Portale grzmią dzisiaj w związku z wyrokiem w sprawie Beaty Sawickiej. Pojawiają się na przemian argumenty natury prawnokarnej i/lub politycznej. Niemal wszystkim komentatorom umyka jednak z pola widzenia fakt, że polski wymiar sprawiedliwości żyje własnym życiem i dochrapał się nawet pojęcia dobro wymiaru sprawiedliwości, które - co oczywiste - nie musi być zgodne z interesem społecznym.

Otóż sędzia Sądu Apelacyjnego w Warszawie Paweł Rysiński i jego dwie koleżanki z Wydziału działali całkowicie zgodnie z najlepiej pojętym dobrem wymiaru sprawiedliwości. Już wyjaśniam dlaczego.
Niemal analogiczna sprawa, prowadzona przez CBA, dotknęła bowiem sędziów Sądu Najwyższego. Ba! Dotknęła przewodniczącego wydziału jednej z najważniejszych z izb, tj. Izby Cywilnej, sędziego Henryka Pietrzkowskiego oraz sędziego NSA, Bogusława Moraczewskiego.
W tamtej sprawie dowody winy (nagrania, esemesy etc.) były również nie do zakwestionowania, przeto nie pozostało nic innego, jak uderzyć w "nielegalne działania CBA". Można więc rzec, iż sprawa związana z sędzią SN Henrykiem Pietrzkowskim, wyznaczyła standardy postępowania z działaniami CBA z czasów, nazwijmy to umownie, pisowskich.
Jak wiadomo, CBA za czasów Mariusza Kamińskiego nie bało się sięgać po ludzi władzy z najwyższych półek. Teraz jest inaczej. Wójt, burmistrz, prezydent, ewentualnie marszałek, ale tylko województwa - to maksymalny zasięg działania CBA. Mimo wszystko trzeba się jednak pozbyć zaległych spraw wyżej postawionych osób, więc wybrano akceptowalną od kilku lat metodę: wszystko, co pisowskie, można zakwestionować argumentami natury politycznej, bo ludzie to kupią.
Sędzia Paweł Rysiński doskonale wie, że jeśli rzeczona sprawa Beaty Sawickiej w ogóle trafi na wokandę w Sądzie Najwyższym, to sędziowie SN będą musieli uwzględnić wcześniejszy i głośny w środowisku sędziowskim kazus sędziego SN Henryka Pietrzkowskiego. Mówiąc krótko, w postępowaniu kasacyjnym albo uwalą sprawę na tzw. przedsądzie, albo - jeśli kasacja będzie sporządzona wzorowo - przyklepią uzasadnienie orzeczenia Sądu Apelacyjnego w Warszawie.
Mamy więc do czynienia z absolutnie zepsutym wymiarem sprawiedliwości, który u zarania III RP miał dwa wyjścia: albo oczyścić się z pereelowskiej zgnilizny, albo trwać w niewiele zmienionej formie (orzeł w koronie na łańcuchu i tym podobne bzdety). Wybrano drugie wyjście, całkowicie zgodne z filozofią działania czerwonoróżowego salonu kłamców III RP. Teraz mamy tego konsekwencje.
http://niezalezna.pl/33733-ujawniamy-szczegoly-sledztwa-ws-korupcji-w-sn





Komentarze
Pokaż komentarze (14)