Niejaki rozpylaczek, zwany także Jerzym Skoczylasem, popełnił dzisiaj notkę, która wisi na salonie od południa i w której naśmiewa się z Jarosława Kaczyńskiego, przypisując mu usobienie Trybunału Konsytucyjnego.
Faktem jest, że prezes PiS tradycyjnie wypowiedział się co najmniej niezbornie i dzięki temu można snuć niebywałe teorie na temat prostego przekazu. Dla ludzi, dla których nie treść, lecz forma, ma zasadnicze znaczenie, takie nieprecyzyjne oświadczenia są solą życia.
Tymczasem nie sposób nie zgodzić się z Jarosławem Kaczyńskim, że sprawa jest bardzo poważna i powinien zająć się nią w trybie pilnym Trybunał Konstytucyjny. Oczywiście, nie da się w tej chwili przewidzieć ostatecznego orzeczenia Trybunału, lecz każda ze stron sporu ma prawo być przekonana w stu procentach do swoich racji i w taki sposób przedstawiać je opinii publicznej. Bloger rozpylaczek zupełnie nie rozumie, że język prawniczy obowiązuje w pismach procesowych, a nie w wystąpieniach publicznych. Być może od polityków z wykształceniem prawniczym należałoby wymagać nieco więcej precyzji, ale na pewno nie tego, by w mowie potocznej stosowali takie same zwroty, jak na sali sądowej.
Pod notką rozpylaczka rozgorzała dyskusja, w której wiodącą rolę przejęła blogerka Teesa. Cytując normy obowiązującej konstytucji Teesa zadała dość fundamentalne dla pewnej grupy blogerów pytanie: A jak uchwalano konkordat? Bo nie pamiętam?
Tak się składa, że konkordat podpisano w dniu 28 lipca 1993 r., a więc kilka lat przed datą obowiązywania konstytucji, na której zapisy Teesa powołała się. Zatem strzał Teesy jest totalnym pudłem. Z drugiej strony jednak konkordat ratyfikowano dopiero w dniu 23 lutego 1998 r., a więc po dacie wejścia w życie ustawy zasadniczej. Za uprzednią zgodą Sejmu dokument ratyfikacyjny podpisali w tym samym dniu Aleksander Kwaśniewski i Jan Paweł II. Mimo różnych wątpliwości przeciwników konkordatu, Trybunał Konstytucyjny nigdy nie stwierdził niezgodności tej umowy z Konstytucją RP.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)