W związku z powrotem Włodzimierza Cimoszewicza do polityki przypominam genialny post (swego czasu przedrukowany nawet przez tygodnik „Wprost”) wylogowanego1 nt. tego, co miało miejsce w kampanii wyborczej w 2005 r.
Podsumujmy działalność maklera wszystkich Polaków. Na razie wiemy, że:
- Miał akcje Orlenu, ale ich nie miał, bo były córki.
- Kupił je w ofercie pierwotnej, ale ponieważ nie mógł tego zrobić, to kupił je na rynku wtórnym.
- Miał na to pieniądze, ale ponieważ ich nie miał, to brał kredyt (bo jak wiemy ubogi jest).
- Sprzedał je w styczniu 2002 r., ale ponieważ chciał w grudniu 2001 r., to tak naprawdę sprzedał je w grudniu.
- W deklarację ich nie wpisał, bo wypełniał ją według stanu na kwiecień (a jak wiemy sprzedał je w styczniu, czyli w grudniu). Kiedy pisał o akcjach Agory, to wydawało mu się, że jest rok 2001 i już miał skrobnąć o Orlenie, kiedy przypomniał sobie, że jest rok 2002.
- Zrobił korektę swojej deklaracji, z tym że niczego nie poprawiał, bo pytania były niestosowne.
- Zatrudnił wariatkę jako asystentkę i dał jej do wypełniania swoje deklaracje, ale nie dał ich, bo to wariatka.
- Deklaracje wszystkie są, ale oczywiście niektórych nie ma, bo w styczniu znaleziono je w domu wariatki.
- Pozostawiał wzory swych podpisów w jakichś komitetach (na wszelki wypadek, jakby ktoś chciał mieć upoważnienie ministra spraw zagranicznych).
- Podpisy są jego, ale on ich nie składał. Składała je pieczątka z komitetu.
- Pieczątka była, ale się zmyła i nie wiadomo gdzie jest (ostatni raz widziano ją w plecaczku).
- Pełnomocnictwa okazały się oryginalnie sfałszowanymi kopiami.
Wszystko to – w przypadku człowieka, który całe życie siedział w PZPR i SLD i jednocześnie jest ponadpartyjny, wycofał się z polityki, ale jest marszałkiem i chce być prezydentem – układa się w bardzo logiczną całość.
wylogowany1, 17.08.05 r.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)