Tragedia Smoleńska w potocznych dyskusjach i polemikach we wszystkich odmianach medialnych jest i długo jeszcze będzie aktualna. Zeznają świadkowie (czasem nowi, czasem ci sami - ale inaczej), pokazują się zdjęcia, wykresy i rozbudowane analizy naukowe. Kształtują się przekonania, opinie, teorie (bo już nie hipotezy – nie ten etap!). Jak w każdej sprawie budzącej emocje, gdy brak jest dokładnej informacji, oceny krzyżują się, wzajemnie wykluczają, budzą sprzeciw. W gąszczu mglistych dowodów i przypuszczeń, dyskutanci dobierają sobie wygodne dla siebie i swoich przekonań argumenty i z coraz większą mocą zaczynają atakować siebie i to już nie na gruncie dowodów, ale według osobistych animozji i przekonań politycznych lub koniunkturalnych. Jedni proszą autorytety o wypowiedź i objaśnienie tragicznego wydarzenia, drudzy te uczone wypowiedzi z punktu dyskredytują i z naukowca, profesora (dotychczas pewnie cenionego) robią głupca, nieuka lub nawet obłudnego cynika (z domieszką zbrodniczych skłonności).
1302
BLOG
Sprawa natomiast jest wielce skomplikowana i to zarówno pod względem fizycznym, psychicznym, politycznym i czasowym. Można się wypowiadać i nawet trzeba, ale również trzeba znać umiar (stare przysłowie brydżowe: umiar cechuje gracza!). Niech każdy wypowiada się tylko w granicach swoich kompetencji: profesor dyskutuje z profesorem, publicysta z publicystą, a polityk z politykiem. I bez zacietrzewienia.
Szczególnie dotyczy to wywodów naukowych – branie na siebie odpowiedzialności za swoje słowa głoszone pod nazwiskiem i również na takich samych warunkach publikowanie odmiennych poglądów, a już całkowite pominięcie złośliwości (nie mówiąc o ordynarnych atakach i ubliżaniu). Przeciwnik ma inne zdanie? Więc albo się myli, albo ja się mylę? Najgorzej gdy naukowy autorytet (za takiego uznany lub sam się za takowego uznający) nie ma wątpliwości i ogłasza pewne prawdy. Ogłaszając za prawdę to co może cokolwiek tylko od prawdy odstawać, musi sobie zdawać sprawę, że nawet odrobina fałszu może wyrządzić komuś krzywdę – a na pewno krzywdzi samą prawdę.
Przytoczę anegdotę: okoliczności życiowe zmusiły mnie do analizowania przypadków branżowych, co dało mi pewne doświadczenie (również w odniesieniu do odpowiedzialności i wpływu na losy innych ludzi) W poważnym centralnym instytucie naukowym, w którym chwilowo i trochę prawem kaduka pełniłem rolę szefa, dokonano analizy zawartości cukru w benzynie. Odmówiłem podpisania orzeczenia laboratoryjnego o zawartości 5% cukru w tej benzynie. Wściekłość pań (przepraszam panie), wykonawczyń analizy, na mnie sięgnęła zenitu (burak z prowincji itd.). Do tego dołączyła się druga górna część personelu: to jest nie zlecenie, ale polecenie Urzędu Bezpieczeństwa; nie możemy się uchylać od wykonania. Do tego niezbite dowody: zastosowana metoda badawcza na cukier (tzw. Fehling) dała taką właśnie mierzalną ilość osadu w obecności cukru. Mój argument: w herbacie 5% to prawie 3 łyżeczki cukru! Taką herbatę nie każdy wypije. Cukier natomiast nie jest rozpuszczalny w benzynie – metoda jest więc błędna (to była etylina i reaktywne dodatki w niej powodowały ten obfity osad).
Wniosek: sprawa próbki z UB, to podejrzenie (pewnie udokumentowane namacalnie) sabotażu. Jakiś samolot lub inny pojazd z chwilowymi dygnitarzami się rozbił, co mogło kosztować życie niewinnej ofiary tego prostackiego podejrzenia.
Pamiętajmy: za każdą ludzką sprawą kryje się człowiek – już skrzywdzony lub którego możemy skrzywdzić (nie dokładajmy się do tego swoim zacietrzewieniem).


Komentarze
Pokaż komentarze (45)