Nie jestem dziennikarzem. Nie jestem prokuratorem, ani nawet prawnikiem. Jestem natomiast zwykłym obywatelem. Jednym z tych 10 milionów, którzy w ramach „SOLIDARNOŚCI” opowiedzieli się za różnymi formami wolności, w tym za wolnością słowa i poszanowaniem praw dziennikarskich. Wiemy, że gdy się obywatelowi źle dzieje lub gdy źle dzieje się z państwem w wyniku nadużycia prawa i przywilejów przez jednostki lub grupy społeczne (rządzące), a gdy sądy nie reagują na wołanie o sprawiedliwość, obywatel ma prawo, w dążeniu do prawdy, zwrócić się do prasy (mediów publicznych) z prośbą o nagłośnienie sprawy, lub tylko z odpowiednią informacją – zdając się na oczekiwaną wrażliwość na prawdę dziennikarzy. Niezawodnym atrybutem dziennikarskiego wspomagania ujawniania prawdy jest dziennikarskie prawo do zachowania w tajemnicy informatora. Jest oczywiste, że ujawnianie brudnych stron działania ludzi i grup dysponujących przemocą fizyczną lub finansową (co na jedno wychodzi) jest ryzykowne zarówno dla informatora jak i dla przekaziciela do opinii publicznej (lub władz powołanych do ścigania przestępstw czy nadużyć). W dobrze działającej demokracji, media publiczne są dla czynników powołanych do władzy doskonałym pomocnikiem w ujawnianiu i usuwaniu nieprawidłowości we wszystkich przejawach życia publicznego i państwowego – w tym i obronności kraju! Takich dobrze działających demokracji trzeba by raczej ze świecą szukać, (a często i najsilniejszy reflektor tu nie pomoże). Dziennikarz niby ma prawo zachować w pełnej tajemnicy źródło informacji, ale zamieszany w działania przestępcze próbuje mu siłą wydrzeć tę tajemnicę, by się zemścić na informatorze lub też ukryć mataczeniem nieprzychylną mu prawdę. Dziennikarze, gdy ujawniają przestępcze tajemnice mafijne, narażają się na odwetowe ruchy, w tym zastraszanie lub fizyczne działanie na nich lub na ich członkach rodziny, a miejsce przechowywania kompromitujących materiałów na zniszczenie. Mają jednak zapewnioną pomoc i opiekę ze strony czynników rządowych odpowiedzialnych za pilnowanie porządku publicznego – są bowiem niejako przedłużeniem ręki sprawiedliwości. Gorzej jednak, kiedy dziennikarze uwikłali się w wyjaśnianie nieprawidłowości (afer, przekrętów) zachodzących w sferze rządowej lub chwilowo rządzącej partii. Wtedy nic im nie pomoże (nawet Święty Boże). A jednak są ludzie odważni (lub silnie motywowani), którzy idą no to olbrzymie ryzyko i próbują „robić swoje” (czyli wykonać prosty dziennikarski obowiązek). Jedni – super naiwni – liczą na siłę sprawczą opinii publicznej, którą spróbują uwrażliwić po swojej (i prawdy) stronie, a drudzy – czyści ryzykanci – liczą na bliżej nieokreślone (i często nieznane siły) z założenia przeciwne atakowanym czynnikom rządowym lub nawet na frakcje i nieporozumienia wewnątrz tych sił, dla których ujawniany materiał dziennikarski będzie doskonałym żerem dla ich podskórnych walk.
Jasne i logiczne, że w interesie społecznym jest ułatwianie pracy demaskatorskiej dziennikarzom i pomaganie im w ich jedynym orężu obronnym – zachowaniu tajemnicy informatora. Jednak również w interesie publicznym (i państwowym) jest czasem uchylenie tej tajemnicy, gdy informator donosi o szykującej się zbrodni na życiu człowieka lub przygotowywanych wielkich przestępstw prowadzących do katastrofy lub zagrożenia obronności kraju.
Przejdźmy teraz do naszych, polskich baranów... Mamy w Polsce pseudo demokrację, opartą na niby wolności, w tym niby wolności słowa. Mamy wielkie afery – których nikt nie ściga, bo wielcy aferzyści mają wielkich pomocników i w ostateczności wielkich obrońców. Kropka? Niekoniecznie... Mamy też maleńkie aferki „wewnętrzne kłopociki”, których rozmiar zasięg działania i wielkość wyrządzanych szkód jest względna (przynajmniej w ocenie) – w zależności od pozycji obserwatora i jego partykularnych interesów.
Pogadał sobie pan Belka z panem Sienkiewiczem całkiem prywatnie przy obiedzie. Ktoś ich podsłuchał potajemnie – taka sobie prywatna, prawie nieszkodliwa ciekawość, ścigana też prywatnie, przy próbach insynuacji im np. złego wychowania, lub działania na czyjąś szkodę. Jeżeli jednak rozmowę prowadzili celebryci, a właściwie wysocy (bardzo!) urzędnicy państwowi i na tematy dosyć istotne dla państwa np. dla jego interesów finansowych i czynili to niefrasobliwie w miejscu publicznym narażonym na podsłuchanie, gdy przedostanie się do wiadomości osób nieuprawnionych może np. spowodować niekorzystne ruchy na giełdzie, lub w stanowieniu prawa, wtedy ich rozmowa powinna w świetle prawa i interesów państwa zostać przejęta, nawet przy niezgodnym z prawem podsłuchaniem i wyjaśniona, a zarówno forma (niefrasobliwość w wyborze otoczenia) jak i treść (niedopuszczalna zmowa w działaniach szkodliwych dla struktur i finansów państwa, jak i działań politycznych). To, że zostali podsłuchani – to jest ich prywatna sprawa i mogą sobie sami poszukiwać sprawców i dochodzić od nich wyrównania swoich krzywd. Natomiast – jeżeli dochodzenie państwowe (prokuratorskie) potwierdzi ich zmowę i okaże się, że ta zmowa zadziałała (minister finansów usunięty, do projektu ustawy o bankowości wprowadzono pokątnie szkodliwy i niezgodny z konstytucja ustęp) powinni zostać surowo ukarani. Widzę następującą kolejność działań naprawczych:
- wpierw zawieszenie w działalności obu, do czasu sprawdzenia prawidłowości donosu,
- następnie usunięcie im wszelkich immunitetów i zwolnienie z pracy z zakazem działalności publicznej,
- odpowiedzialność karną za narażenie interesów państwowych przez czynne szkodliwe działanie,
- usunięcie szkodliwych skutków ich zmowy.
Tako rzekłem!
A to, co wyprawia w tej sprawie prokuratura i policja wraz ABW jest tak groteskowe (lecz smutne i oburzające), że nie nadaje się do dyskutowania.
Jaka demokracja – taka władza – taka „Sprawiedliwość” – i taka jej ocena!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)