0 obserwujących
7 notek
1140 odsłon
  96   0

Rejs szczura lądowego z Grecji do Turcji. Odsłona 3.

I. I znów obeszłam się smakiem. Tym razem poznania - na co miałam dużą nadzieję - Lindos, najstarszego miasteczka na Rodos. Woda w porcie nie bardzo nadawała się do radosnych, morskich kąpieli, więc trzeba było poszukać zatoczki bardziej przyjaznej do tego celu. Z żalem zerkam na przyklejone do wzgórza białe domki, między którymi plączą się uliczki wyłożone mozaiką „chochlaki", z postawionych na sztorc ciemnoszarych otoczaków i na wznoszącą się nad portem średniowieczną warownię, obok której widać resztki starożytnej świątyni Ateny, gdzie do dziś można podziwiać fragment płaskorzeźby Pytokrytosa, któremu przypisuje się autorstwo Nike - przepięknej kariatydy z okrętu zatopionego pod Samotraką. Być w Lindos i nie odwiedzić jego cennych zabytków, to jak zwiedzać Kraków, bez wstąpienia na rynek mariacki. Płyniemy nieco dalej i kiedy woda staje się przyjazna do kąpieli, zarzucamy kotwicę. Brzeg upstrzony jest paskudnymi hotelami, stawianymi tutaj bez żadnego architektonicznego zamysłu, jedynie w celu zgromadzenia dużej liczby gości. Na jachcie brakuje wody, co daje, błogosławiony dla mnie, pretekst opuszczenia pokładu i podpłynięcia na niewielkim pontonie do brzegu. Może znajdziemy jakiś kran, do którego można będzie się podpiąć. Kranu nie ma, ale kupujemy podstawowy prowiant w niewielkim, hotelowym sklepiku i spędzamy najmilszą godzinę dnia na tarasie restauracji, przy przepysznym lokalnym winie i najlepszym ceviche jakie kiedykolwiek jedliśmy. Noc spędzamy w zacisznej zatoczce, przy wiosce Charaki, nad którą wznoszą się ruiny Feraklos, XV-wiecznej twierdzy Joannitów, która jako ostatnia na wyspie poddała się w 1522 roku wojskom sułtana Sulejmana. Widok ze wzgórza zamkowego jest podobno piękny. Następnego dnia wyruszamy do stolicy wyspy - miasta Rodos. Jest tam jedyna marina, w której można zatankować paliwo, wodę i prąd.

II. Prawie pięć dni tkwimy w supernowoczesnej marinie Rodos, na której cumują mniej, lub bardziej luksusowe jachty z załogami z różnych stron świata. Tutejsze bary i restauracje, z których od rana do późnego wieczora dudni zagłuszająca myśli muzyka techno, nie mają ani krzty lokalnego charakteru. Gdyby nie słońce, które w październiku świeci tu tak mocno, jak u nas w sierpniu, można by przypuszczać, że jest się gdziekolwiek indziej, niż w Grecji. Pierwsze dwie doby spędzam w kajucie, z uporem pokonując trwające nieprzerwanie fatalne samopoczucie. Po tym czasie, siłą woli zwlekam się z dusznego pokładu, żeby zdążyć zobaczyć najważniejsze zabytki Rodos. Idąc brudnymi ulicami, równolegle do wybrzeża, po kwadransie docieramy do najstarszej części miasta. Z daleka widać imponujące mury warowne, postawione w XI wieku przez cesarza bizantyjskiego Aleksego Komnena, który wyparł stąd Turków Seldżuckich. Wewnątrz starówki otoczonej podwójnym murem, przedzielonym pustą od zawsze fosą, wśród plątaniny wąskich uliczek odkryć można ślady wszystkich kultur, jakie pojawiły się tu od czasów helleńskich , do triumfalnego wkroczenia w 1522 roku wojsk, podziwianego przeze mnie, sułtana Sulejmana Wspaniałego. Najbardziej imponującą budowlą jest średniowieczny, oflankowany na basztach Zamek Wielkich Mistrzów Zakonu Joannitów. Prowadzi do niego 200-metrowa Odhos Ippoton – Ulica Rycerzy, z kwaterami rycerzy zakonnych, idealnie odrestaurowana w drugiej dekadzie XX wieku. Kiedy wyspa znalazła się w rękach tureckich, a Joannici znaleźli swoje miejsce na Malcie, zaniedbany zamek służył jako więzienie. Po wojnie turecko-włoskiej, gdy w 1912 roku wyspę przejęli Włosi, przygotowywano tu letnią rezydencję dla ostatniego króla Italii, Wiktora Emanuela III, a potem dla Mussoliniego. Żaden z nich nigdy nie zagościł na Rodos. Co ciekawe, do dziś jedna z sal - komnata numer 10 - służy spotkaniom obecnych członków Zakonu św. Jana. Nawet nie wiedziałam, że on jeszcze istnieje. Między archeologicznymi odkrywkami, ukazującymi fragmenty ulicy z czasów rzymskich, dochodzimy do barwnego meczetu Sulejmana Wspaniałego. Gdy podchodzę blisko, do portalu wejściowego, utrzymanego w stylu wloskiego renesansu, spostrzegam, że w istocie jest to część nagrobka, wykorzystanego przez muzułmanów, prawdopodobnie ze względu na walory estetyczne. Ociosany blok, ozdobiony ornamentami kwiatów, trąbek i różnorakiej broni stanowił najpewniej część tzw. akrosolium (grobu) jakiegoś rycerza, może nawet któregoś z Wielkich Mistrzów. Za niewielką, uroczą dzielnicą muzułmańską, labiryntem krętych, wąskich uliczek, pełnych wylegujących się kotów i warczących skuterów docieramy do rodzinnej tawerny, gdzie odważam się, po raz pierwszy od kilku dni zjeść normalny posiłek i napić się domowego wina z rodyjskiej winnicy. Próbuję też nieznanej mi dotąd potrawy - „chorta tou vounou” - gotowanych górskich ziół z oliwą i sokiem z cytryny. Pycha!! A ja jeszcze żyję! C.D.N.


Zobacz galerię zdjęć:

+4 zdjęcia +5 zdjęć
Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale