93 obserwujących
632 notki
938k odsłon
  4151   8

O narodach skazanych na zagładę, czyli smutek naszych sąsiadów

Bo smutek rodzi się zawsze z czasu…
Antoine de Saint-Exupéry

image

Litwa, Łotwa, Estonia… Kraje położone na północny-wschód od Polski i… To zwykle wyczerpuje zasób informacji o naszych sąsiadach u przeciętnego Polaka. Obrażam rodaków? A skąd! Proszę mi wierzyć, ale zdecydowana większość mieszkańców Rzeczypospolitej jeszcze siedem lat temu nie potrafiła trafnie wskazać nazwy stolicy Republiki Litewskiej. Bez tego można żyć. Czasem nawet bardzo dobrze, lecz świadczy to średnio o naszej – narodowej – świadomości sytuacyjnej. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, iż w 20-leciu międzywojennym znacznie więcej Polaków potrafiło odpowiedzieć na pytanie: jaką nazwę nosi stolica Litwy (ówcześnie było to Kowno). Czy jednak warto wgłębiać się w zakamarki wiedzy i drążyć tematykę nie związaną z Audi A6 Avant, Firewall App Blocker oraz gwiazdą estrady o imieniu Sanah (swoja drogą fajnie śpiewa)? Odpowiem bez krępacji: warto! To podstawa dla ukonstytuowania człowieka kompletnego. Ponadto znajomość własnych sąsiadów zawsze może się przydać. Dlatego śmiało rzekę: warto i basta!

Od wielu lat w narracji naszych „Wernyhorów” pojawia się idea dowodząca rzekomo tego, iż jesteśmy narodem skazanym na wszelkiego rodzaju nieszczęścia. Co i rusz dostajemy baty od potężniejszych sąsiadów, a od kilku stuleci cała nasza energia koncentrowana jest już to na wybijaniu  się na lub utrzymaniu niepodległości. To po części prawda. W wielkiej części. Los nie poskąpił Polakom wyzwań i doświadczył nas z jednej strony Niemcami, a z drugiej Moskalami. To poważna i nietuzinkowa niedogodność. O przypadkach naszych antenatów i nas samych związanych czy wynikających z tej zależności pisać nie będę. Każdy w miarę lotny i spostrzegawczy mieszkaniec Odrowiśla wie o co chodzi. Czy jednak jesteśmy w tej dojmującej przykrości wyjątkowi? Otóż – nie. Istnieją bowiem narody, które naszą sytuację poczytywałyby sobie za geopolityczny luksus. Trochę w tym przesady, ale jeśli porównamy położenie naszej 38 milionowej społeczności  z takimi Litwinami, Łotyszami czy Estończykami, to naprawdę możemy być wdzięczni – jak kto woli -  Bogu lub Ananke, że oszczędzili nam losu wspomnianych nadbałtyckich narodów. Bo te wciąż są w defensywie…

