We wczorajszej „Rzeczpospolitej” (01/06 12) Piotr Skwieciński daje klasyczny przykład manipulacyjnego urabiania opinii czytelników. Wpierw na stronie 2 w krótkim felietoniku utrzymanym w tonie kpiarsko-żartobliwym ukazuje siebie jako zwolennika sprawiedliwego karania osobników ze sfery korupcyjnej i zniesmaczonego niezdrową akcją mecenasa Dubois w wywiadzie dla GW, przekraczającego daleko rolę obrońcy w promowaniu niewinności Beaty Sawickiej (skądinąd cenionej działaczki PO i sfery rządowej). Nastawiony pozytywnie do pana Piotra (odważnie stawiającego się po stronie prawdy i sprawiedliwości) czytelnik przechodzi do jego już poważnego, opiniotwórczego artykułu „Smoleńsk na czarno-biało” i tu ten sam autor kreśli sylwetkę uczonego prof. Wiesława Biniendy, ustawiając go od razu w narożniku: „...Zamieszanie, które powstało w związku z podjętą przez wojskowych prokuratorów nieskuteczną próbą spotkania...służy źle perspektywom ustalenia prawdy w sprawie katastrofy smoleńskiej...Łagodnie mówiąc nie buduje też wiarogodności samego naukowca.” Pogłębiając wizerunek profesora dziennikarz kreśli po trochu, lecz systematycznie pogląd na ujemne jego rysy: „Ujmująca postawa wycofanego naukowca zaczęła ustępować miejsca temperamentnemu polemiście...” Coraz bardziej niesympatyczny dla autora (i taki powinien być dla czytelnika!) profesor Binienda przekroczył próg krytyczny, gdy na życzliwe i ustępliwo-zgodne zaproszenie prokuratury wojskowej, wywołał: „odstręczający efekt dość żenującej zabawy w kotka i myszkę...” Potraktował zaproszenie jako wezwanie i zaznaczył, że jako obywatel amerykański może rozmawiać w obecności przedstawiciela ambasady tego kraju i nie na wezwanie i nie na terenie prokuratury. Świadomy czytelnik i obserwator naszej sceny politycznej pamięta, że już jeden polski prokurator, który próbował rozmawiać na temat katastrofy smoleńskiej z oficerem łącznikowym ambasady amerykańskiej (obcego mocarstwa!) stracił posadę i dobre imię w sferach rządowych i partyjnych na zawsze. Teraz podstępny naukowiec próbował zdyskredytować całą prokuraturę wojskową, co mu się – na szczęście – nie udało. Spotkania nie było, rozmowy nie było, ale... (tu przypomina się niezawodny Gałczyński: zupy nie było a ...” rachunek został wystawiony).
O zadaniach prokuratury w notce na blogu w Salonie w dn.01/06 szczegółowo napisał Jan Kalemba „Kwękolenie Skwiecińskiego w Rzepie” (http://jankalemba.salon24.pl/422591,kwekolenie-skwiecinskiego-w-rzepie)
(Szkoda że tak szybko, boczkiem, przemknęło przez salon) – nie będę więc się na ten temat rozpisywał. Każdy tzw.”głupi” wie, że prokuratura nie prowadzi rozmów salonowych lub biesiadnych, lecz albo „stawia zarzuty” i przesłuchuje podejrzanego, albo wzywa „na świadka”, co ze względu na dalsze procedowanie nie zawsze jest wygodne, więc gdy brak dostatecznych dowodów winy, to się wzywa „na rozmowę”, bo może wezwany coś nieostrożnie chlapnie i będzie można go przyskrzynić. Nie tylko każdy..... ale także pan redaktor Piotr Skwieciński o tym wie (lub powinien wiedzieć). Natomiast sugerowanie czytelnikowi, że być może prokuratura wojskowa chciała wykorzystać wiedzę profesora Biniendy „w sprawie” i być może chciałaby go powołać na biegłego? Wolne żarty.... ale autor poważnie ciągnie swój wywód: „...choć profesor zachował się w sposób...mało poważny, to prokuratura wojskowa....powinna zaproponować Binendzie spotkanie na terenie Stanów Zjednoczonych....i ustalenie dalszej współpracy między prokuraturą a profesorem....”
To zakończenie artykułu redaktora Piotra Skwiecińskiego jest wręcz szokujące – (powracam do nieszczęsnych prób rozmowy „przy kawie” polskiego prokuratora wojskowego z amerykańskim oficerem z ambasady) przecież ekspertyza profesora Biniendy nie tylko narusza, a wręcz sprzeciwia się ustaleniom rosyjskiego MAK i stanowisku rządu rosyjskiego w tej sprawie. Przecież: „Rosja jest państwem suwerennym. Muszę to powiedzieć: jest mocarstwem” – powiedział naczelny prokurator wojskowy płk. Jerzy Artymiak (w rozmowie z Beata Gosiewską), czym uciął wszystkie próby dalszych działań wyjaśniających.
Wniosek? – ktoś próbował coś, komuś się coś nie udało, więc zostawmy to naturalnemu biegowi nieuchronnych wydarzeń i – w myśl wskazówek Jana Kalemby – „nie kwękolmy”!


Komentarze
Pokaż komentarze (20)