzanom oraz Rusinom. Koniecznie trzeba zaznaczyć, iż negatywna opinia na temat „braci” Słowian nie była specyficzną cechą mieszkańców Odrowiśla, bowiem i z drugiej strony postrzegano Polaków jako wrogów, a nawet – jak stwierdził jeden z dziejopisów ruskich – wysłanników sił piekielnych. O miłości wszechsłowiańskiej absolutnie nie było mowy już we wczesnym średniowieczu.

Historia dowiodła, że najstarsze krytyczne opinie znalazły potwierdzenie w późniejszych czasach. Wystarczy wspomnieć, że krwawe konflikty pomiędzy nami a narodami posługującymi się bliską nam mową trwały przez kolejne wieki, aż po czasy współczesne. Przecież prócz Wieletów, którzy dawno temu zeszli z areny dziejów, do całkiem niedawna dawali się nam we znaki Czesi (sprawa Zaolzia i Kotliny Kłodzkiej), Ukraińcy (ba!), Słowacy (w trakcie II WŚ okupowali znaczną część Podhala), Białorusini (irredenta we wrześniu 1939 r.), o Rosjanach nie wspominając. Z drugiej strony warto zaznaczyć, iż ostatni poważny konflikt z Węgrami przeżyliśmy prawie cztery wieki temu, ze Szwedami lat temu trzysta, a z obcymi nam całkowicie - pod wieloma względami - Tatarami w 1698 r. Nie ma zatem podstaw, aby doszukiwać się w praktyce jakichś realnych przyjaźni występujących pomiędzy Słowianami. Co prawda pojawiały się próby nawiązania współpracy, ale miały one charakter efemeryczny i de facto były li tylko interwałami w pieśni nieprzyjaźni.

Czy mogło być inaczej? Teoretycznie niemal wszystko jest możliwie. Niestety życiowa praktyka w stosunku do gabinetowych oczekiwań to - zwykle - dwa różne światy. Cóż bowiem łączy Rosjanina z Sachalinu ze Słoweńcem mieszkającym w północno-wschodniej Italii? Albo Serbołużyczanina z Saksonii z bułgarskimi Pomakiem? Ustrój wspólnot w których egzystują, kultura materialna, religia, rozwiązania gospodarcze, a nawet obyczaje w żaden sposób nie są współmierne. Stworzenie wspólnego frontu wobec płynących z różnych źródeł zagrożeń w oparciu o pokrewieństwo językowe jest po prostu - w najlepszym razie - pobożnym życzeniem. Oczywiście nie da się wykluczyć, że sytuacja, tak jak w zasadniczej fazie II WŚ, będzie wymagała zjednoczenia wysiłków, lecz z pewnością będzie to sojusz tymczasowy. Już chwilę po osiągnięciu celu koalicja rozsypie się niczym domek z kart, a dawne niesnaski i stare interesy wezmą górę. Zbyt wiele nas dzieli. Wystarczy spojrzeć na mapę…

Zaznaczę, że jako obywatel Rzeczypospolitej podzielam opinię, że naszym największym przeciwnikiem są Niemcy. Tak jest od setek lat i nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien tego kwestionować. Jednak remedium na to zagrożenie raczej nie znajdziemy w Pradze, Kijowie, Mińsku czy Moskwie. Próbowaliśmy tego wielokrotnie i ze znanym, a przy tym bardzo smutnym, skutkiem. Kończył się to zwykle zdradą, hektolitrami krwi przelanej na polach bitew, jak również próbami odebrania nam ducha. Przypomnę tylko, że po Powstaniu Styczniowym, moskiewscy słowianofile, głoszący wszem i wobec potrzebę miłości pomiędzy słowiańską bracią, nie wahali się (przy współpracy niewielkiej grupy polskich naiwniaków) przerobić nas na Rosjan. I to nie nahajką, bagnetem czy zaborem majątku, ale  bełtaniem nam w głowach.

Niejaki M. Milutin, stojący na czele Komitetu Urządzającego, postanowił rozwiązać tzw. kwestię polską poprzez oderwanie ludu polskiego od źródeł zachodniej kultury i literackiego dziedzictwa. W tym celu Moskale postanowili wydawać książki w języku polskim… pisane grażdanką. Aby dzieło to przyniosło pożądany efekt dwaj polscy językoznawcy (S. Mikucki i S. Papłoński) stworzyli specjalny alfabet; uwzględniający polskie głoski. Na szczęście skończyło się na prawie niczym. „Reforma” nie przyjęła się, a takie pozycje jak: “Elementarz dla dzieci wiejskich”, „Chrestomatja wiejska”, czyli wybór poezji polskich poetów” oraz „Krótki zbiór historii Starego i Nowego Testamentu”, były przez Polaków bojkotowane. Tyle pozostało nad Wisłą z idei słowianofilskiej.

Nie jestem geopolitykiem, nie mam dostępu do tajnych dokumentów,  nie dysponuję dywizjami pancernymi. Wiem jednak, w odróżnieniu od Szanownego @kelkeszosa, że w razie pojawienia się realnej groźby,  jesteśmy skazani na wejście do tej samej rzeki, czyli podjęcia współpracy przede wszystkim z narodami niesłowiańskimi. Znów romańscy Francuzi i – o zgrozo! – germańscy Anglicy i Amerykanie. No, może tym razem nawet Turcy. Chyba, że… Na reanimowanie I Rzeczypospolitej jest jeszcze zbyt wcześnie i jakby brak partnerów. A nawet gdyby, to ten interes mógłby nam znowu przynieść więcej kosztów niż zysków. Bardzo chciałbym, aby perspektywa była dla nas jaśniejszą, ale twarde realia dowodzą, że „jak się nie obrócić, to …”.

-------------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Lubię to! Skomentuj83 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura