Przywykliśmy już do tego, że w sytuacjach drażliwych premier Donald Tusk reaguje z opóźnieniem i występuje w roli mediatora. Nie inaczej jest w wypadku marszałkowskich premii. Wiadomo, trzeba poczytać Wyborczą, posłuchać szkiełka, wysłuchać kazania Ostachowicza, poczytać blog Renaty Rudeckiej-Kalinowskiej i dopiero decydować.
Nie inaczej jest tym razem, jako rzecze premier:
Przynajmniej tyle politycy powinni zrozumieć, że jeśli nie jesteśmy w stanie zagwarangować podwyżek ludziom, to nie możemy sobie dawać nagród, które de facto mają charakter uzupełnienia wynagrodzenia.
Premier pochwalił decyzję marszałek Ewy Kopacz. W ślad za tym prorządowe portale zaczęły relatywizować zjawisko i wyliczać, kto i ile wzbogacił się na marszałkowaniu i wicemarszałkowaniu. Na przykład Onet.pl wskazuje na rekordzistę, czyli Bronisława Komorowskiego (dzisiejszego prezydenta).
Okazuje się jednak, że zarówno prorządowy Onet, jak i sam premier, "zapomnieli" wspomnieć o ważnych w tej kwestii sprawach. Onet "zapomniał" dla przykładu o marszałku Marku Jurku. Z innych źródeł dowiadujemy się jednak, że akurat za Marka Jurka politycy wzięli najmniej, przeto "zapomnienie" Onetu ze zrozumiałych względów musiało nastąpić. Wszak były to bezwzględne czasy IV RP.
Ba! Zarówno Onet (wymieniając wicemarszałków), jak i premier Tusk (ganiąc pazerność innych) "zapomnieli" o innej, wielce ważnej w Polsce osobie, czyli o premierze Donaldzie, który też był kiedyś wicemarszałkiem i zainkasował wówczas 43 tys. zł dodatkowego wynagrodzenia. Czy teraz odda kasę, by żyć w zgodzie z własnym "sumieniem"? Być może, ale najpierw trzeba ustalić, gdzie premier ma rzeczone sumienie.




Komentarze
Pokaż komentarze (8)