Zdaniem większości badaczy starożytności wschodnioeuropejskich siedziby przodków Litwinów, Łotyszy i Estończyków obejmowały terytoria wielokrotnie większe od dzisiejszych. Bez wchodzenia w szczegóły wystarczy wspomnieć, iż Bałtowie, czyli częściowo protoplaści Litwinów i Łotyszy, żyli na obszarach, których granice sięgały Prypeci i górnej Wołgi. Ba, światowej sławy archeolog pochodzenia litewskiego, tj. Maria Gimbutas, oświadczyła, że jej antenaci siedzieli kiedyś nawet na Odrą i w okolicach Kijowa. To najpewniej lekka przesada, ale jeśli przyjmiemy założenie, iż Słowianie wywodzą się w prostej linii od tzw. Bałtosłowian, to faktycznie „imperium prabałtyjskie” musi robić wrażenie. Jak by nie było pewnym jest, że ludy gaworzące w językach bliskich współczesnemu litewskiemu jeszcze tysiąc lat temu zajmowały terytoria współczesnych Mazur, Warmii, Podlasia, Litwy, Łotwy, znacznej części Białorusi i skrawków Rosji. Co do tego ostatniego kraju, to trzeba nadmienić, że aż po wiek XIV, a może i XV, kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy żyła tzw. Goliad’, najpewniej blisko spokrewniona z sąsiadującymi z północnym Mazowszem Galindami. I to nie wszystko! Pojawiają się dość uzasadnione głosy, iż tak naprawdę dzisiejsi Białorusini to mix Słowian przybyłych z południa i ludów bałtyjskich. Pośrednią wskazówką potwierdzająca takie przypuszczenie może być fakt, iż nazwa plemienna „Krywicze” oznaczała nieprawdziwych Słowian, a jeszcze w XIV stuleciu na ziemiach objętych dzisiejszymi granicami białoruskimi żyli ludzie posługujący się mową bardzo bliską tej używanej przez mieszkańców Auksztoty. To dla niej Władysław Jagiełło fundował kościoły katolickie w morzu prawosławia pod Kleckiem, Wołkowyskiem, Słuckiem, Borysławiem. Co by nie mówić aż po stulecie XIX Litwini (w tym Żmudzini, Dziuki, mieszkańcy tzw. Litwy Pruskiej i Suwalszczyzny) ulegali wpływom białoruskim i polskim. Doszło do tego, że w sercu etnograficznej Litwy, tj. na tzw. Laudzie, w Kownie i na Wileńszczyźnie,  żyły dziesiątki, a może nawet setki, tysięcy spolonizowanych Litwinów. Prawdę powiedziawszy niewiele brakowało, aby cały lud litewski przyjął świadomość… polską.

Doś podobnie sytuacja przedstawiała się na Łotwie. Podobnie, bo nie do końca adekwatnie. Gdy pod koniec XII stulecia łotewskie plemiona Zemigalów, Łetgalów, Zelów i Kurów (a może i Wenedów) zostały poddane potężnej presji ze wschodu i północy prze Ruś i Niemców wydawało się, iż dni łotewskich Bałtów są policzone. To była sytuacja nieco odmienna od najazdów wikińskich, a potem duńskich, gdyż tym razem najeźdźcy nie ograniczali się do pobierania trybutu, ale dążyli do przekształcenia miejscowej ludności w Rusinów i Niemców. Nie jest zatem dziwnym, iż lud miejscowy patrzył na to koso i mocno się buntował. Niestety, właściwie każde powstanie przeciw Zakonowi Kawalerów Mieczowych oraz Rusinom z Pskowa i Połocka kończyło się porażką. Ludy znad dolnego biegu Południowej Dźwiny wykrwawiały się bardzo mocno i mało brakowało, by zeszły na stałe z areny dziejów.  Na szczęście świadomość niemożności pokonania najeźdźców w otwartym boju spowodowała przewartościowanie zachowań miejscowej ludności. Elity składające się z przeważającej mierze z Niemców, Szwedów i Polaków czerpały zyski z pracy ludu, który płacił podatki, dał się brać kamasze, uznawał przewagę herbowych i mieszczan, ale na wsiach wciąż trwał przy dawnych obyczajach, mowie i – bardzo długo – pierwotnej wierze. W efekcie gdy koniunktura dla narodów mikrych stała się sprzyjającą Łotysze zdobyli się wielki wysiłek i w boju (przy pomocy naszej i skromniejszej mierze estońskiej)  wyrąbali sobie granice państwa narodowego. Gdy kilkadziesiąt lat później Moskale dokładali starań w celu zsowietyzowania Łotyszy, chłopi łotewscy uznali niebezpieczeństwo rosyjsko-sowieckie za kolejny dopust boży, lecz taki, który w żadnym razie nie jest w stanie złamać im charakterów. Aż wreszcie nadszedł przełom lat 80. i 90.

Lubię to! Skomentuj94 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura