Jeśli płyta, to Empik. Takie pierwsze skojarzenie. Wchodzę na stronę, wyszukuję po tytule. Jest! Pierwsze zdziwienie – cena tylko 35 zł. Jakaś specjalna, przy zakupie przez Internet. Kiedyś jak zachodziłem do sklepu „muzycznego” to tylko po to, by się pośmiać z absurdalnych cen. Takoż spodziewałem się, że będę musiał zapłacić 70, 80 zł (choć w tym wypadku i 200 zł nie byłoby dla mnie przeszkodą – musiałem mieć ten album na tym przestarzałym i niepraktycznym ale oryginalnym nośniku). Tym bardziej, że pamiętałem jak mądrzy panowie w TV opowiadali, że taka cena musi być i koniec, bo w cenie trzeba uwzględnić opłatę dla artysty, dystrybutora, projektanta okładki, drukarza i kogo nie tylko. Nic to, że ten sam album na kasecie kosztował 20, 30 zł, która to kaseta w porównaniu z CD stanowi skomplikowany mechanizm zegarmistrzowski (i tym samym jest droższa w produkcji). Nic to, że można zarabiać na obrocie, a składniki ceny będą takie same – będzie taki sam procent, tyle że wszyscy zainteresowani dostaną mniej pieniędzy od sztuki. Ale dostaną więcej, jeśli więcej tych sztuk sprzedadzą.
OK, na stronie jest, ale myślę – zadzwonię jednak do sklepu i zapytam, czy mają. Dzwonię – drugie zdziwienie – nikt nie odbiera telefonu. Próbuję jeszcze raz – to samo. Dziwne. No ale nie mogą nie mieć. W końcu to Empik. Jadę.
Zajeżdżam, mijam Media Markt. – Tam też powinna być – myślę. – Ale miałem iść do Empiku, to idę. Zachodzę, oglądam półki. W nowościach nie ma (a przecież wczoraj była premiera), na półce z napisem „Guns N’ Roses” też nie ma (tylko stare albumy). – Pewnie płyta jest gdzieś wyeksponowana, tyle że jakoś akurat tak, że jej nie widzę. Podchodzę do lady i pytam pana, czy jest najnowsza płyta GN’R. Pan nie wie. No w sumie nie każdy musi interesować się muzyką. Nawet sprzedawca w Empiku. Pan pyta mnie o tytuł. Rzucam go z nienagannym nowojorskim akcentem (żart): „Czajnis Dimokrasy”. Pan szuka w komputerze, coś tam się zacina, muszę poczekać, by się dowiedzieć, że… płyty nie ma. Zabił mnie. Chciałem spytać, czy w takim razie mam ją sobie ściągnąć z torrentów. Ale odpuściłem. Spytałem tylko, gdzie jeszcze są płyty. Wyszło, że tylko w Media Markt.
Poszedłem więc do MM. Wchodzę na stoisko z płytami – leży sobie stosik szukanego albumu, ze 20 sztuk, jedna płyta na drugiej. Biorę album – cena 29,90 zł! Zdziwiłem się. Taniej niż w Empiku.
Obszedłem jeszcze parę stoisk – z aparatami, z monitorami (chciałem obejrzeć te z wyższej półki, ale na tej wyższej stały monitory z dolnej). W dziale z kolumnami leciał akurat utwór „Sorry” z nowej płyty. W MM wiedzą, co dobre. Później do kasy. Pani spytała mnie o kod pocztowy. – A po co? – żachnąłem się. – Do celów statystycznych – odpowiedziała. OK. Podałem. Może postawią mi MM przed domem.
Opakowanie płyty całe oklejone jakimiś papierkami – sponsorzy, wydawca, hologram, „wydanie polskie”, „polska cena”, „parental advisory”. W sumie sześć naklejek! Ale wiocha! Kiedyś naklejki były na folii – zrywam folię i nie ma naklejek. Trudno. I tak dobrze, że nie nakleili ich na wkładce do płyty, jak to drzewiej się również zdarzało.
Zajechałem do domu. Chciałem zgrać płytę na twardy dysk. Bałem się, że będzie „zabezpieczona” – kiedyś po włożeniu płyty od Sony Music instalował się w systemie bez wiedzy użytkownika rootkit (wirus), który uszkadzał Windows. Okazało się, że płyta od Universal Music zabezpieczona nie jest – zgrałem ją więc bez problemów i zrobiłem wysokiej jakości MP3 (dla wtajemniczonych – 320 kbps VBR).
A sama płyta? Słuchałem parę razy. Wyraźnie brakuje na niej Slasha, ale płycie niczego nie brakuje. Taki paradoks. Po prostu jest dobra. Choć czasem przydałby się mocniejszy kop. Ale to kwestia gustu. No i to w ogóle temat na oddzielną notkę.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)